Ostatnie wątki

Statystyki
  • Postów na forum:180,507
  • Wątków na forum:6,196
  • Użytkownicy:3,259
  • Najnowszy użytkownik:lelumblue@gmail.com


Napisane przez: hogan
24-06-2018, 12:52
Forum: Sport/ turystyka/ pojazdy
- Odpowiedzi (19)

Czy widzieliście kiedy, choćby na zdjęciach, jak wygląda metro w Sztokholmie?
Uważam je za istne arcydzieło sztuki i ogólnie, jest uznane za "najdłuższą galerię
sztuki na świecie". Efekty jakie uzyskali artyści, są naprawdę imponujące.
Tu wklejam z neta kilka zdjęć.



[Obrazek: metro-w-sztokholmie-jest-nazywane-najdlu...113615.jpg]

Tu wygląda jak wjazd do gardła jakiegoś giganta potwora ubawa2

[Obrazek: c0025658988fafe92498d03c012a1278,780,0,0,0.jpg]

[Obrazek: stockholm-subway-art.jpg]

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: HansKllos
22-06-2018, 11:11
Forum: Polska
- Brak odpowiedzi

"Give Me The Sign" to pierwszy wspólny singiel DJ'a Refresh, Jakob Malibu oraz Charlie H.


Nowy singiel to połączenie najbardziej charakterystycznych cech muzycznych całej trójki.  :wink:

Taneczny beat i świetne brzmienie za które odpowiada Refresh, bardzo chwytliwa partia gitary stworzona przez Jakoba Malibu oraz energiczny popowy wokal Charliego H.

Piosenka została stworzona w lekkim, wakacyjnym klimacie. 
Opowiada historię dwójki młodych ludzi, którzy spotkali się przypadkiem w jednej z amsterdamskich kawiarni. Stan emocjonalny bohaterki piosenki i teledysku nie jest najlepszy, a nasz bohater stara się to zmienić, używając różnych, nie zawsze standardowych metod.

W teledysku, do którego zdjęcia powstawały w Amsterdamie, główną rolę zagrała aktorka i modelka Weronika Sochacz. 

Jakob Malibu - postanowił przeprowadzić się na jakiś czas do USA. Dostał staż do studia Darkchild Records, którego właścicielem jest legendarny producent Rodney "Darkchild" Jerkins, znany ze współpracy z takimi gwiazdami jak Michael Jackson czy Beyonce. Tam też, bezpośrednio pod okiem producenta Paula "Hollywood Hot Sauce" Dawsona, Jakob rozwijał umiejętność produkcji oraz pisania muzyki. 

Charlie H - to multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor. Swoją przygodę z muzyka rozpoczął od perkusji, pobierając lekcje w szkole muzycznej. Gra na gitarze, harmonijce ustnej i instrumentach klawiszowych. Koncertuje na scenach takich jak Spodek, Dom Muzyki i Tańca, Festiwal Opolski gdzie współpracował min. z zespołem IRA. Po zakończeniu szkoły średniej wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie wziął udział w programie X Factor UK.

Obecnie Dj Refresh pracuje nad swoim debiutanckim albumem.  gwizdze

TELEDYSK: 

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
17-06-2018, 17:08
Forum: Moda/ uroda/ wnętrze
- Brak odpowiedzi

Do wygrania domek ubawa

https://www.facebook.com/Decola-Alf-3554...Y8&fref=nf

Przyjadą i postawią ubawa2

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
17-06-2018, 14:32
Forum: Zwierzęta
- Odpowiedzi (18)

Przed tresurą.

[Obrazek: malyjpg_qerhsas.jpg]

Po tresurze.
Wcześniej nie było mowy o tym aby tak blisko byli siebie. ubawa

[Obrazek: maly2jpg_qerhsaq.jpg]

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
17-06-2018, 12:47
Forum: Teizm
- Odpowiedzi (25)

[Obrazek: 35413902_1755212247926709_19072715688582...e=5BC2671A]

I co Wy na to? Czy to jest normalne, trzymanie dzieci w szatni, na kolanach ze świecami i to pod okiem nauczyciela?
Czy rodzice wiedzą o tym, co nauczyciele wyrabiają, jak piorą mózgi dzieciom?
Wmawiają tak od małego coś, co niekoniecznie jest prawdziwe a dzieci potem zaczynają wierzyć, że to prawda, bo
jak od małego im to wpajają i to jeszcze w takich warunkach, no to jak dziecko ma nie uwierzyć, że tak trzeba?
Religia w szkole powinna być w ogóle zakazana, bo narzucają w ten sposób jedną religię, nie dając wyboru.

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: Dev
14-06-2018, 20:47
Forum: Pozostałe hobby
- Odpowiedzi (4)

Ten tekst jest za długi, żeby wrzucić go do minaturek, dlatego zakładam dla niego nowy wątek tease2. Mam nadzieję, że nikt mnie za to nie zlinczuje  boisie

Rozdział 1

    Las ubierał się już w jesienną szatę. Czerwienie, żółcie, rudości przeplatały się ze sobą, zagłuszając nieśmiałe zielone akcenty. Wydawało się, że cywilizacja nie dotarła do tego miejsca. Brakowało śladów bytności człowieka, zwierzęta były ufne i nie uciekały przed przypadkowymi spotkaniami z dwunożnymi drapieżnikami.
Szelest opadłych liści pod stopami pozwalał choć na chwilę oderwać się od problemów. Znałam każdą ścieżkę i drzewo na swej drodze. Często wymykałam się z domu, żeby pobyć z daleka od wszystkich. Potrzebowałam tego jak świeżego powiewu wiatru na twarzy, jak łyku zimnej wody, jak czułych objęć matki. Kopnęłam w stertę liści, a spod niej wychynął jeż i rzucił się do ucieczki. Przez chwilę go obserwowałam, też chciałam tak zrobić. Zerwać się do biegu i zniknąć w oddali, zaszyć się gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.
W połowie czerwca, razem z Ronem i Markiem, zdaliśmy egzamin General Educational Development, który otwierał nam drogę do dalszej edukacji. Chciałam iść na studia, tak bardzo tego pragnęłam. Zawsze interesowała mnie sztuka i chciałam uczyć się malarstwa. Postanowiono jednak za mnie.
Zaczęłam szkolną karierę w wieku pięciu lat, dwa lata wcześniej niż moi kuzyni. Trafiliśmy do jednej klasy. Nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo moim dziadkom na tym zależało, żebyśmy chodzili razem. Dopiero z czasem dowiedziałam się, że babcia specjalnie skróciła moje dzieciństwo. Potrzebna była mi ochrona kogoś, kto wiedziałby jak mnie kontrolować. Ron i Marek pilnowali, żebym nie zrobiła niczego głupiego. A byłam do tego zdolna.
Przeżyłam szok, kiedy pierwszy raz się przemieniłam. Było to po ostrej sprzeczce z Terry, która mnie urodziła. Nigdy nie nazywałam jej matką, nie potrafiłam się do tego przekonać, nie po tym jak mnie traktowała. Jak największe zło świata, jak coś, co trzeba zabić. I mówię to z niejako autopsji, próbowała dwa razy, ale na szczęście zawsze gdzieś w okolicy był ktoś, kto mnie obronił. Potem sama się tego nauczyłam. Wykrzyczała mi w twarz, że powinnam zdechnąć jak pies gdzieś w rowie, jakby wiedziała, kim jest mój ojciec, to zabiłaby mnie już w swoim łonie. Nie byłam godna stąpać po tej samej ziemi co ona i Bianka, moja doskonała siostra. Uciekłam po wszystkim do lasu i krzycząc wniebogłosy zamieniłam się w coś... innego.
Najpierw poczułam jak coś się dzieje z moimi dłońmi. Krótko przycięte paznokcie zamieniły się w pazury jak u dzikiego zwierza. Z niedowierzaniem uniosłam je na wysokość oczu. To już nie były moje ręce. Coś dziwnego działo się z całym ciałem. W ustach poczułam nacisk, uchyliłam je i niezgrabnie dotknęłam przedramieniem warg. Coś ostrego ukuło skórę.
Myślałam, że oszaleję. Przekradałam się do domu dziadków, żeby tylko nikt mnie nie widział i wpadłam do swojego pokoju. Nad komodą wisiało lustro. Wiedziałam, że jestem „inna", zawsze to wiedziałam, ale spoglądając w zwierciadło widziałam... Sama nie wiedziałam, czym się stałam. Skóra na twarzy napięła się zniekształcając rysy i nadając im ostrości, oczy płonęły bursztynem. Uszy zmieniły kształt. Odgarnęłam włosy, żeby im się przyjrzeć. Wydłużyły się i stały szpiczaste na końcach. Z ust wystawały najprawdziwsze kły. Padłam na kolana i wyjąc starałam się zdrapać tę obcą twarz.
Poczułam jak ktoś mnie obejmuje i siłą odrywa dłonie od policzków, odciągając pazury, żebym sobie nie zrobiła krzywdy. Wyczułam całą mieszankę zapachów - potu, perfum, pudru. Babcia z całej swojej mocy trzymała mnie w ramionach. Przytuliłam twarz do jej bluzki i wybuchłam płaczem. Łzy zalewały delikatny jedwab, nie potrafiłam się powstrzymać.
- Izzy, kochanie, uspokój się.
- Ja... ja... jestem... potworem – wyjąkałam.
- Nie! – odrzekła z mocą. – Nie jesteś potworem.
Ujęła moją twarz w dłonie i spojrzała w oczy. Nie widziałam w jej spojrzeniu odrzucenia, czy szoku, tylko miłość. Kochała mnie, tak samo jak dziadek. To oni zapewnili mi dom i bezpieczne dzieciństwo. Nie, nie pomyliłam się. Oni zawsze mnie chronili i akceptowali taką, jaką byłam.
- Myślałam, że masz jeszcze trochę czasu. – Westchnęła ciężko staruszka i podniosła się z kolan ciągnąc mnie za sobą. – Musimy poważnie porozmawiać, musisz zrozumieć, kim jesteś.
I tak się nie dowiedziałam, kim niby jestem. Nawet kiedy zapytałam ją o to wprost, nie odpowiedziała. Tłumaczyła coś o krwi i pochodzeniu, ale niczego konkretnego nie mówiła. Wkurzałam się i zagryzałam wargi, ale była nieugięta. Do niektórych faktów, według niej, musiałam dojść sama. Nie wszystko zrozumiałam z tego co mi opowiadała, ale po tym zdarzeniu wiele rzeczy się skomplikowało. Przede wszystkim w szkole. Zrobiłam się jeszcze bardziej niż zwykle drażliwa, byle drobiazg potrafił mnie wyprowadzić z równowagi. Ron i Marek nie spuszczali ze mnie wzroku i pilnowali jeszcze bardziej, niż do tej pory.
W domu nie było lepiej. Hamowałam się przy Biance, a reszta znosiła moje złe humory ze stoickim spokojem. Dziadkowie nie dawali się wyprowadzić z równowagi, kuzynowie obracali wszystko w żart i zmuszali do wysiłku fizycznego. Jednego popołudnia, a byłam szczególnie zła, wmanewrowali mnie w rąbania drewna. Zwykle było to ich zadanie, ale wymachiwanie siekierą w dziwny sposób mnie uspokoiło. Obserwowałam jak przede mną rośnie sterta szczap.
- Wiesz, że będziesz musiała to jeszcze poukładać? – Ron wolał wołać z daleka, w końcu miałam w dłoniach ostre narzędzie. – Nie zapomnij!
- Jeszcze czego? – wrzasnęłam. – Sami to poukładacie.
- O co znowu ta awantura? – Wujek Peter wyszedł ze stajni, prowadząc za uzdę Star. – Konie płoszycie tymi wrzaskami.
- Nie dość, że za nich odwaliłam robotę, to jeszcze każą mi posprzątać. – Podeszłam do klaczy i przytuliłam się do jej napęczniałego brzucha. – Ile jej czasu zostało? – zapytałam.
- Jakiś tydzień. – Uśmiechnął się szeroko. – Tylko, Izzy... - zawahał się. – Tym razem nie powinnaś być w czasie źrebienia, nie wiadomo co może się stać.
- Boisz się. – Stwierdziłam.
- To też – przyznał. – Nie panujesz nad przemianami, więc nie powinnaś być przy porodzie. Nie wiem, jak to podziała na ciebie, a jeżeli się zmienisz, to Star może zacząć wariować. Nie chcę nikogo stracić.
Kiwnęłam głową. Zrobiło mi się przykro, ale z drugiej strony doskonale go rozumiałam. Spuściłam głowę i wróciłam do domu. W pokoju rzuciłam się na łózko i rozpłakałam gorzko. Poduszka bardzo szybko nasiąkła łzami.
Jedynym plusem tej sytuacji było, że odkąd zaczęłam się przemieniać, Terry unikała mnie jak ognia. Starała się nie wchodzić mi w drogę. Choć wiecznie czaiła się gdzieś w cieniu, żeby znienacka spróbować wbić nóż w plecy. Zrozumiałam jednak jedno, nie mogłam dłużej zostać w domu, musiałam odejść.
Wydarzenia te miały miejsce rok wcześniej. Moja pierwsza przemiana była szokiem, przede wszystkim dla mnie. Nikt z moich bliskich tak nie potrafił i to mnie przerażało. Reszta spodziewała się tego, ale myśleli, że jak będą mnie otaczać kokonem ochronnym odwlecze się ono w czasie. Zostały mi po niej dwie blizny, ciągnące się od brwi przez policzki, aż po żuchwę. Powinnam opuścić Ziemię, ale żeby rodzina nie miała kłopotów prawnych najpierw musiałam skończyć edukację. W końcu ktoś by się zainteresował nastolatką, która znikła w ostatnim roku szkoły. I oczywiście o jakiejś dalszej edukacji na uczelni mogłam sobie tylko pomarzyć.
Dziś miałam opuścić to miejsce, dom, który znałam. Bywały różne chwile, dobre i złe, choć ciążyło na mnie piętno „inności" miałam w miarę szczęśliwe dzieciństwo. Dzięki dziadkom. Oni byli moją ostają, kiedy Terry mnie odrzuciła. Przez wiele lat starałam się zasłużyć na jej miłość, ale moja matka nigdy mi jej nie okazała. Przelała ją całą na Biankę, kiedy ta się urodziła. Także kochałam to dziecko, ten jasny promyczek, który swoim istnieniem zapełnił lukę w sercu.
Teraz to wszystko miało się skończyć. Najgorsze jednak było nie samo opuszczenie Ziemi, ale to, że moja młodsza siostra znikła. Kilka tygodni wcześniej, po prostu rozmyła się w porannej mgle i nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Wysłannicy z Perthin zaoferowali pomoc, ale niestety Terry się nie zgodziła. Uznała, że żadne „dziwolągi" nie będą szukać jej dziecka. Wszelkie służby przetrząsały okolice w poszukiwaniu sześciolatki, ale ta zapadła się jak kamień w wodę. Przez szereg dni w jej domu mieszkało kilku szeryfów, którzy monitorowali postępy, ale nic im nie udało się ustalić. Chciałam zostać zanim się nie znajdzie, ale niestety nie pozwolono mi na to. Przeprowadzka była przygotowywana i omawiana od roku, od czasu kiedy okazało się, że nie mogę zostać na Ziemi. Nie mogłam całe życie ukrywać się w lasach, choć było mi tutaj tak dobrze. Czy się bałam? To za mało powiedziane, byłam przerażona.
- Izzy! IZYDORA!
Przez gęste krzaki przedzierał się wujek Peter. Był niewiele starszy ode mnie, jakieś pięć lat, właściwie to był ciotecznym wujkiem, synem brata dziadka. Cała rodzina mieszkała razem, poza kilkoma osobami, które wyniosły się do miasta. Nie z własnego wyboru, miały tam ważną pracę do wykonania.
- Chodź już. – Złapał mnie za rękę. – Musicie się zbierać, statek nie będzie czekał na jedną panienkę.
- Peter, boję się – wyszeptałam.
Wziął mnie w ramiona i mocno przytulił, a ja pozwoliłam sobie wreszcie na łzy.
- Wszystko będzie dobrze. – Uspakajał mnie. – Nie należysz do tego miejsca, jesteś kim więcej niż zwykłym człowiekiem i w pewnym momencie my przestaniemy ci wystarczać.
- Wiem, ale i tak... A co z Bianką? A jak się nie znajdzie? Albo – zawahałam się – nie żyje?
- Na pewno nic jej nie jest. Znajdziemy ją.
Wiedziałam, że stara się mnie uspokoić, ale i tak to zniknięcie będzie tkwić zadrą w sercu. Dałam jednak się poprowadzić w kierunku domu. Byłam już spakowana, całe moje dotychczasowe życie zmieściło się w niewielkim plecaku. Pewnie, z miłą chęcią zabrałabym całą biblioteczkę dziadka, ale nie mogłam.
Przed gankiem domu dziadków stało dwóch archaniołów. Wysocy, potężnie zbudowani. Poza tym różnili się od siebie, jeden był blondynem o jasnej karnacji i niebieskich oczach, drugi czarnoskóry z tak ciemnymi oczyma, że tęczówka zlewała się ze źrenicą. Kolor ich piór też nie był nawet podobny. Śnieżnobiały i złotawy. Wbici w skórzane czarne spodnie i białe koszule. Zawsze zastanawiałam się jak oni przekładają skrzydła, czy mają jakieś nacięcia na plecach. Widziałam jak latają i to mnie fascynowało. Nigdy nie było im zimno, może to zasługa piór?
- Jesteś gotowa? – zapytał ten ciemny.
Niby się przedstawili, ale ja nie zapamiętałam, jak któremu na imię. Starałam się spędzać jak najwięcej czasu z bliskimi, w końcu odlatywałam z tej planety, a nawet z układu planetarnego. Perthin był położony o kilkanaście lat świetlnych dalej, w głębi Drogi Mlecznej. Bałam się tej podróży.
- Pożegnam się i wezmę rzeczy – burknęłam.
Pędem ich minęłam i wbiegłam na piętro. W moim pokoju, na łóżku, siedziała babcia. Mimo upływu wciąż była piękną kobietą, choć stresy i kłopoty wyryły się na jej twarzy siatką zmarszczek. Nigdy nie widziałam jej bez misternie upiętego koka, a spodnie uznawała za wymysł szatana, choć wątpię, że on w tym maczał palce. W dłoniach trzymała niewielką szkatułkę, w którą wbiła wzrok. Opadłam obok niej i dałam się zamknąć w ramionach. Skrzynka boleśnie wrzynała mi się w plecy, ale wolałam nie przerywać tego uścisku. Łzy same zaczęły płynąć, nie potrafiłam opanować szlochu i drżenia ciała.
- No, już, już – usłyszałam jej ciepły głos. – Słoneczko, nie płacz.
- Boję się – wyznałam.
- To normalne. Nie mamy jednak wyboru, tutaj się tylko marnujesz. Odkąd się urodziłaś, w tym dziwnym miesiącu dwóch pełni, wiedzieliśmy, że masz inne przeznaczenie niż my.
- Babciu, to bez sensu. – Usiadłam prosto i rękawem wytarłam nos oraz oczy. – Wiem, że jestem jakaś inna, ale wielu jest takich ludzi.
- Nie – zaprzeczyła. – Ty jesteś unikatowa.
Pogłaskała mnie po głowie, bawiąc się końcówkami włosów. Kochała mnie bezgranicznie i nigdy nie odrzuciła. Nawet wtedy, kiedy byłam krnąbrną i wredną dziewuchą.
- Idź się umyć i chwilę jeszcze porozmawiamy. Potem pożegnasz się z resztą i naprawdę musicie ruszać. Tybal i Martes są cierpliwi, ale tylko do czasu.
W łazience umyłam twarz zimną wodą, żeby doprowadzić się do porządku. Spojrzałam w lustro i nie poznałam dziewczyny po przeciwnej stronie. Ciemnoblond włosy potargane, jakby wściekła wrona chciała sobie w nich uwić gniazdo, zaczerwienione zielone oczy, krzywy nos, który złamał mi Ron w czasie jakiejś kłótni. I dwie blizny odznaczające się na bladej skórze. Szybko uczesałam się, związałam w koński ogon loki i z półki zgarnęłam resztę kosmetyków.
W pokoju babcia gładziła zdjęcie stojące na komodzie. Wydawała mi się taka krucha i niepozorna. Ja byłam niska, ale już ją zdążyłam przerosnąć.
- Chcę ci dać kilka prezentów. – Odwróciła się, kiedy usłyszała kroki. – Tego użyj tylko w razie największej konieczności.
Na dłoni leżało niewielkie puzderko, takie jak na biżuterię. Wydawało się wiekowe, pokrywała je patyna i jakieś znaki.
- Zawsze noś je przy sobie.
Położyła mi dłonie na głowie i coś zaczęła szeptać. Starałam się skupić, ale nie potrafiłam. Za każdym razem kiedy wydawało mi się, rozumiem słowa umysł ogarniał mrok, albo gruba warstwa waty.
- Ba...bciu? – zająkałam się.
- Będziesz wiedzieć, kiedy użyć to, co ci przekazałam.
Usiadła na łóżku i poklepała miejsce obok. Położyła na kolanach szkatułkę. Z namaszczeniem ją otwarła i nieśmiało kazała zajrzeć do środka. Na niebieskim materiale leżała para sztyletów. Wydawały się ciężkie, masywne, jednak kiedy wzięłam jeden w dłoń był lżejszy od piórka. Machnęłam kilka razy nim na próbę, ze świstem zataczając kręgi. Nie wiedziałam z jakiego materiału są zrobione, wydawały się takie... nieziemskie. Dobrze leżał w dłoni, jakby był stworzony specjalnie dla mnie. W środku był też zwinięty w rulon pergamin i trzy flakoniki. Każdy sam w sobie był dziełem sztuki. Ostrożnie wzięłam do ręki ten z błękitną zawartością. Smukła buteleczka ze szkła, opleciona ornamentem z tego samego materiału co kindżały. Podniosłam tak, żeby promienie słoneczne padające przez okno prześwietliły treść. Chciałam go odkorkować, ale zatrzymała mnie ręka babci.
- Nie tutaj. One także nie należą do tego miejsca. Tak jak ty, mają inne przeznaczenie.
- Nic z tego nie rozumiem – odparłam wkładając z powrotem sztylet do skrzynki. – One tutaj nie należą, ja też, więc gdzie jest nasze miejsce? – Spojrzałam na nią.
- Znajdziesz je, kochanie. – Ujęła moją dłoń i mocno uścisnęła. – Nie mogłam cię bardziej przygotować, bo złamałabym zasady. Dostałam wytyczne, których musiałam się trzymać.
- Wytyczne? – Zaczęłam się denerwować. – Czy ty od początku wiedziałaś, że będę musiała opuścić Ziemię?
- To twoje przeznaczenie, wszystko zostało pieczołowicie zaplanowane. – Wyjęła ze szkatułki pergamin i rozwinęła go. – Na razie jeszcze nie zrozumiesz tego tekstu, jego treść objawi się w stosownym momencie, ale zostałaś powołana do życia właśnie ze względu na ten kawałek papirusu.
Spojrzałam na kartkę. Wydawała się bardzo stara. Pismo było pochyłe, litery stylizowane, a język zupełnie obcy.
- Co to jest? – zapytałam. – Wyrok na mnie?
- To cel twojego życia. Pokładamy w tobie duże nadzieje, mam nadzieję, że zdołasz sprostać oczekiwaniom. – Zwinęła z powrotem pergamin i zawiązała na nim czarną wstęgę. – Jesteś moją wnuczką, co daje ci pewne... przywileje.
- Nigdzie nie lecę – postanowiłam nagle. – Czuję się jakbym wcale nie miała własnej woli, a ktoś mną sterował.
- Izzy musisz, od ciebie wiele zależy. – Zamknęła ze złością szkatułkę. Pierwszy raz widziałam u niej taką emocję. – Masz własną wolę i będziesz dokonywać własnych wyborów. To kim jesteś, kim w końcu się staniesz, da ci takie moce i możliwości, za które niejeden by zabił. Pamiętaj, że cię kocham. Jakbym mogła, gdybym tylko potrafiła, zmieniłabym wiele rzeczy, żebyś mogła tutaj zostać. Jednak tego nie potrafię.
Pocałowała mnie w czoło, a ja czułam, że zaraz się rozpłaczę.
- Czas już na ciebie, dziecinko – wyszeptała przy mojej skórze. – Idź się pożegnać.
- To jest zły pomysł – wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.
- Wszystko się ułoży, dziecko. – Starała się mnie pocieszyć. – Może teraz to wszystko wydaje ci się strasznie zagmatwane i nielogiczne, ale z czasem sytuacja się wyklaruje. Pamiętaj tylko, żeby dobrze dobierać przyjaciół i sojuszników, bo w przyszłości będą ci potrzebni.
Jak zwykle powiedziała dużo i nic. Zasiała w sercu iskrę niepokoju i zaczęłam jeszcze bardziej się bać. Tak jakby nad głową wisiał mi miecz, który w każdej chwili mógł spaść i mnie uśmiercić.
- Już czas. – Wstała i wyciągnęła dłoń. – Pożegnaj się ze wszystkimi i w drogę.
Tego najbardziej się bałam, pożegnania. Nie chciałam widzieć się z Terry, walczyć w tym dziwnym dniu z jej nienawiścią i tak dalej. Jej niechęć do mnie rekompensowała miłość dziadków. Czasem ją obserwowałam, jak zajmuje się Bianką, jak z małą się śmieje, bawi. Tego właśnie mi brakowało przez całe dzieciństwo, poczucia przynależenia do niej. 

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: Dev
14-06-2018, 18:38
Forum: Pozostałe hobby
- Odpowiedzi (17)

Taka moja zabawa słowem zolzakaka2

NAZNACZENI


       Ocknął się w kałuży, znowu. Odkąd wylądował na tej zapomnianej przez Boga planecie miał wieczne kłopoty z wodą. Ten świat był dziwny. Jak w zegarku – przez tydzień piękna pogoda, słonecznie i sucho, a potem siedem dni deszczu, gradu, śniegu i im pochodnych. Kolonia była na skraju głodu, budowa kopuł ciągnęła się w ślimaczym tempie przez warunki atmosferyczne. Statki, którymi przylecieli, rdzewiały na prowizorycznym lądowisku, wybebeszone z każdej rzeczy, którą przybysze uznali za przydatną. Nie mogli liczyć na dostawy z Ziemi, po pierwsze za daleko, a po drugie każda kolonia z założenia miała być samowystarczalna.
        Wiedzieli, na co się piszą, to była podróż w jedną stronę. Porzucenie cywilizacji ze wszystkimi jej udogodnieniami, techniką i osiągnieciami niosło za sobą ziarno niepewności. W nowym miejscu zaczynali od zera, tylko z danymi zapisanymi na nieprzebranych kartach biblioteki. To było najświętsze miejsce, skarbnica wiedzy i historii ich wszystkich. Każda wyprawa miała w swoich szeregach naukowców, techników, rolników, a także prostych ludzi. Wszyscy zdrowi, bez mutacji genetycznych, zdolni do prokreacji. I jak w każdym społeczeństwie musiały być siły porządkowe. Trzystuosobowy kontyngent sił specjalnych dla zapewnienia bezpieczeństwa kolonii i niewielki oddział policyjny do rozwiązywania problemów wewnętrznych.
       Zauważyli pewną tendencję, w mokrym tygodniu nasilały się wszelkie objawy agresji. I to nie tylko u ludzi, także zwierzęta ogarniał amok. Profilaktycznie zażywali środki uspakajające, ktoś w tym całym porąbanym okresie musiał być w miarę opanowany. Zasoby lekarzy były jednak na wyczerpaniu, a wciąż nie mogli wyprodukować odpowiednich komponentów z miejscowej flory.
      Ostatnie miesiące były katastrofalne, jakby sama planeta postawiła sobie za zadanie pozbycie się intruzów. Do tej pory kończyło się na złamanych kończynach, potłuczonych głowach, musieli zabić kilka psów i kotów, teraz w każdą deszczową noc ginął człowiek.
      Pozbierał się z kałuży i zdezorientowany rozejrzał się wokół. Nie bardzo wiedział, gdzie jest, szukał jakichś znaków szczególnych. Po chwili poprzez strugi deszczu dostrzegł krzyż. Był w domu, to znaczy wiedział, gdzie się ocknął. Zawędrował aż do lądowiska, a patrząc na stan ubrania, nie szedł drogą, tylko przedzierał się przez chaszcze. Ukrywał przed współpracownikami zaniki pamięci i swoje tajemnicze wędrówki, nie przyznał się nawet lekarzowi. Sprawa pewnie trafiłaby przed komisję, to groziło wydaleniem ze służby, a nic innego nie potrafił robić. Z drugiej strony wiedział, że to zagrażało wszystkim, powinien pomyśleć o jakimś rozwiązaniu problemu.
         Westchnął ciężko, czekał go kilkukilometrowy spacer do osady. W butach chlupotała mu woda , wygodniej byłoby je zdjąć, ale to też nie był dobry pomysł. Zmusił się do pierwszego kroku i zamarł. W świetle księżyca, a ta planeta miała ich dwa, zauważył błyszczące oczy, coś się przyczaiło w krzakach. W tym okresie wszelkie zwierzęta, czy to te przywiezione z Ziemi, czy przedstawiciele rodzimej fauny były groźne. Stał i czekał na niechybną śmierć.
      Z poszycia majestatycznie podniósł się kot, a raczej koto podobne stworzenie wielkości kuca. Z gracją przypisaną temu gatunkowi podszedł i szorstkim językiem polizał go po twarzy, prawie zdzierając skórę. Mężczyzna czekał na kłapnięcie paszczy, więc ze strachu zamknął powieki. Nic takiego nie nastąpiło, więc je uchylił. Zwierzak siedział, poruszając ogonem w kałuży i szczerzył garnitur zębów w parodii uśmiechu.
       - Co jest? – zapytał kota, bo nic innego nie przyszło mu na myśl.
      Na dźwięk jego głosu istota stanęła przy jego boku i lekko popchnęła człowieka głową. Pierwszy krok, drugi, a potem jakoś poszło. W połowie drogi poczuł zaciskające się zęby na przedramieniu. Ze strachu o mało nie dostał zawału, a w gardle uwiązł mu krzyk. Kot z wielką siłą wciągnął go w las i, nie zwalniając uścisku, prowadził krętą ścieżką. Po pewnym czasie wyszli na tyły komisariatu, w którym mężczyzna pracował jako jeden z szeryfów. Uznał, że zaoszczędził jakąś jedną trzecią drogi, zwierzak puścił jego rękę i usiadł pod drzewem.
      - Dzięki – mruknął i odważył się poklepać kota po głowie.
 
     W budynku panowała cisza i mrok, niestety. Zdezorientowany chciał włączyć oświetlenie, ale żarówki rozbłysły, zamigotały i zgasły, oprócz jednej samotnej na końcu korytarza. Nie działało też ogrzewanie, więc zaczął dygotać w przemoczonym ubraniu. W swojej szafce miał zapasowe, a w zbrojowni mieli dodatkowe nieprzemakalne buty i obszerne peleryny. Idąc korytarzem, zastanawiał się, gdzie wszystkich wymiotło. Ktoś zawsze trwał na posterunku, a w „mokrym okresie”, jak to potocznie określali, obsada była potrajana. Przekroczył próg szatni i po raz kolejny zamarł. Wśród roztrzaskanych szafek, porozrzucanych ubrań i szczątków ławek leżały ciała komisarza i jego dwóch zastępców. Nie żyli, tego był pewien, żaden człowiek nie przeżyje dekapitacji. Zresztą głów nie było, tak samo jak krwi. Pociągnął nosem, starając się wyczuć zapachy, ale wszystko wydawało się być w normie. Cuchnęło mokrą odzieżą, tytoniem, starymi skarpetami i środkami dezynfekcyjnymi. Chciał krzyczeć ze wściekłości, ale w porę się powstrzymał. A co, jeśli zabójca dalej jest tutaj? Drgnął nerwowo, gdy z kąta dobiegł  szmer, jakby ktoś zmieniał niewygodną pozycję i niechcący o coś zawadził. Chętnie by uciekł, ale dało o sobie znać wyszkolenie i ludzka ciekawość. Z kabury przy biodrze wyciągnął pistolet, miał tylko nadzieję, że drzemka w kałuży go nie uszkodziła, na wszelki wypadek zabrał też kawał drewna. Może niezbyt efektywna broń, ale to zawsze lepsze, niż nic i można delikwenta w łeb palnąć. Powoli zbliżał się do narożnika, starając się robić jak najmniej hałasu i nie zasłaniać światła.
       - Kim ty jesteś? – wystękał, wpatrując się w może  dziesięcioletnią dziewczynkę.
      Długie rude włosy były w strąkach, ubranie porozrywane w paru miejscach, czymś poplamione. Zbliżył się bardziej, ale ona jakby chciała wbić się w ścianę i z nią zlać.
        - Nie bój się. – Chciał nadać głosowi cieplejszą barwę, ale zachrypiał jak kruk.
        Przyklęknął, odłożył kawałek drewna i zachęcająco się uśmiechnął, wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wstać. Dziecko wbiło w nią przerażony wzrok, jakby to była jadowita kobra, a nie ludzka kończyna.
       - No chodź, nie bój się. Poszukamy twoich rodziców. – Starał się ją przekonać, choć jednocześnie myśli galopowały w głowie jak tabun spłoszonych koni.
        Nie wiedział, jak długo tak klęczał, ale było mu coraz zimniej, zaczął mieć dreszcze, nogi drętwiały od niewygodnej pozycji.
       - Ja jestem Ruben, a ty jak masz na imię? – Postanowił ostatni raz spróbować łagodnego podejścia, jak to nie pomoże będzie musiał wyciągnąć ją siłą.
       Wymamrotała coś pod nosem.
       - Powtórz, bo nie dosłyszałem. – Był to mimo wszystko jakiś postęp.
       - Alia.
       - Śliczne imię dla ślicznej dziewczyny. Wiesz, gdzie są twoi rodzice? – zapytał.
     Zaprzeczyła. Był w kropce, nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Mieszkańcy osady w mokrym tygodniu powinni raczej siedzieć w domach, tak było bezpieczniej. Dzieci miały bezwzględny zakaz opuszczania domostw, a zwierzęta były zamykane w osobnych pomieszczeniach. Coś złego działo się w czasie deszczu, coś, na co nie byli przygotowani i czego nie znali z rodzimej planety.
       Spojrzał kątem oka na współpracowników. Może nie byli przyjaciółmi, ale czuł się tak jakby stracił kogoś bliskiego.
       - Jak się tutaj znalazłaś? – Jednocześnie chwycił dziecko za ramię i postawił na nogi.
       - Nie wiem - odparła cicho.
       - Przecież musiałaś tutaj przyjść, pewnie z kimś dorosłym.
       - Nie – zaprzeczyła. – Bawiłam się w swoim pokoju i…
       - Tak?
       - Nie wiem. Potem zobaczyłam pana.
    Jeżeli to była prawda, nic dziwnego, że niezbyt mu ufała. Doskonale znał te stany dezorientacji, które następowały po odzyskaniu świadomości. Kiedyś ocknął się, wisząc za nogę na drzewie. Nie wiedział, jak tam się dostał, ale nie było w tym nic śmiesznego. Potrafił ją zrozumieć, w końcu to samo przeżywał.
       - Pamiętasz, gdzie mieszkasz?
       Skinęła głową, jakiś postęp.
       - Dobrze, chodź.
     Pociągnął ją za sobą. Starał się iść tak, żeby nie zauważyła ciał leżących na podłodze. Nawet nie wiedział, że wstrzymuje oddech, dopóki z głośnym świstem nie wypuścił go na korytarzu.
       - Poczekaj tutaj. – Posadził ją na krześle stojącym pod ścianą. – Ja zabiorę parę rzeczy i odprowadzę cię do domu.
     Zaglądał do każdego pomieszczenia, żeby sprawdzić, w jakim są stanie. Wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu, jakby miejscem tragedii była tylko i wyłącznie szatnia. Choć i to nie do końca. Mimo zwłok i zniszczeń brakowało tam krwi, jakby ktoś w amoku porozbijał przedmioty, a inna osoba podrzuciła bezgłowe ciała. Nie miał ochoty tam wracać po suche ubrania, żywił nadzieję, że któryś z kolegów zostawił jakąś odzież w mijanych pokojach. Znalazł wreszcie ją w gabinecie szefa, szybko rozebrał się do bokserek i z ulgą wciągnął suche rzeczy. Przemknął do zbrojowni i wyciągnął buty oraz pelerynę. Po chwili zabrał też dwa noże komandoskie, zapasowy pistolet, bo swojemu po kąpieli nie dowierzał, amunicję. Dołożył jeszcze dodatkowy płaszcz, choć wiedział, że na Alię będzie za duży, lepsza taka ochrona niż żadna.
       Z ulgą zanotował, że dziewczyna siedzi tam, gdzie jej kazał, choć bujała się na krześle w przód i w tył. Zapatrzona w jeden punkt, jakby to ją uspakajało. Pomógł jej się ubrać i naciągnąć kaptur, razem wyszli w deszcz.
       - Reine! – krzyknęła i dopadła do kotopodobnego stworzenia, które siedziało przed budynkiem.
        Nie dałby sobie głowy odciąć, ale wydawało się mu, że oczy zwierzaka zabłysły na niebiesko.
       - Znasz go?
     - Ją. To jest ona. Czasem się z nią bawiłam w lesie – odpowiadała z szybkością karabinu maszynowego. - Kiedyś nawet pozwoliła pojechać na swoim grzbiecie. Zawsze, gdy nie wiem, gdzie jestem, to ona się pojawia i zabiera mnie do domu.
        Podniosła głowę i spojrzała na niego, znów wydawało mu się, że widzi błękitny błysk, choć oczy dziewczynki były zielone.
       - Nie boisz się jej? – Zwierzę mu pomogło, ale strach pozostał.
        - Nie! Kocham ją. – Przytuliła się do futrzaka, a ten w zamian polizał ją po twarzy.
       - Odeślij ją – nakazał.
       Stworzenie wyszczerzyło zęby i położyło uszy po sobie. Z westchnieniem zrobił krok w tył i się poddał.
      Drugi, większy księżyc zaczął wędrówkę po niebie, oświetlając swym blaskiem okolicę. Wszystkie domy były ciemne, uliczne oświetlenie świeciło słabo, ledwie rozpraszając mrok. Z każdego zakamarka wyłaniały się cienie, zlewając z załamaniami budynków. Mżawka zamieniła się w deszcz ze śniegiem, powiało chłodem, a Ruben uzmysłowił sobie coś jeszcze. Jakaś groza przemieszczała się między kamieniczkami, ściskając jego serce w imadłach lęku.
       - Gdzie mieszkasz? –wkrztusił.
       - Przy Piątce.
       Kopuła numer pięć, tuż przy koszarach wojskowych. Prawie ukończona, zostały tylko drobne detale. W niej właśnie planowano założyć uprawę zbóż i warzyw okopowych, potrzebnych do wyżywienia osadników. Tam też, w jej pobliżu znaleziono pierwszą ofiarę, trzy miesiące wcześniej. Wypatroszoną, pozbawioną głowy i krwi. Ludzie się bali, przeklinali los, który ich sprowadził w ten zakątek kosmosu. Nie mieli jednak drogi odwrotu, tu był ich nowy dom – na dobre i na złe.
     Ofiary znajdywano zawsze na zewnątrz, leżały w wodzie i wyglądały jakby spały. Nic ich nie łączyło, ani rasa, płeć czy pochodzenie. Wprowadzono zakaz poruszania się w pojedynkę, spirala strachu sama się napędzała.
        Coś mu kazało wejść do pierwszego mijanego domu. Chciał zapukać, ale ledwie dotknął drzwi, te same się otworzyły. Buchnął w niego metaliczny odór krwi. Włosy stanęły dęba, miał gęsią skórkę. Gestem zatrzymał Alię, żeby za nim nie szła, przeczuwał, że z Reine będzie bezpieczniejsza. Wszedł do środka, choć wolałby nie, coś się jednak zmieniło w schemacie. Był ciekaw, czy będzie to miało związek z niewyjaśnionymi zgonami, czy mają w społeczności kogoś o morderczych zapędach. Pomacał ścianę, szukając kontaktu, przełączył i nic, dom nadał spowijały ciemności. Przeklął własną głupotę, mógł zabrać latarkę, ale nie pomyślał o niej. Nie uśmiechało mu się wchodzić na nieznany teren, no może nie tak do końca. Wszystkie domy postawiono modułowo, według jednego schematu, co jednak zrobili w nich mieszkańcy zależało od nich samych.
        Uderzył się w goleń o jakiś mebel stojący w przedpokoju, nie dość, że pobolewało go ramię od „czułego” uścisku kota, to teraz jeszcze noga. Machał rękami jak ślepiec, próbując wyczuć, co znajduje się na jego drodze. Zdał się na  pamięć, w końcu mieszkał w takim samym. Po lewej powinien znajdować się salon, smród też był mocniejszy z tej strony. Zauważył delikatną poświatę, jakby ktoś zostawił zapaloną świecę za załomem ściany. Z każdym krokiem stawała się silniejsza, jednak nie była biało-czerwono-pomarańczowa, ale błękitna. Rzadko spotykał się z takim płomieniem. Przyczaił się przy framudze i starał się dyskretnie zajrzeć do wnętrza, trzymając w wyciągniętej ręce przeładowany pistolet. O mały włos nie nacisnął spustu, ręce zaczęły niebezpiecznie drżeć. Odwrócił się i gwałtownie zwymiotował. Wciąż targały nim torsje, zgięty w pół starał się zrozumieć , co zobaczył. Mózg jednak nie chciał przyjąć tego, co zarejestrowały oczy.
        Odetchnął głęboko, starając się dojść do siebie i stawić czoło koszmarowi. Ostrożnie wszedł do środka i zaczął zachowywać się, jak przystało na policjanta. Obrzucił wzrokiem otoczenie, starając się zauważyć wszystkie szczegóły. W półmroku nie za bardzo miał szansę na sukces, ale nie miał zamiaru się poddawać. Na środku pomieszczenia leżała dwójka dzieci, nie potrafił rozpoznać jakiej były płci. Zmasakrowane ciałka, pozbawione oczu, uszu, genitaliów, z rozciętymi brzuchami i poderżniętymi gardłami. Morderca nawet pozbawił je włosów, jakby sprawiało mu to radość. Ich ciała lśniły niebieską poświatą, z każdą chwilą mocniejszą i bardziej przerażającą. Pod oknem leżała para dorosłych, potraktowana w ten sam sposób jak nieletni. Wszędzie rozbryzgana była krew, niemal w niej brodził,  podchodząc bliżej.
        Nagły trzask spowodował, że szybko się wycofał. Z niedowierzaniem obserwował, jak jedno z ciał unosi się kilka centymetrów nad podłogą,  wyginając w pałąk. Przez odór krwi wyczuł inny zapach, jakby coś się paliło. Instynkt samozachowawczy kazał mu uciekać, a on wolał tego nakazu nie ignorować. Kilkoma susami przemierzył korytarz, modląc się, żeby Alia nigdzie się nie oddaliła. W tym przeklętym miejscu byli chyba jedynymi żywymi istotami i nie chciał tracić towarzyszki, a nawet tego przebrzydłego kota.
Dziewczynka siedziała na huśtawce w parku po przeciwnej stronie ulicy, Reine rozłożyła się na ławce stojącej obok. Chciał krzyczeć, żeby uciekały, ale nagły wybuch przewrócił go na ziemię, wyciskając z płuc resztę powietrza. Poczuł okropny żar, tak jakby ubranie zaczęło się palić. Przewrócił się na plecy, chcąc ugasić płomienie i przyglądał się budynkowi. Z wysiłkiem usiadł i dziękował za deszcz, który chłodził poranioną skórę.
        - Co się stało? – Alia stanęła przy nim, z fascynacją przypatrując się płomieniom. Cholernym niebieskim płomieniom.
         - Nie wiem – przyznał się. – Coś mi kazało uciekać i chyba dobrze zrobiłem.
       Z wysiłkiem wstał, czuł się coraz gorzej, obolały, poraniony, mokry i zły. Coś bardzo złego działo się w osadzie i miał dziwne przeczucie, że jak wreszcie uda się rozwiązać tajemnicę nie będzie szczęśliwego zakończenia.
      - Chodź, poszukamy twoich rodziców. – Wziął ją za rękę.
      Przestał wierzyć, że ich znajdzie. Zło, które wciąż krążyło wokół nich chyba dzisiejszej nocy postanowiło zakończyć zabawę w ciuciubabkę. Szybko ruszyli w kierunku Piątki, nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że stworzenie podąża za nimi. Dziewczyna wyrwała dłoń i dosiadła Reine.
       - Musimy się pospieszyć. – Głos miała zmieniony, a oczy rozbłysły błękitem.
       Wcale mu się ta zmiana nie podobała, ale kiedy domy zaczynały płonąć jeden po drugim, przestał nad tym dumać. Kot zaczął biec, a on za nim. Co chwila słyszał za sobą wybuchy i przez zmęczony mózg przebiegła  myśl, że w każdym budynku znalazłby pewnie kolejne zmasakrowane ciała w kałużach krwi. Jedno jednak nie dawało mu spokoju, bezgłowi współpracownicy w komisariacie, nijak nie pasowali do układanki.
       Piątka stała po zachodniej stronie osady. Zanim zamajaczyła w ciemnościach zdążył się zmachać jak koń po westernie, nie mógł jednak się zatrzymać, groziło to śmiercią. Byli prawie przy kopule, kiedy wyleciały w powietrze koszary, jakby ktoś podłożył ładunki wybuchowe. Zostali obrzuceni gruzem i szczątkami żołnierzy, Ruben oberwał w twarz oderwaną nogą jakiegoś komandosa. Wzdrygnął się i zachwiał, o mało znów nie wylądował w kałuży.
      - Alia, stój! – Zawołał ze wszystkich sił. – To nie ma sensu, my nie mamy gdzie się ukryć.
       - Chodź, już niedaleko – odkrzyknęła głosem dorosłej osoby.
      Kot prowadził ich do wnętrza kopuły. Budowla była olbrzymia, pokryta panelami magazynującymi światło i przygotowana pod zasiewy. Teraz lśniła blaskiem, upiornym błękitem, który już zdążył znienawidzić tak samo jak deszcz. Nie bardzo miał ochotę wchodzić do środka, choć dziewczyna już zniknęła we wnętrzu budynku. Jednak kiedy znów oberwał w plecy częścią ciała jakiegoś nieszczęśnika, wkroczył na nieznany teren.
        W samym centrum stał kamienny podest. Na początku budowy, kiedy postawiono szkielet, pozwolono mieszkańcom zapoznać się z tym miejscem, nie przypominał sobie jednak, żeby on tam wtedy był. Alia z Reine stały przed nim, wpatrując się w wielką misę stojącą na nim. Podchodził powoli, czuł się nagi bez broni, ale w czasie szaleńczego biegu gdzieś ją zgubił. Przypomniał sobie o nożach, jeden po chwili dzierżył w dłoni. Czuł krew, dużo krwi, ale nie widział żadnych ciał. Nerwowo rozglądał się wokół, ale był tylko on, dziecko i kot. Stanął obok nich i upadł na kolana. Z daleka nie widział dobrze, myślał, że to jakieś ozdoby, ale z tej odległości rozpoznał głowy. Zaginione części cała stróżów prawa, ale nie tylko. Stały w dwóch rzędach, niema parodia gwardii honorowej, jakieś pięćdziesiąt czerepów. Wszystkie z przerażeniem wymalowanym na zastygłych obliczach. W misie, kotle, nie wiedział, co to jest dokładnie, coś bulgotało, choć nie widział żadnego ognia pod naczyniem. Pociągnął nosem i już wiedział. Krew.
      W pierwszym momencie nie rozumiał, co się dzieje. Ziemia zaczęła drżeć, jakby było trzęsienie, panele lekko dzwoniły, ocierając się jeden o drugi. Obejrzał się za siebie i nagle okazało się, że nie są już sami. Wokół materializowały się świecące na błękitno postacie. O wiele wyższe od ludzi, z głowami różnorakich zwierząt i to takich, których nigdy w życiu nie widział. Niektóre miały cztery kończyny, inne sześć, a nawet i osiem, długie i pewnie ostre pazury drapały niespokojnie ziemię, a kły ociekały krwią.
„Nasza królowa postanowiła was oszczędzić. Alia zostanie jej następczynią, a ty będziesz jej obrońcą.”
        Głowa mu zaczęła pulsować bólem od głosu rozlegającego się w jej wnętrzu.
         - Kim jesteście?
        „Czy to ważne? Znajdujecie się na naszej ziemi, w naszym świecie i musicie się podporządkować panującym tutaj zwyczajom i porządkom.”
         - Ale dlaczego my?
         „Dlaczego tylko wy przeżyliście? Bo tylko wy dwoje jesteście naznaczeni błękitem.”
        - Czym? – Dalej nie rozumiał, choć starał się połączyć uciekające mu wątki.
        „PRZYPOMNIJ SOBIE.”
        Jakby ktoś zdjął mu przepaskę z oczu. Przypomniał sobie wszystko, co działo się w czasie zaników pamięci. Widział siebie, jak spogląda w lustro, a oczy płoną błękitem; jak krąży po okolicy w towarzystwie tych niebezpiecznych stworów. Wzdrygnął się, gdy uświadomił sobie, że to on osobiście pozbawił głów te wszystkie osoby, a Alia zbierała ich krew w specjalne naczynie. Zacisnął palce na trzymanym nożu i zastanawiał się, czy zdoła popełnić samobójstwo.
        „To nic ci nie da. Za każdym razem ożywimy cię. Masz służyć naszej przyszłej królowej.”
         - Pokaż się! – Nie wytrzymał.
        Tłum rozsunął się na boki i w jego stronę zaczął sunąć najbardziej przerażający stwór jakiego widział. Cały we krwi, z ludzkimi wnętrznościami w formie ozdób, w koronie z dziecięcych oczu. Rzucił w niego nożem, ale ten tylko się odbił.
        - Przestań. – Alia wsunęła swoją dłoń w jego. – Zdenerwujesz królową.
        - Ciekawe, gdzie ona jest?– Jego głos ociekał sarkazmem.
        Dziewczyna zaczęła się śmiać, jakby opowiedział najśmieszniejszy dowcip świata.
        - To przecież Reine, to ona jest królową – tłumaczyła jak niedorozwiniętemu.
       Spojrzał przez ramię na kotopodobne stworzenie, które chłeptało bulgoczącą krew. Wbiła w niego przerażająco błękitne ślepia, mógłby przysiąc, że uśmiechnęła się wrednie.
     Został skazany, bez sądu, ławy przysięgłych i procesu, za grzechy, których nie popełnił. Był naznaczony, był żądnym krwi potworem. Poddał się, nie miał siły walczyć, nie miał dla kogo. Pozwolił, żeby błękit przejął nad nim kontrolę.
                                                                        *** 
 
     Wysoko w atmosferze krążył statek zwiadowczy. Skanował powierzchnię, szukając miejsca do lądowania dla osadników. Co prawda w archiwach ziemskich znajdowała się adnotacja, że na tę planetę już wysłano kolonistów, mimo to wydawała się niezamieszkana. Nic też nie wskazywało, że kiedykolwiek lądował tutaj statek międzygwiezdny.
      Na powierzchni pojawiała się i znikała błękitna poświata. Królowa Alia stała i z nadzieją wpatrywała się w niebo, jej poddani wreszcie nasycą się krwią i energią tych istot. Może znajdzie wśród nich swoją następczynię? Następną naznaczoną, oraz jej strażnika?
 

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: ventilo
13-06-2018, 13:49
Forum: Pozostałe hobby
- Odpowiedzi (14)

Kto się dowie,gdzie leży miasto Jastrowie!.
To miasto królewskie,ma też swoje prawa miejskie.
Na około lasy,woda,co tu jeszcze można dodać.
Swe koryto ma Gwda rzeka,ona swą urodą nas urzeka.
Lasy w grzyby obfitują,duże fabryki nas nie trują.
Ekologia u nas gości,inni pękają z zazdrości.
Miasteczko jest małe,z gościnności dość znane.
I już każdy wie ,jak miasteczko to się zwie.
To Jastrowie,tak właśnie się zowie.
Tu była też wojna,jest tego historia.
A na dodatek,jest Złotowskim powiatem.
Leży właśnie w Wielkopolsce,i podlega naszej trosce.
Bo tu leci wolno czas,więc odwiedzaj często nas.
No to pewno teraz wiesz,gdzie te miasto nasze jest.


      Piotr Wencka-ventilo

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: bonaparte
12-06-2018, 23:55
Forum: Polityka/ historia
- Odpowiedzi (28)

Oto pytania jakie wymyślił Prezydent i jego ludzie. 

Lista pytań
1. Czy jest Pan/Pani za uchwaleniem nowej Konstytucji RP, bądź zmian w obowiązującej konstytucji RP?
2. Czy jest Pan/Pani za wprowadzeniem do konstytucji RP obowiązku przeprowadzenia referendum ogólnokrajowego zatwierdzającego zmiany konstytucji?
3. Czy jest Pan/Pani za wprowadzeniem do konstytucji obowiązku przeprowadzenia referendum ogólnokrajowego w sprawach o istotnym znaczeniu dla państwa i narodu, jeśli z takim żądaniem wystąpi co najmniej milion obywateli?
4. Czy jest Pan/Pani za odwołaniem się w preambule konstytucji do ponad tysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy, jako ważnego źródła naszej tradycji i kultury i narodowej tożsamości?
5. Czy jest Pan/Pani za konstytucyjnym zagwarantowaniem szczególnego wsparcia dla rodziny, polegającego na wprowadzeniu zasady nienaruszalności praw nabytych, takich jak świadczenia 500 plus?
6. Czy jest Pan/Pani za zagwarantowaniem w  konstytucji RP szczególnej ochrony prawa do emerytury dla kobiet od 60 roku życia, a dla mężczyzn od 65 roku życia?
7. Czy jest Pan/Pani za konstytucyjnym zagwarantowaniem członkostwa RP w UE?
8. Czy jest Pan/Pani za zapisaniem w konstytucji gwarancji suwerenności Polski w UE oraz zasady wyższości konstytucji nad prawem międzynarodowym i europejskim?
9. Czy jest Pan/Pani za konstytucyjnym zagwarantowaniem członkostwa RP w NATO?
10. Czy jest Pan/Pani za zagwarantowaniem w konstytucji RP szczególnej ochrony polskiego rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego Polski?
11. Czy jest Pan/Pani za wzmocnieniem w konstytucji pozycji rodziny, z uwzględnieniem ochrony, obok macierzyństwa, także ojcostwa?
12. Czy jest Pan/Pani za konstytucyjną ochroną pracy, jako fundamentu społecznej gospodarki rynkowej?
13. Czy jest Pan/Pani za wzmocnieniem kompetencji wybieranego przez naród prezydenta w sferze polityki zagranicznej i zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi RP?
14. Czy jest Pan/Pani za przyznaniem w konstytucji RP gwarancji szczególnej opieki zdrowotnej kobietom ciężarnym, dzieciom, osobom niepełnosprawnym i w podeszłym wieku?
15. Czy jest Pan/Pani za zagwarantowaniem w konstytucji RP podziału jednostek samorządu terytorialnego na gminy, powiaty i województwa?


Jego poprzednik wymyślił sobie przed końcem urzedowania jakieś głupie referendum, ten postanowił go przebić. 
Według mnie 3 punkt ma sens, reszta to takie sobie randomowe pomysły. 
Według mnie w ogóle technika poszła tak do przodu, że powinno się zlikwidować parlamenty, a ludzie powinni głosować sami za ustawami itp. tzw. demokracja bezpośrednia na wyższym poziomie. 

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
12-06-2018, 12:33
Forum: Pozostałe hobby
- Odpowiedzi (4)

Temat zupełnie luźny. Możemy napisać tu o wszystkim co nas denerwuje w filmach.

Najbardziej denerwującą rzeczą jest dla mnie to, że jest film sensacyjny a przez pół filmu są same sceny erotyczne.
Jak komuś zależy na takich scenach, to niech zrobi film erotyczny albo jakiś romans czy coś w tym stylu.
Bo jaka to sensacja, jak jakaś para się miętoli? ubawa2

Druga rzecz co mnie wkurza, to gdy aktor nie zachowuje się jak aktor ale jak model i cały czas patrzy w kamerę. :lol:

Wydrukuj tę wiadomość