Artyści mają swoje natręctwa, fobie, ale często też... coś nie tak z głową.
Salvador Dali, przykładowo, kontemplował własne odchody. Niby każdy lubi popatrzeć na to, co z siebie wydusił w ubikacji, ale on rozpatrywał kształt, konsystencję, formę, która się ukształtowała. Nie wiem, może później wykorzystywał to podczas malowania, być może te wszystkie surrealistyczne "lejące się" zegary, rozmyte postacie są efektem wpatrywania się w odchody?
Wspomniany Nowy Jork to wręcz siedlisko oryginałów i artystów wszelkiej maści.
W przeciwieństwie do Bowiego, Woody Allen kocha Nowy Jork, a dokładnie Manhattan. Więcej, nie może poza nim egzystować. Opuszcza swoje miasto tylko wtedy, gdy naprawdę musi, jak sam twierdzi, umiera gdy jest poza Nowym Jorkiem. Swojej ukochanej wyspie poświęcił nawet swój film pod tytułem (a jakże!) "Manhattan", moim zdaniem, jeden z najlepszych w jego dorobku.
Wielkie Jabłko umiłowali sobie artyści niezależni, ale też ci bardziej znani, łączy ich jedno - prawie wszyscy są świrami.
Tak na marginesie, o nowojorskich świrach opowiadają dwa kapitalne filmy braci Wang, "Dym" i "Brooklyn Boogie", jeśli będziecie mieli okazję obejrzeć to gorąco polecam.
Oprócz Bowiego i Allena inni znani nowojorczycy (z urodzenia lub z wyboru) to m. in. Lou Reed, Jim Jarmusch, Andy Warhol, Martin Scorsese, Spike Lee, Henry Miller, Buddy Rich, Stanley Kubrick itd.