Ostatnie wątki

Statystyki
  • Postów na forum:180,507
  • Wątków na forum:6,196
  • Użytkownicy:3,259
  • Najnowszy użytkownik:lelumblue@gmail.com


Napisane przez: hogan
07-11-2016, 15:42
Forum: Elektryka
- Odpowiedzi (14)

Kod:
- Służby chcą, aby posłowie ograniczyli anonimową dostępność do telefonów prepaid w Polsce - czytamy na Polityka.pl. ABW i CBA chciałyby wprowadzenia przepisu, który zobowiązywałby sprzedawców do spisania na specjalnym formularzu danych osób kupujących prepaidy. Tzw. telefony na kartę stanowią jedną z największych przeszkód dla policji i służb w łapaniu przestępców. (...)Służby potrafią sobie poradzić z przestępcami korzystającymi z telefonów na kartę, ale jest to czasochłonne i wymaga zastosowania tzw. analizy krzyżowej, która psuje im statystyki.
Z mego doświadczenia wynika, że to bardzo dobry pomysł aby telefony na kartę, były rejestrowane, tak jak stacjonarne
a co wy na to?

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: Siwy
04-11-2016, 3:27
Forum: Pozostałe hobby
- Odpowiedzi (3)

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
03-11-2016, 3:20
Forum: Obyczaje
- Odpowiedzi (7)

damkwiata szampanowowo brostst tortowowo buzole2


[Obrazek: 33c0i1x.jpg]

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
01-11-2016, 13:58
Forum: Obyczaje
- Odpowiedzi (13)

Co prawda, nie uznaję dnia zmarłych ale chciałabym abyście wiedzieli, że wspominam
tych, co już nie żyją, pamiętam o nich nie tylko w takie dni ale codziennie.



Żałobę noszę w sercu i myśl o takich ludziach, nigdy nie zostanie zapomniana.
Nie wiem jak jest po "drugiej stronie", wiem tylko tyle, na ile Biblia dostarcza nam wiedzy.
Wiem, że umarli zmartwychwstaną i będą rozkoszowali się wspaniałym życiem na ziemi, w raju.
Tak jak to było za czasów Adama i Ewy, bo Bóg obiecał przywrócić raj dla tych, co
pozostaną Mu wierni.
Nie rozpaczam po nieżyjących ale raduję się, że jak będę wierna Bogu, to "niedługo"
z nimi się spotkam. Chociaż czasem ogarnia mnie smutek, że nie mogę dziś, usiąść na
ławce i powspominać tego, co razem przeżyliśmy. Na szczęście, to tylko przyziemny
smutek i żal, który zostanie nagrodzony. Jezus otrze wszelką łzę, bólu i cierpień ani
 śmierci, już nie będzie.
Nadrobimy ten czas i będzie

wspaniale a dziś, mogę jedynie życzyć umarłym, bo i tak nie są świadomi moich
życzeń, aby
po zmartwychwstaniu, nadal pozostali przy Bogu i dostąpili
błogosławieństwa w życiu wiecznym.

[Obrazek: 01.jpg?w=625]

Tego mogę życzyć wszystkim, czyli umarłym i żywym. ym5

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: przelotnyptak
30-10-2016, 11:10
Forum: Polska
- Odpowiedzi (4)
Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: bonaparte
29-10-2016, 13:44
Forum: Elektryka
- Odpowiedzi (7)


Bo dla mnie to nie jest śmieszne, raczej tragiczne :]

Dla uściślenia ta reklama w założeniu miała być zabawna.

Niemcy powinni pojąć że wystarczyłoby jakby na Hitlera nie głosowali, to nie trzeba by go zabijać Mercedesem jak gonił jako dzieciak za latawcem.

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: tiimi83
25-10-2016, 11:11
Forum: Polska
- Odpowiedzi (3)

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: Siwy
22-10-2016, 0:23
Forum: Polityka/ historia
- Odpowiedzi (4)

Skąd się wzięli Słowianie
[Obrazek: 989e9bb42fad3bdf37a3a2896c79bf60fa38b2c2.jpeg]

Choć opanowali rozległe przestrzenie wschodniej Europy, ich ekspansja pełna jest zagadek.


Ludy słowiańskie zajmują większą przestrzeń na Ziemi niż w dziejach. To zdanie wygłoszone kiedyś przez Johanna Gottfrieda von Herdera, twórcę niemieckiej filozofii historycznej, uważanego za ojca slawistyki, do dziś budzi wątpliwości.

Czy należy je uznać za opis stanu wiedzy na temat historii Słowian, czy może jest ono faktem, z którym trudno nam, Słowianom, się pogodzić? A może stworzyliśmy po prostu swoista antyhistorie: niewytwarzania, niedziania się, nudy, bierności i stagnacji, która miała jednak doprowadzić do tego, że jesteśmy najliczniejszą w Europie grupa językową? Do dziś nie wiadomo właściwie, jakim sposobem.

Nie jesteśmy ludem takim jak Baskowie, którzy niemalże od czasów prehistorycznych mieszkają w jednym miejscu i są w stanie badać własną historię, sięgając w głąb tysiącleci. Nie stworzyliśmy imperium o spisanych dziejach, które wychowało wybitnych filozofów, charyzmatycznych władców i wizjonerów decydujących o losach świata, zostawiających po sobie świątynie i miasta, kodeksy, dzieła sztuki i szlaki handlowe.

Słowianie przez historie maszerowali w łapciach z łyka albo kory. Został po nich co najwyżej garnek pozbawiony ozdób, niezdarnie ulepiony w rękach, bo nie używali nawet koła garncarskiego. Do bitwy szli, zakasując portki, żeby nie przeszkadzały im w biegu i walce. Ale w tych lnianych gaciach dotarli na tereny dzisiejszej Syrii, na Peloponez, a najprawdopodobniej także do Islandii; stanęli pod Konstantynopolem, stolicą połowy ówczesnego świata. Sukces niepiśmiennych Słowian, lub może tylko ich języka, był przeciwieństwem sukcesu jasnej, logicznej łaciny, języka imperium, który zrodził poezje nie tylko subtelne i piękne, ale również mierzone stopami rytmicznymi, podczas gdy najstarszym pisanym zabytkiem słowiańskim jest słowo „strawa”. To jednak strawa częściej pojawia się dziś na europejskich stołach niż ambrozje i delikatesy.

Znany historyk Norman Davies porównał uprawianie historii do sztuki. Mówił, że historyk powinien być po trosze artystą, żeby móc w sposób twórczy poruszać się wsród, strzepów informacji i zapisków butwiejących w archiwach. Tymczasem dzieje Słowian nakreślili przed laty rzemieślnicy traktujący archeologie, źródła pisane i językoznawcze niezwykle instrumentalnie. Ludzie od lat okopani w dwóch wrogich obozach, toczący ze sobą bitwy, za nic mający rzesze, które przymuszone obowiązkiem szkolnym znosić muszą katusze nudy na lekcjach historii.

Pierwszy z wrogich obozów to tzw. autochtonisci, którzy twierdza, ze Słowianie z dziada, a nawet pradziada z prababą mieszkali miedzy Odra i Wisła i stąd wyruszyli na podbój Europy. Drudzy to allochtonisci – ich zdaniem Słowianie pochodzą, mówiąc ogólnie, zza naszej wschodniej granicy, z dorzecza Dniepru, skąd przyszli i zaludnili środkowa Europe i Bałkany. Spory jednych z drugimi, skupione głównie na wytykaniu błędów stronie przeciwnej, do dyskusji na temat dawnych Słowian nie wnoszą nic ciekawego ani nowego, w ogóle nie mogą dojść do zgody (...) jako że każdy myśli co innego i żaden nie chce ustąpić drugiemu – jak pisał o plemionach słowiańskich na przełomie VI i VII w. nieznany historyk nazwany Pseudo Maurycym. Zostawmy więc ciosanie kolejnych prakolebek i spory o nazwy rzek, znad których wyłowiło naszych przodków światło historii, a zajmijmy się historią, o jakiej mówi Davies – sztuką opartą na faktach. Owych faktów nie jest zbyt wiele, a w ich wątłym świetle dzieje Słowian jawią się jako mgliste, niekonkretne, niczym słowiańska dusza. Kolejne teorie o pochodzeniu naszych dziadów uchodzą za niepodważalne prawdy tylko do czasu, gdy pojawiają się prawdy jeszcze prawdziwsze lub takie, których wyznawcy po prostu głośniej krzyczą.

Spisane tu rozważania na pewno nie przyniosą jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: Jak to się stało, że zarówno płowy Białorusin ze szklanką samogonu, jak i śniady Czarnogórzec wychylający flaszkę domowego winka przy odrobinie dobrej woli mogą wznieść tak samo brzmiący toast. Może zresztą same pytania będą ciekawsze niż szukanie na nie odpowiedzi? Tak czy inaczej, czas zacząć naszą opowieść, np. tak: było nie było, czy się zdarzyło…?


Ojciec historii, Herodot, pisał wprawdzie o Neurach (często uważanych za Słowian), że raz do roku zamieniają się w wilki, ale co robili, kiedy nie byli wilkami? W dziełach historyków starożytnych Słowianie pojawili się dopiero w połowie VI w. Co było wcześniej – skąd przyszli, dlaczego do tego czasu nie byli zauważani – nie wiadomo. A przecież nie mogli w ogóle nie istnieć! Dziś uważamy, że byli Sklawinami i Antami, którzy mówili jednym językiem, niesłychanie barbarzyńskim i te same mieli, krótko mówiąc, urządzenie i obyczaje jedni i drudzy ci północni barbarzyńcy, co uznajemy za niezbity dowód na to, że jedni i drudzy byli Słowianami właśnie, choć żaden z autorów tego explicite nie napisał. Już w XIX w. historycy doszli zresztą do wniosku, że nie bardzo mogą ufać swoim starożytnym poprzednikom, bo ci nie dość, że posługiwali się mapami podróżnymi, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistą geografią, to jeszcze bezgranicznie ufali swoim informatorom, a (skąpą) wiedzę śmiało uzupełniali wyobraźnią. Jeden z głównych, żeby nie powiedzieć kultowych, autorów tekstów na temat Słowian, niejaki Jordanes, sądził, że Wisła płynie z zachodu na wschód, a jego „relacja słowiańska” jest kompilacją źródeł, jakie udało mu się przeczytać przy biurku, gdzie opracowywał historię Gotów, o Słowianach jedynie wspominając. Inny antyczny „znawca” – historyk, który z równą pasją oddawał się pisaniu panegiryków co i paszkwili na tego samego władcę – o Słowianach wiedział jedynie, że czczą boga twórcę błyskawic... Wszelkie informacje przekazywane przez autorów starożytnych o obszarach położonych poza rzymskim imperium wydają się mocno podejrzane. Trudno się dziwić, klasyczne dzieła obejmowały obszary znacznie rozleglejsze niż tereny ich własnych podróży, a często wykraczały też poza granice ich wiedzy. Tymczasem nazwy, ludy i plemiona często mylili i podbijający w XIX w. Afrykę Brytyjczycy, którzy informacje czerpali przecież z pierwszej ręki. Zresztą i dziś, w dobie obserwacji satelitarnej, wytrawni komentatorzy polityczni popełniają – bywa – brzemienne w skutkach merytoryczne błędy.

Odwołajmy się zatem do wykopalisk. Tu przedmiotem badań nie są dwuznaczne zapiski, ale konkretna materia – cegła, brosza i nagrobek. Archeolodzy zwykli uważać, że tam gdzie wykopano garnek „w typie praskim”, czyli ręcznie lepione, nieozdobione naczynie, tam gdzie doszukano się śladów po kwadratowej półziemiance z paleniskiem w jednym z kątów – tam na pewno mieszkali Słowianie. Dla tych badaczy kolejne obszary zasięgu słowiańszczyzny wyznaczają owe garnki i półziemianki, ale przecież ludzie mówiący tym samym językiem mogli żyć w skrajnie różnych kulturach materialnych. Weźmy chociażby arabskich beduinów ze stadem kóz, kilkoma wielbłądami, plastikowymi bidonami, jednym kotłem i namiotem i porównajmy ich z sybarytycznymi mieszkańcami miast pełnych orientalnego przepychu, pachnących tysiącem i jedną przyprawą. Styl ich życia jest skrajnie różny, a jednak zarówno marokański beduin, jak i mieszkaniec Damaszku czy egipskiej oazy powie o sobie „jestem Arabem”, i do tego powie to po arabsku. Skąd zatem pewność, że pochylony nad prymitywnym paleniskiem mieszkaniec nędznej półziemianki był Słowianinem? Skąd wiemy, że sam się za takiego uważał? Materialnych śladów jest zbyt mało i zbyt są one mizerne, żeby można było wysnuwać z nich kategoryczne wnioski dotyczące etniczności. Przecież garnek po prostu służył do noszenia wody, a jama zasobowa – do przechowywania ziarna, z którego po dniu pracy w polu człowiek przygotował sobie bryję, ulubiony ponoć przysmak Słowian. Po epoce starożytnej pozostało wiele ciekawych śladów kulturowych: biżuteria, zapinki, monety… Początek ery nowożytnej, kiedy do dziejów wkraczają Słowianie, jakby w ziemi zaginął. To, co zostało, to najczęściej po prostu inny kolor, albo nawet inny odcień koloru ziemi tam, gdzie kiedyś była jama zasobowa – tak wyglądają słowiańskie stanowiska archeologiczne – mówi jeden z badaczy, od lat fotografujący relikty słowiańszczyzny. Kolebki „słowiaństwa” poszukują nie tylko archeolodzy i lingwiści, ale także antropolodzy i genetycy. Zdaniem tych ostatnich charakterystycznym genem dla Słowian jest R1a1 (M17) – haplogrupa występująca w męskim chromosomie Y, czyli przenoszona niemal bez zmian z ojca na syna. Na kontynencie europejskim występuje on u 63 proc. Serbów łużyckich (z Niemiec), 56,4%– –60 proc. Polaków, 44–54 proc. Ukraińców i 50 proc. Rosjan. Najstarszą „genetyczną kolebką” Słowian byłoby w myśl tych badań południe Europy. Sęk w tym, że choć falsyfikacja danych genetycznych jest praktycznie niemożliwa, to ich fałszywa interpretacja – prawdopodobna. Wszystko dlatego, że słowiańskość to pojęcie przede wszystkim lingwistyczne, nie antropologiczne. Podobnie wysoki jak w Polsce odsetek nosicieli R1a1 spotyka się w Europie wśród… Węgrów (którzy pod względem językowym nie mają nic wspólnego nie tylko ze Słowianami, ale w ogóle z całą indoeuropejską grupą języków) i u 80 proc. Celtów (Rosser, 2000).

Skoro nie w genach, to gdzie powinniśmy szukać esencji słowiańskości? Florin Curta, amerykański mediewista, jest zdania, że należy poszukiwać nie garnków, a znaków emblemicznych, czyli wyróżniających Słowian spośród innych ludów, takich jak dziś tarcza szkolna na rękawie ucznia czy stojące włosy na głowie punka. Dla Curty takim znakiem jest fibula kabłąkowa, czyli zapinka do sukni noszona przez kobiety manifestujące swą przynależność do słowiańskich elit (które powstają właśnie w momencie, gdy formuje się etniczność). Czy włożenie stroju z fibulą wystarczało do zamanifestowania słowiańskości? – Być może – odpowiada Curta, którego inni archeolodzy krytykują zresztą za przypisywanie zwykłym zapinkom zbyt wielkiego znaczenia. Jednak jego rozważania idą dalej i są ciekawym głosem w słowiańskiej sprawie. Florin Curta uważa bowiem, że Słowian „stworzyli” autorzy bizantyńscy, nazywający Sclavenes wszystkie ludy barbarzyńskie, które od północy atakowały Cesarstwo podczas grabieżczych wypraw. Nazwa ta powstała dla uproszczenia zbyt skomplikowanej rzeczywistości. Przecież my sami nazywamy wszystkich przedstawicieli rasy żółtej Chińczykami, a większość muzułmanów, niezależnie od tego, czy są Persami, czy Pakistańczykami, po prostu Arabami. Ale wróćmy do Cesarstwa, które na Bałkanach postawiło sieć warowni mających chronić północną granicę przed napadami barbarzyńców żądnych złota i broni, a także oliwy, wina i sosu rybnego zwanego garum. Odcięcie od prestiżowych produktów zmusiło słowiańskich przywódców – jeśli dalej chcieli nimi pozostać i wyróżniać się z masy zajadającej się bryją – do politycznej i militarnej mobilizacji. Zaczęła się formować nowa, silniejsza, lepiej zorganizowana grupa Słowian, zauważona właśnie przez autorów bizantyńskich. Tak głosi teoria Curty, jak wszystkie inne niepozbawiona luk, które umożliwiają jej obalenie, ale – przyznajmy – o ileż ciekawsza niż na przykład słynna „wędrówka ludów”.

Godne zastanowienia jest, jak niby miały owe ludy wędrować. Trudno przypuszczać, by nagle matki brały na barana dzieci, ojcowie rodzin uwiązywali dzikie świnie na konopne sznury (jedna z teorii dotyczących pochodzenia nazwy Słowian mówi, że Suobenoi znaczy tyle, co chodzący ze świniami), praski, nic nie warty, garnek zostawiali na żer archeologom i szli na przełaj przez las, gdzie oczy poniosą. Kiedy decydowali: „No, dziś już dalej nie idziemy, tutaj zostajemy; bierzmy się do orania ziemi i lepienia nowych garnków”? Co zmuszałoby ich do dramatycznej decyzji o pozostawieniu całego dobytku i wyruszeniu na tułaczkę? Przecież nie byli nomadami, tylko rolnikami, których żadna siła nie oderwie od własnej ziemi, tak jak wikinga od statku, a beduina od wielbłąda. Niektórzy historycy wyznają teorię, że motorem wędrówki był nieprzyjazny klimat północy. Trudno sobie jednak wyobrazić chłopa, który orze, sieje, zbiera, a któregoś ranka wstaje ze swojego leża wyściełanego suchą trawą i mchem, wychodzi z ziemianki, rozgląda się i mówi: „O, znowu siąpi, straszna tu jednak wilgoć. Dość mam tych poleskich bagien, nogi ciągle mam przemoczone, cały ten klimat i ta szara beznadzieja działają na mnie depresyjnie. Jutro idę szukać słońca, ruszam na południe”.

Zdaniem profesora Przemysława Urbańczyka, który ślady najprawdopodobniej słowiańskie odkrył aż na Islandii, w rozważaniach na temat Słowian należy porzucić wątpliwą teorię wędrówki ludów, a za owe ludy uznać raczej wędrujące elity – przywódców wraz z armią i tejże armii rodzinami. To właśnie ich losy mieli śledzić historycy, których zupełnie nie zajmowało nudne życie osiadłej, rolniczej większości, niemającej ani ambicji, ani możliwości jakiejkolwiek ekspansji. Zdaniem Urbańczyka, w sukcesie słowiańszczyzny decydującą rolę mieli odegrać przywódcy awarscy, przybyli ze stepów Azji. Koczownicy szybko podporządkowali sobie wielkie tereny zamieszkane przez rozmaite osiadłe rolnicze ludy, które jak głosi tradycja traktowali z należnym okrucieństwem. Jeśli Obrzyn (Awar) miał jechać, nie zaprzęgał do telegi ani konia, ani wołu, jeno kazał zaprządz 3, 4 albo 5 niewiast, aby wiozły Obrzyna. Awarowie, dzicy i bezwzględni jeźdźcy o zniekształconych czaszkach, twarzach pooranych skaryfikacjami, ze skalpami wrogów przytroczonymi do buńczuków, wyruszali wiosną na wojenne wyprawy i zabierali na nie swoich Słowian – pieszych, odzianych nawet nie w koszule, ale w portki tylko. Tak to Słowianie w łapciach doszli pod awarskim dowództwem do Salonik, oblegali Konstantynopol, brali udział w wyprawie bizantyńskiej przeciw Arabom (na których stronę ochoczo przeszli) i osiedli aż w Syrii. Na pewno nie zaludnili tym sposobem Europy, ale Awarowie zapewniając Słowianom i tym wszystkim, którzy dochodzili do wniosku, że opłaca się być Słowianinem, stabilizację, mogli być też swoistymi promotorami słowiańszczyzny. Hunowie co roku przychodzili zimować u Sklawów, brali do łoża żony ich i córki, a na wyprawy wojenne brali słowiańskie mięso armatnie. Mogli też posługiwać się językiem Słowian w kontaktach zagranicznych (jak dziś angielskim), a słowiańskie egalitarne społeczeństwo szybko akceptowało obcych i niejako wcielało ich w swoje szeregi, co – jak twierdzą antropolodzy kultury – jest najważniejszym warunkiem sukcesu demograficznego. Inaczej, z punktu widzenia czystej biologii, taki „słowiański skok demograficzny” (z ok. 300 tys. w VI w. do niemal 8 mln w XI w. n.e.) był mało prawdopodobny, choć nie niemożliwy.

O otwartości Słowian nawet wobec jeńców wojennych tak pisał w VI w. Pseudo Maurycy: Znajdujących się u nich w niewoli nie trzymają w niewolnictwie jak inne plemiona przez czas nieograniczony, lecz ograniczają czas terminem, dają im wybór, albo za umowny wykup wrócą do swoich lub pozostaną jako wolni i przyjaciele [...] Słowianie zaludniali więc, lub raczej zarażali swoją słowiańskością nowo zdobyte tereny. Być może język słowiański przeszedł podobną drogę co suahili, który początkowo służył jedynie w kontaktach handlowych Arabów z mieszkańcami Afryki, a teraz porozumiewają się nim całe narody. Dziś którymś z języków słowiańskich mówią ludzie od stepów Ukrainy i śniegów Kamczatki po góry Macedonii i lasy wschodnich Niemiec. A po Awarach, choć wzrostem wielcy i hardzi umem i Bóg zniszczył ich i ani jeden Obrzyn nie został, zostało tylko polskie słowo „olbrzym” i odnajdywane do dziś na polach kamienne płaskorzeźby – tzw. baby, uznawane najczęściej za zabytki Słowian, choć w rzeczywistości nie dość, że nie są słowiańskie, tylko azjatyckie, to jeszcze nie są babami, a wąsatymi dziadami uzbrojonymi w miecze.

Może zatem wędrówka ludów była w rzeczywistości tylko wędrówką sposobu życia? Może to wcale nie ludzie ruszyli w nieznane, ale rozpowszechniały się mody i trendy? Słowianie żyli nadzwyczaj skromnie, ich kobiety nie nosiły drogiej biżuterii, a mężczyźni nie zdobili nawet rękojeści mieczy. W ziemiankach nie przechowywali skarbów ani pieniędzy, nie znali koła garncarskiego. Garnek ulepiony w rękach służył przecież równie dobrze, a że był brzydki? Tym się nie martwili. Życie wiodą twarde i na najniższej stopie, jak Messageci (Hunowie) i brudem są okryci stale, jak i oni – pisał Prokop z Cezarei. Wytworzyli styl życia tak skrajnie nieatrakcyjny, że niezauważalny dla historyków, nieuchwytny dla wrogów. Nie pisało się o nich, bo nie było tematu do pisania, nie napadano na nich, bo nie mieli niczego do grabienia. Gdy inne ludy koronowały władców, składały daniny, rozwijały kontakty handlowe i ośrodki wyspecjalizowanego przemysłu, takie jak np. huty w Górach Świętokrzyskich, Słowianie siali tylko tyle prosa, ile potrzeba było by przetrwać zimę, a ich świnie chodziły dziko po lasach. Nie mieli państwa, a małe, samowystarczalne wspólnoty oparte na więzach krwi czyniły ich wolnymi i równymi. Jednocześnie to minimum egzystencji idealnie pasowało do ciężkich czasów, w jakich żyli. Wczesna kultura słowiańska jest bardzo egalitarna, wszystkich zrównuje do tego samego, niskiego poziomu. Odkopując pozostałości z ery „przedsłowiańskiej”, czyli germańskie, odkrywa się zarówno domy i groby elit, jak i pospólstwa. U Słowian wygląda to tak, jakby żyła tam tylko biedota. Kobiety okolicznych plemion noszą srebro i złoto, ubierają się w kosztowne tkaniny, tymczasem u Słowian – jak w zakonie. Dziwna jest ta słowiańska pamięć o wywyższonym ubóstwie. Protoplasta naszych władców – Piast – nie był nawet, jak zwykliśmy uważać, kołodziejem, tylko oraczem książęcym. Czesi też mają dynastię pochodzącą od chłopa, który był intronizowany w chłopskim stroju, w łapciach z łyka. To samo jest wśród Słowian karyntyjskich (z obszaru dzisiejszej Austrii). Trzeba przyznać, że na tle bogatych obyczajów koronacyjnych reszty Europy nasze są dość ekstrawaganckie.

Można by pokusić się o stwierdzenie, że nasi przodkowie wprowadzili pewnego rodzaju modę na biedę. Po co narażać życie, nosząc cenną broszę albo pijąc wino z wytwornego pucharu? Czy nie lepiej przewiązać się sznurem konopnym, napić miodu w lesie i żyć? Podatki? Są tacy, którzy wybierają nawet więzienie, żeby ich uniknąć. Brak państwa to zero wydatków na haracz! A co dopiero wolność, i do tego równość! Dlatego proste i oszczędne życie dawnych Słowian tylko pozornie było życiem nędznym. Dawało poczucie bezpieczeństwa i stabilności cenniejsze niż luksusy. Ziemianka nie była może szczytem marzeń o domu, ale była ciepła. Tak jak i bania, gdzie można się było tanim kosztem rozgrzać. Nie mają oni [Słowianie] łaźni, lecz posługują się domkami z drzewa. Zatykają szpary w nich czymś, co bywa na ich drzewach, podobnym do wodorostów, a co oni nazywają: mech... Budują piec z kamienia w jednym rogu i wycinają w górze na wprost niego okienko dla ujścia dymu. A gdy się piec rozgrzeje, zatykają owe okienko i zamykają drzwi domku. Wewnątrz znajdują się zbiorniki na wodę. Wodę tę leją na rozpalony piec i podnoszą się kłęby pary. Każdy z nich ma wiecheć z trawy, którym porusza powietrze i przyciąga je ku sobie. Wówczas otwierają im się pory i wychodzą zbędne substancje z ich ciał... Żaden strup ani świerzb na nich nie zostaje. Domek ten nazywają oni: al-istba [...] – pisał arabski historyk. Prostota dawała gwarancje przetrwania. Ludy takie jak Sarmaci, Waregowie, Trakowie, Wenedowie – hołdujące bogactwu i luksusom – zniknęły z historii… A może po prostu szły przez nią dalej już jako Słowianie?

[…] należałoby się zastanowić, czy Słowianie nie mieli specyficznego podejścia do przedmiotów. Może dlatego na ich ziemiach nie odnajdujemy żadnych zabytków? Może odrzucali wszystko, co obce, a używali tylko tego, co sami wyprodukowali – jak Gandhi, który nawoływał do kultywowania własnych tradycji i ganił przyjmowanie obcych wzorów. Może po prostu nie chcieli używać ani obcych garnków, ani złota, ani obcych tkanin […]? A może brak znalezisk trzeba tłumaczyć załamaniem się rzymskiego systemu nagradzania za posłuszeństwo? […] Słowianie zostali odcięci od dóbr rzymskich, od kosztownych prezentów, a wodzowie postawili na nowy, prostszy styl życia. Być może Słowianie byli społeczeństwem, w którym status uzyskuje ten, kto jest w stanie najwięcej oddać. Antropologom kulturowym znana jest przecież ceremonia potlaczu, czyli rozdawnictwa. Ten staje się w społeczności najważniejszy, kto jest w stanie najwięcej oddać albo publicznie zniszczyć. Być może przysłowiowa słowiańska gościnność i hojność jest prawnuczką potlaczu właśnie? – zastanawia się Paul Barford, angielski archeolog, który od lat mieszka i pracuje w Polsce, autor obszernego dzieła The Early Slavs.

– A mi to wygląda tak, jakby słowiańskie ziemie zajął nagle jakiś zakon, który ślubował ubóstwo – mówi profesor Jerzy Gąssowski. Być może, zgodnie z tokiem jego rozumowania, słowiańszczyzna była (przynajmniej początkowo) jakimś systemem religijnym? Zwróćmy uwagę, że mniej więcej w tym samym czasie powstał islam. Muzułmanie w niespełna sto lat zunifikowali ogromne obszary świata, bo wraz z ekspansją militarną szerzyli nową, atrakcyjną religię, która – i to być może jest najważniejsze – mówiła ludziom, jak żyć. Trzeba zauważyć, że tam, gdzie islam wówczas dotarł, tam wyznaje się go do dziś. Może podobnie jest z zasięgiem słowiańszczyzny? W tamtych czasach religia była przecież jakby pakietem, który obejmował zarówno sprawy duchowe, jak i życie codzienne. Uczyła, jak się modlić i kiedy pościć, ale też co jeść, jak rozdzielać majątek, jak uprawiać seks… Była często jedynym regulatorem życia, nośnikiem kultury i obyczaju. Do dziś w krajach muzułmańskich oprócz tego, że stawia się meczety, ludzie ubierają się w konkretny sposób i przestrzegają określonych norm społecznych. Być może podobnie było ze Słowianami, może system ich wierzeń był najbardziej odpowiedni do czasów, w których powstał. Religia Słowian do dziś zresztą pozostawia badaczom szerokie pole do twórczej interpretacji. Spisana została głównie przez zwalczających pogańskie kulty misjonarzy, którzy opisali niezrozumiałe dla nich przesądy i zanotowali – często zresztą niepoprawnie – niektóre imiona bogów (na Połabiu niemieccy misjonarze ochrzcili Swętowita, czyli świetlistego, świętego męża – Światowidem). Niektórzy chcieliby widzieć naszych przodków jako niewinne, wolne od grzechu pogaństwa, czekające potulnie na chrystianizację plemię. Nic z tych rzeczy. Słowianie składali krwawe, ludzkie ofiary i z upodobaniem oddawali się orgiom, rytualnemu obżarstwu, pijaństwu i narkotykom. Ostatnia ludzka ofiara złożona została wcale nie tak dawno, bo w XIX w., w celu odegnania zarazy ze wsi.

My sami, bywa, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że uczestniczymy w pogańskich kultach. Ze świąt kościelnych powszechnie przyjęły się tylko te, które niejako „nadbudowano” na pogańskich tradycjach. Świętowanie wiosennego i jesiennego przesilenia, kult zmarłych, wiosenna radość zmartwychwstania Natury, zimowa najdłuższa noc – święta i straszna zarazem, podczas której gadają zwierzęta – to wszystko nie było obce naszym pogańskim przodkom. Byli oni świadkami i uczestnikami „narodzin nowej tradycji” – trochę pogańskiej, trochę chrześcijańskiej. Świętość Natury na ich oczach, a może i w ich umysłach zamieniała się w chrześcijańską kulturę.

Tak poczęstunek przynoszony zmarłym zaczęto z czasem oddawać cmentarnym żebrakom, bo modlitwa żebraka miała moc największą, a dziś dajemy „na wypominki” księżom. Kto z nas nie cierpi co roku na niestrawność po wigilijnej wieczerzy? Obżarstwo jest przecież jednym z grzechów głównych, ale i echem pogańskiej uczty obrzędowej. Nie ucztuje tylko ten, komu stawia się pusty talerz. Wędrowiec? Jaki tam wędrowiec, dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole czeka na tych, którzy kiedyś siedzieli tu z nami – na zmarłych. A przedziwna wigilijna tradycja jedzenia grzybów w środku zimy? Być może to dalekie echo halucynogennych biesiad podczas głównych świąt religijnych i świąt przejścia. Może baśnie o krasnoludkach i olbrzymach to wpływ grzybów właśnie, powodujących makroi mikropsję. Może nawet odwaga i wściekłość z jaką rzucali się do boju Słowianie i ich awarscy przywódcy, wywołana była grzybami, tym razem muchomorami? Halucynogennymi dodatkami, takimi jak zawierające skopolaminę, hioscyaminę i atropinę wyciągi z lulka czy bielunia, powszechnie wzbogacano przecież piwo, a samo słowo biesiada najpewniej wzięło się od zażywania biesu – narkotyku dającego profetyczne wizje i ekstazę. Czasem aż trudno uwierzyć, co naprawdę kryje się za z pozoru niewinnymi podaniami. Każde dziecko wie, że bociany przynoszą dzieci. Ale dlaczego właściwie bociany? Otóż – jak się okazuje – ma to związek z kwiatem paproci, a właściwie z jego w noc świętojańską (zwaną drzewiej Kupalnocką) szukaniem, które to słowo po czesku oznacza, mówiąc oględnie, uprawianie seksu. Kwiatu jak wiadomo należy szukać nocą, w lesie. Bezwstydne, lubieżne przyśpiewki i ruchy, klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia – tak obrzędy słowiańskiej Kupalnocki opisywał Długosz, wprawdzie 500 lat po wprowadzeniu chrześcijaństwa, ale ciągle dziwnie żywo i nad wyraz plastycznie. Zamiana przez Kościół Kupalnocki w noc świętojańską na nic się zdała. Ten jeden jedyny raz w roku można było robić właściwie wszystko, łącznie z kazirodztwem. Seksualne zachowania miały zachęcić Matkę Ziemię do wydawania plonów, a plony Kupalnocki pojawiały się właśnie wtedy, gdy następnego roku przylatywały pierwsze bociany. Wiosna to czas budzenia się do życia, rozbuchanej witalności, a Wielkanoc – wyznaczana według księżycowej pełni – jest też czczeniem samej wiosny. Jak inaczej rozumieć święcenie symboli płodności, życia i pokarmów? Czy nie jest to nawiązanie do pogaństwa? Czy woda święcona nie ma przypadkiem nic wspólnego z demonami wody? A świece na Matki Bożej Gromnicznej, czy nie mają nic wspólnego z bogiem ognia Perunem?

Jest i ciemniejsza strona tego miejsca, w którym prymitywne, złe, słowiańskie pogaństwo zetknęło się z kulturalnym, wyższym, łacińskim chrześcijaństwem. Wybijanie zębów za łamanie postu, zmuszanie mieczem do wieczerzy pańskiej, ciąganie na powrozie w błocie, bicie witkami świętych bałwanów, topienie posągów starych bogów, rąbanie ich siekierami na opał i wycinanie świętych gajów, do których odchodziły, by stamtąd powrócić do życia dusze – dla naszych przodków to był koniec świata. Poganie nie rozróżniają sfery sacrum od profanum, wycięcie świętego gaju było dla nich rzeczywistym końcem, zagładą plemienia. Przecież nie mogli żyć bez duszy. Warto jednak zastanowić się, jak ta wielowiekowa pogarda dla słowiańskiej ciemnoty i niższości wpływa na nas tu i teraz. Maria Janion pisze, że pogłos pogańskiej rozpaczy szedł przez wieki i – jako trauma historyczna – nie mógł przeminąć bez śladów w kulturze ludów słowiańskich. Twórca robiącej wielką karierę psychologii ustawień rodzinnych, Bert Hellinger, twierdzi, że na każdego wywiera wpływ rodzina, również ta z przeszłości, i to ona tworzy psychiczne oparcie dla następnych pokoleń. To przodkowie są odpowiedzialni za nasze dzisiejsze samopoczucie. Być może to „zły chrzest”, upodrzędnienie mieszkańców dorzecza Wisły czy Bugu, pogarda Kościoła łacińskiego dla ich języka (w przeciwieństwie do Kościoła Wschodniego, który język starocerkiewnosłowiański wprowadził do liturgii, a wiele bóstw słowiańskich „przerobił” na świętych portretowanych na ikonach), wstręt dla ich zwyczajów i mitologii zrodziły nasze dzisiejsze, Polskie poczucie niższości, kompleksy wobec kulturalnego, cywilizowanego Zachodu.

Nazwaliśmy siebie Słowianami, ludźmi posługującymi się słowami, czyli takimi, z którymi można porozmawiać, w odróżnieniu np. od Niemców, których zrozumieć nie sposób. Czasem wolimy się widzieć jako Sławian – synów sławy, ale nazwa może równie dobrze pochodzić od łacińskiego słowa sclavus – niewolnik. Te dwie skrajności znakomicie opisują nasze samopoczucie w Europie. Dziś nie chcemy pamiętać, że Słowianie byli jednymi z bardziej poszukiwanych i cenionych (szczególnie na muzułmańskich dworach) niewolników, a arabskie słowo saqaliba – oznaczało zarówno Słowian, jak i rzezańców, bo tacy właśnie trafiali na dwory arabskich emirów z czeskiej Pragi – ośrodka handlu niewolnikami. Wielu robiło wojskowe lub pałacowe kariery… Ale to tylko urywek naszej historii. Przez wieki byliśmy po prostu rolnikami. Z kurami, w gaciach prasłowiańskich, naucz się lubić swój wstyd – radzi Miłosz. Może zatem po prostu polubić prasłowiańskie gacie? Naszą inność, na którą stawia dziś wielokulturowa Europa? Przecież nasze gacie z własnego wyboru nałożyli przed wiekami Goci, Wandalowie, Sylingowie, Celtowie, Łużyczanie, Gepidzi i wielu Innych, którymi po trosze dziś wszyscy jesteśmy. Tak samo jak niewolnikami i sławnymi wojami z naszą ulotną, niepisaną, „złożoną w duchu” nie-historią ludu, który nie umiał wprawdzie budować imponujących świątyń ani ładnie się pomodlić, ale jego całe życie było modlitwą, a jego ziemia – świątynią.

Przy pisaniu artykułu korzystałam m.in. z: Nie-Słowianie o początkach Słowian pod redakcją Przemysława Urbańczyka; katalog PNA Słowianie w Europie wczesnego średniowiecza; Maria Janion Niesamowita słowiańszczyzna.

http://www.national-geographic.pl/ludzie...-slowianie

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: przelotnyptak
19-10-2016, 9:07
Forum: Polityka/ historia
- Odpowiedzi (38)

Wołyń (ukr. Волинь) – kraina historyczna w dorzeczu górnego Bugu oraz dopływów Dniepru: Prypeci, Styru,Horynia i Słuczy, obecnie część Ukrainy – obwody wołyński i rówieński, zachodnia część żytomierskiego oraz północne części tarnopolskiego i chmielnickiego.
Według Jana Długosza nazwa pochodzi od zamku Wołyń nad Bugiem (obecnie Gródek koło Hrubieszowa). Według Nestora nazwa wywodzi się od plemienia słowiańskiego Wołynian. Patronem Wołynia jest św. Jacek.
Główne miasta: Łuck, Kowel, Dubno, Równe, Krzemieniec, Nowogród Wołyński (Zwiahel), Włodzimierz Wołyński, Ostróg, Owrucz, Zasław, Starokonstantynów.
W części północnej znajduje się Polesie Wołyńskie, natomiast w części południowej właściwy Wołyń. Granica przebiega wzdłuż linii Luboml-Kowel-Równe-Korzec.
Polesie Wołyńskie - Jest to równina płaska, niska, pokryta błotami, bagnami i lasami przecięta płynącymi równolegle ku północy dopływami Prypeci.
Wołyń właściwy -Jest to teren pagórkowaty, a w niektórych częściach górzysty. Gleby urodzajne.
Historia
We wczesnym średniowieczu zamieszkany przez słowiańskie plemiona Bużan i Dulebów. Po podziale dzielnicowym Rusi Kijowskiej od 1199 roku na ziemiach Wołynia istniało księstwo włodzimierskie ze stolicą we Włodzimierzu (ob. Włodzimierz Wołyński). Najwybitniejszym jego władcą, w latach 1201-1264, był Daniel Halicki (od roku 1253 król Rusi), który doprowadził do połączenia księstwa włodzimierskiego z księstwem halickim tworząc Ruś Halicko-Wołyńską.
Po najazdach mongolskich 1240-1241, Wołyń stał się terenem postępującej rywalizacji polsko-litewskiej. Ostatecznie został podzielony między Królestwo Polskie i Wielkim Księstwem Litewskim. Włodzimierz został zajęty w 1366 przez króla Kazimierza Wielkiego. W 1375 została powołana rzymskokatolickadiecezja włodzimierska, a ok. 1404 diecezja łucka. Obie diecezje połączono w roku 1425.
W 1566 zostało utworzone województwo wołyńskie ze stolicą w Łucku. Od 1569 na mocy unii lubelskiej Wołyń został przyłączony w całości przez króla Zygmunta II Augusta do Korony Królestwa Polskiego. Obejmował terenywojewództwa wołyńskiego oraz część kijowskiego. W czasie powstania kozackiego Bohdana Chmielnickiego najdalej na zachód wysunięty teren penetracji kozackiej. W 1651 doszło tu do zwycięskiej dla wojsk Rzeczypospolitej bitwy pod Beresteczkiem.
Z Wołynia wywodziły się polskie rody magnackie: Ostrogscy, Zasławscy, Zbarascy, Czartoryscy, Wiśniowieccy, Koreccy, Wielhorscy.
W 1772 w wyniku I rozbioru Polski południowy fragment znalazł się w granicach Austrii. Po II rozbiorze podzielony nową granicą między Rzecząpospolitą a Cesarstwem Rosyjskim. Pozostała część w granicach Rosji po III rozbiorze w 1795, jako gubernia wołyńska ze stolicą w Żytomierzu.
W 1805 Tadeusz Czacki założył w Krzemieńcu na południowym Wołyniu Liceum Krzemienieckie - jedno z najsłynniejszych i najbardziej zasłużonych polskich liceów. W 1809 także w Krzemieńcu przyszedł na świat Juliusz Słowacki.
Wielkim ciosem dla polskości Wołynia były represje jakie spadły na polską ludność po powstaniach: listopadowym i styczniowym. Rząd Rosji zamknął polskie szkoły, klasztory, parafie i zmuszał katolików do konwersji na prawosławie. Nastąpiło wynarodowienie dziesiątków tysięcy polskich rodzin. W 1839 roku rząd rosyjski zlikwidował Diecezję łucką ze strukturami Kościoła unickiego, którego wyznawcy i parafie zostali przejęci przez Rosyjski Kościół Prawosławny.
W okresie I wojny światowej w latach 1915-1916 na terenie Wołynia toczyły się ciężkie walki pozycyjne. Uczestniczyły w nich I, II i III Brygada Legionów Polskich, m.in. pod Kostiuchnówką.
Po zakończeniu I wojny światowej zachodnia część Wołynia na mocy Traktatu Ryskiego z 18 marca 1921 została prawnie przyłączona do Polski, lecz faktycznie należał do RP od maja 1919. Administrowany był przez Zarząd Cywilny Ziem Wschodnich do czasu utworzenia odrębnego województwa wołyńskiego z stolicą w Łucku co nastąpiło w 1921. Powstałe wówczas województwo istniało do końca II RP. Wschodnia część Wołynia pozostała w ZSRR, gdzie w 1923 utworzono trzy wołyńskie okręgi: korosteński, nowogrodzki, szepetowski.
Dominującą ludnością w województwie byli Ukraińcy, stanowiący ponad 2/3 ludności. Wołyń w latach 20. i 30. XX wieku zamieszkiwany był w 70% przez Ukraińców. Byli oni przeważnie rolnikami, 87% ludności mieszkało na wsi. Województwo było jednak ogromnie zacofane cywilizacyjne, co wynikało z uprzedniej polityki rosyjskiej. Np. prawie 70% ludności stanowili analfabeci, rolnictwo można porównać jedynie z poleskim. W latach 20. istniała jeszcze trójpolówka. Brak było sieci szkolnej, drogowej, szpitali. Z wolna jednak sytuacja ulegała poprawie. Liczba analfabetów w 1931 r. spadła o 20%. Z punktu widzenia państwa Wołyń posiadał duże znaczenie strategiczne (z punktu widzenia militarnego, w tym możliwości mobilizacyjnych).
Kwestia ukraińska na Wołyniu była bardzo mocno powiązana z sytuacją wewnętrzną w ZSRR i jego polityką ukraińską. W 1920 roku powołano w Pradze Ukraińską Organizację Wojskową, do której należało dokonywanie ataków o charakterze terrorystycznym na obszarze Polski i Związku Radzieckiego z głównym zamierzeniem odzyskania niepodległości. Najbardziej spektakularnymi akcjami UWO były próby zabicia Józefa Piłsudskiego w 1921 czy prezydenta Stanisława Wojciechowskiego w 1924. W 1929 roku UWO zostało formalnie przyłączone jako autonomiczne ramię zbrojne do nowo powstałej nielegalnie działającej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, ukierunkowanej na utworzenie niepodległego państwa Ukraińskiego od Małopolski po Don. Przeciwnikiem politycznym OUN-u było Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne, które było największym ukraińskim legalnie działającym ugrupowaniem politycznym w II Rzeczypospolitej i opowiadało się za współpracą z Polską.
Konieczne jest rozróżnienie podejścia władz polskich i podejścia samych Ukraińców do kwestii niepodległości w Galicji i na Wołyniu. Ukraińcy mieszkający na terenie Galicji byli w znacznej mierze grekokatolikami, a kościół greckokatolicki był jednym z podstawowych czynników kształtujących ich świadomość narodową. Możliwe tu było również powstawanie struktur narodowych, co zaowocowało w latach 1918-1919 powstaniem Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, która upadła po kilku miesiącach krwawych walk z państwem polskim, rozbudzając jednak wśród młodego pokolenia Ukraińców pragnienie niepodległości.
Na Wołyniu stosunki między Polakami i Ukraińcami przynajmniej początkowo po I wojnie światowej nie były tak zantagonizowane, gdyż nacje te w równym stopniu były uciskane przez zaborcę, a władzom rosyjskim nie zależało na rozbudzaniu świadomości ukraińskiej. Realizowano politykę wynaradawiania czego przejawem jest wyniszczenie kościoła unickiego i krzewienie wiary prawosławnej. W okresie międzywojennym władze polskie starały się podtrzymywać i pogłębiać te wszystkie różnice, aby zapobiec przenikaniu idei narodowych z Małopolski (Galicji) na Wołyń i Polesie. Przejawiało się to istnieniem tzw. kordonu sokalskiego, przebiegającego wzdłuż dawnej granicy austriacko-rosyjskiej. Na północ od tej linii nie mogły działać istniejące na innych terenach Polski ukraińskie organizacje polityczne, kulturalno-oświatowe i gospodarcze. Dodatkowo w latach 1921-1923 na terenie Wołynia przeprowadzono kolonizację za pomocą osadników wojskowych (w całym okresie międzywojennym na Kresach powstało w ten sposób 7,9 tys. osad, do których należało 130 tysięcy ha ziemi) Nadziały ziemi dokonywane na rzecz Polaków nie spotkały się rzecz jasna z aprobatą ludności ukraińskiej.
Po agresji wojsk ZSRR z 17 września 1939 Wołyń włączono do Ukraińskiej SRR (utworzono obwody: łucki i rówieński). W lutym, kwietniu i czerwcu 1940 miały miejsce masowe wywózki ludności polskiej i uznawanej przez komunistów za niebezpieczną klasowo na Syberię. Na mocy umów między III Rzeszą a ZSRR ludność niemiecką wysiedlono do Rzeszy.
Po ataku III Rzeszy na ZSRR w roku 1941 Wołyń został zajęty przez wojska niemieckie. Niemcy wraz z kolaborantami ukraińskimi wymordowali ok. 150 tysięcy Żydów. W Równem ustanowiono stolicę Komisariatu Rzeszy „Ukraina”. Region stał się terenem aktywnej działalności OUN i UPA, dążących do utworzenia państwa ukraińskiego pod protektoratem Niemiec. Dążenia te były bezskuteczne, gdyż Niemcy kwestię ukraińską traktowali instrumentalnie. Dążąc do utworzenia jednolitego etnicznie regionu nacjonaliści ukraińscy przy bierności Niemców przystąpili do eksterminacji ludności polskiej. Od lutego 1943 do stycznia 1944 – ze szczególnym nasileniem w lecie1943 – dochodziło do czystek etnicznych, czyli zorganizowanego ludobójstwa na ludności polskiej - wymordowano ok. 50–60 tys. Polaków (zob. rzeź wołyńska).
Na Wołyniu istniały zorganizowane struktury Polskiego Państwa Podziemnego: Okręgowa Delegatura Rządu RP na Kraj, i Armia Krajowa (SZP-ZWZ-AK). Najsilniejszym związkiem taktycznym AK była 27 Wołyńska Dywizja Piechoty, która wspierała samoobronę organizowaną przez ludność polskich miejscowości broniącą się przed terrorem UPA. Wiosną 1944 r. 27 WDP wystąpiła jako zwarta jednostka (ok. 8 tys. żołnierzy) i walcząc z Niemcami i nacjonalistami ukraińskimi dotarła na Lubelszczyznę. Działała również radziecka partyzantka.
Od 1945 Wołyń znajdował się w granicach Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – części składowej ZSRR. Po II wojnie światowej ocaleni Polacy (ok. 200 tysięcy) zostali wysiedleni przez sowieckie władze ukraińskie, głównie na Śląsk i Ziemie Odzyskane. Na ich miejsce osadzano ludność ukraińską wysiedlaną z terenów wschodnich województw RP: rzeszowskiego i lubelskiego, a także ze wschodniej i centralnej Ukrainy. Czesi natomiast w większości repatriowali się do Czechosłowacji. Ukraińcy mieli nadzieję na administracyjne przyłączenie do Wołynia południowych rejonów dawnego województwa poleskiego z Brześciem, co jednak nie nastąpiło.
Od 1991 w niepodległej Ukrainie. Obszar przedwojennego województwa wołyńskiego obejmuje obecnie dwa obwody: wołyński ze stolicą w Łucku i rówieński ze stolicą w Równem, oraz część tarnopolskiego (Krzemieniec). Z geograficznego punktu widzenia, oprócz Wołynia właściwego obejmują one również południowy skraj Polesia. Wschodnia część Wołynia (przed II wojną światową w granicach ZSRR) należy natomiast do obwodów żytomierskiego i chmielnickiego. Tam też dotrwała do dzisiejszych czasów znaczna mniejszość polska.
 
Warto zauważyć, ze żółty obszar na mapce poniżej był niemal w centrum Rzeczpospolitej Obojga Narodów w 1619 roku!



[Obrazek: mapayiy.png]

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: przelotnyptak
19-10-2016, 8:53
Forum: Pozostałe hobby
- Odpowiedzi (1)

"Wołyń" - głośny obecnie film Wojciecha Smarzowskiego ("Dom zły", "Róża").
W kinach tłumy, rekord frekwencji "otwarcia", bilet trzeba rezerwować kilka dni wcześniej.

Narodziła się nowa gwiazda: MIchalina Łabacz -     http://www.filmweb.pl/person/Michalina+%...cz-2167635

Film długi, około 2,5 godziny, potwornie męczący i drastyczny. Nie znalazłem ani jednej sceny, która wydałaby mi się nieprawdziwa. Po za tym ogólnie film jest dobrze zrobiony.

I, moim zdaniem, niesamowicie aktualny dla Europy na dzisiejsze i nadchodzące czasy.

Wydrukuj tę wiadomość