Wulgaryzmy istnieją w każdym języku.
Skoro zostały wymyślone to znaczy, że są potrzebne. W jakiś sposób trzeba wyrazić słownie swoje zdenerwowanie i frustrację, by upuścić trochę złego powietrza z siebie. Dlatego powstały wulgaryzmy.
Pamiętam, gdy prof. Bralczyk tłumaczył, by sformułowania te zostawiać na naprawdę wyjątkowe sytuacje, kiedy już naprawdę nie mamy wyjścia, gdy już inaczej nie potrafimy się wysłowić, bo tylko wtedy przekleństwa spełniają swoją funkcję.
Celem wulgaryzmu jest mocny, wręcz ekstremalny przekaz naszych emocji. Kiedy używamy ich jako przecinka albo w ogóle, niewspółmiernie do sytuacji, tracą one swoją moc oraz stają bezużyteczne i bez sensu.
Jestem wrogiem zaśmiecania języka niepotrzebnym używaniem słów uważanych za obelżywe, ale nie jestem wrogiem wulgaryzmów jako takich, bo po coś one istnieją. Wręcz uważam, że powinniśmy o nie dbać i dlatego używajmy ich tylko w sytuacjach, które tego wymagają, żeby nie straciły swojej mocy.
Ciekawe, że wulgaryzmy dotykają tylko trzech sfer życia - rzadko choroby (cholera, dżuma) i najczęściej wypróżniania i seksu. W niemieckim większość dotyczy wypróżniania i defekacji, w angielskim seksu, a u nas jest mniej więcej po równo.
Wszystko jest po coś i jakoś służy człowiekowi i tak jak wszystko, trzeba umieć używać tego z głową.
Mógłbym coś jeszcze o tym napisać (znaczenie, etymologię wulgaryzmów, zmiany na przestrzeni czasów ich znaczenia itp.), ale mi się nie chce.