Ostatnie wątki

Statystyki
  • Postów na forum:180,507
  • Wątków na forum:6,196
  • Użytkownicy:3,259
  • Najnowszy użytkownik:lelumblue@gmail.com


Napisane przez: bonaparte
18-07-2017, 19:31
Forum: Moda/ uroda/ wnętrze
- Odpowiedzi (23)

Co bardziej pasuje kobiecie.
Moim zdaniem szorty. ubawa

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
18-07-2017, 0:08
Forum: Psychologia/ socjologia/ partnerstwo
- Odpowiedzi (3)

Jaką mową posługiwać się będą dzieci, które nigdy nie słyszały żadnego języka? - kulisy dziwacznego eksperymentu sprzed ponad 500 lat

Źródło: Joemonster.org

Żyjący w XV wieku szkocki władca Jakub IV był człowiekiem o wielkim intelekcie. Dał się poznać jako wybitny polityk, ale także i poliglota oraz propagator edukacji. Władca otaczał się uczonymi, zaczytywał się w opasłych księgach królewskiej biblioteki i sam pragnął wnieść swoje trzy grosze do naukowego rozwoju ludzkości.

Eksperyment, który zdecydował się przeprowadzić zupełnie jednak kłóci się ze zdrowym rozsądkiem i bardziej pasowałby do lekko opóźnionego średniowiecznego dewota niż światłego, chłonącego wiedzę króla…

Jakub IV, mimo że spędzał dużo czasu w towarzystwie rozgarniętych uczonych, wcale nie zamykał się na teorie, które już wtedy można by włożyć między bajki, baśnie i podania ludowe. Na dworze szkockiego władcy urzędował na przykład John Damian de Falcuis – pochodzący z Włoch alchemik, który zapisał się w historii jako człowiek o niespotykanie dużych ambicjach i jeszcze większym szaleństwie. W odpowiedzi na prośby Damiana władca kazał zbudować na terenie zamku specjalne piece, za pomocą których alchemik miał wyprodukować nowy, nieznany dotąd żywioł.

[Obrazek: 1-20170411141446.jpg]

Mało tego – król przeznaczył spore fundusze na kilka innych inicjatyw włoskiego szaleńca. Na przykład zainwestował w jego projekt stworzenia tzw. „kwintesencji”, czyli uniwersalnego składnika całego Wszechświata. Innym razem Jakub IV wyłożył kasę na eksperyment, który miał dowieść, że człowiek zaopatrzony w odpowiednie urządzenie potrafi szybować niczym ptak. W 1507 roku Damian, przeczepiwszy do swych rąk wielkie skrzydła z kurzymi piórkami, efektownie spierd#lił się z murów zamku, boleśnie łamiąc sobie nogę. I pomyśleć, że jeszcze parę chwil wcześniej zaklinał się, że doleci do Francji…
Jakub IV musiał być człowiekiem niezwykle otwartym, skoro z jednej strony przyczyniał się do rozwoju narodowej edukacji, budowy bibliotek i promowania sztuki, a z drugiej dotował niemały hajs na eksperymenty alchemika z uszkodzonym dekielkiem.
Jak już było wspomniane, szkocki król znał wiele języków i szczególnym zainteresowaniem darzył nauki lingwistyczne. Operował łaciną, językiem francuskim, niemieckim, włoskim, flamandzkim i hiszpańskim.
Władca miał jednak pewną, niedającą mu spać, zagwozdkę. Czy istnieje coś takiego jak język uniwersalny? Taki czysty, dany ludziom przez Boga system komunikacji.
Jakub IV wiedział, że jedyną metodą, aby o tym się przekonać jest przeprowadzenie naukowego doświadczenia. Skoro wszystkie dzieci uczą się mowy swoich rodziców, to należy sprawdzić, jakim dialektem zaczną się posługiwać maluchy, które pozbawione zostaną możliwości słuchania jakiegokolwiek języka.

Doświadczenia, w których ludzie poddawani byli tzw. deprywacji językowej przeprowadzane były już w czasach starożytnych, a ich wyniki budziły swego czasu sporo kontrowersji. Na przykład w VII wieku przed naszą erą egipski faraon Psametych I kazał wysłać dwójkę dzieciaków do najbardziej odizolowanej części państwa. Tam ich opieką zająć się miał lokalny pasterz, któremu zabroniono używania mowy w towarzystwie swych podopiecznych. Według greckiego historyka Herodota, dzieciaki w pewnym momencie zaczęły mówić. Z bełkotu, którym się porozumiewały, egipscy mędrcy wyłuskali jedno, powtarzające się słowo - „bekòs”. Dość szybko zagadkę rozwiązano – wyraz ten pochodził z języka starofrygijskiego i oznaczał „chleb”. Faraon Psametych I uwierzył wówczas, że to Frygia, a nie Egipt, była kolebką ludzkiej cywilizacji.

Najwyraźniej historia ta mocno zaintrygowała Jakuba IV, bo szkocki władca podjął decyzję o przeprowadzeniu bardzo podobnego doświadczenia. W 1493 roku kazał on wysłać na niewielką wyspę Inchkeith dwójkę niemowlaków w towarzystwie głuchoniemej niani. Władca wierzył, że w takich warunkach dzieciaki zaczną posługiwać się mową samego Boga. Dzięki temu ludzie będą mogli dowiedzieć się, który z języków jest tym, który używany jest w niebiosach!

Chcielibyśmy wam powiedzieć o tym, jak to po pięciu latach życia w odosobnieniu małolaty zaczęły pięknie gadać po polsku, ale niestety – tu właściwa historia zaczyna przeplatać się z niepotwierdzonymi plotkami.
Nie wiadomo, co stało się z dzieciakami z Inchkeith i czy w ogóle eksperyment został doprowadzony do końca. Sir Walter Scott – żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku poeta i badacz szkockiej kultury – uważał, że pacholęta zaczęły naśladować dźwięki zwierząt zamieszkujących wyspę.
Innego zdania był natomiast Robert Lindsay z Pitscottie – ceniony szkocki kronikarz urodzony 40 lat po eksperymencie Jakuba IV. Dziejopisarz poświęcił temu wydarzeniu trochę uwagi i odnotował, że doświadczenie nie tylko zostało doprowadzone do końca, ale i przyniosło ze sobą zaskakujące wyniki. Według osób, które po sfinalizowaniu królewskiego projektu miały kontakt z dzieciakami, małolaty płynnie posługiwały się językiem… hebrajskim!

Taki scenariusz byłby na rękę przedstawicielom Kościoła, którzy w ten sposób mogliby mieć niepodważalny dowód na prawdziwość starotestamentowych historii.

Jaki mógł być rzeczywisty wynik doświadczenia z deprywacją lingwistyczną? Tego możemy dowiedzieć się na podstawie innego, lepiej udokumentowanego doświadczenia. Jego przeprowadzeniem zajął się Fryderyk II – król Sycylii, który na tron wstąpił w 1198 roku. Za czasów swoich rządów władca ten przeprowadził serię badawczych prac, których opisem zajął się Salimbene di Adam – franciszkański mnich i kronikarz.

[Obrazek: 1-20170411142537.jpg]



Jednym z poważnych naukowych przedsięwzięć Fryderyka II było na przykład zamknięcie żywego człowieka w beczce, aby zobaczyć, czy po śmierci nieszczęśnika jego dusza wyleci przez otwór wykonany w jednej z desek. Innym razem król wybrał sobie dwóch więźniów. Skazańców nakarmił, a następnie jednego z nich wysłał na polowanie, a drugiego kazał położyć na miękkim łożu, aby sobie odpoczął. Następnie dworscy lekarze wypatroszyli obu nieszczęśników. Zgodnie z życzeniem jego wysokości, chcieli zobaczyć, który z mężczyzn lepiej trawi posiłek…

I właśnie ten ciekawski władca stał za doświadczeniem, które miało ocenić wpływ językowej deprywacji na kształtowanie się mowy u dzieci. Podobnie jak Jakub IV, tak i sycylijski król wierzył, że w ten sposób dowiemy się, jakim językiem posługiwali się Adam i Ewa. Przez lata wszystkim osobom zajmującym się wychowaniem małoletnich obiektów eksperymentu surowo zabronione było mówienie do nich czegokolwiek.
Salimbene di Adam uczciwie zanotował, że: „Król chciał się dowiedzieć, czy dzieci będą rozmawiać po hebrajsku (który to był pierwszym językiem), greką, łaciną, arabskim, czy też może przejmą mowę swoich rodziców. Jego praca poszła na marne, albowiem dziecięta jedynie klaskały w ręce i wykonywały nimi gesty (...)”.
Nie ma się więc co łudzić, że inaczej zakończyło się przedsięwzięcie Jakuba IV. Najwyraźniej uniwersalną, boską mową jest po prostu mozolne „dogadywanie się na migi”.

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
17-07-2017, 23:59
Forum: Anomalia/ logika/ fama
- Odpowiedzi (1)

Źródło: Joemonster.org


Od zarania dziejów ludzie opowiadali historie o boskich istotach przynoszących im wiedzę. Być może najstarszym z takich nauczycieli był tajemniczy Oannes, o którym wspominali Sumerowie i Babilończycy. Spoglądając na opisy wyglądu Oannesa oraz jego niezwykłej mądrości, warto rozważyć hipotezę, zgodnie z którą ten niezwykły mędrzec był przybyszem z kosmosu.



[Obrazek: 6aecad39907cbbc32d1df7d0aeee6c0c.jpg]

Starożytni ludzie przekazywali relacje o niezwykłych boskich istotach, które przynosiły im wiedzę oraz nauczały wielu przydatnych czynności. Dawni ludzie uznawali, że to właśnie te tajemnicze istoty były odpowiedzialne za budowę ich cywilizacji. Inkowie opowiadali historie o niezwykłej postaci zwanej Wirakocza. Wielkim mędrcem nauczającym Egipcjan był Ozyrys. Persowie opisywali boga znanego pod nazwą Ahura Mazda, który przynosił im wiedzę. Z kolei twórcą cywilizacji Majów miał być enigmatyczny Kukulkan. Wszystkie te istoty odznaczały się ogromną wiedzą i przybywały do ludzi z nieba. Czy relacje na ich temat to tylko mity i legendy, czy też faktycznie dawno temu grupa mędrców nawiązała kontakt z pierwszymi ludźmi? Czy to możliwe, że niezwykli nauczyciele pomagający w budowie cywilizacji byli tak naprawdę przybyszami z kosmosu? Warto zastanowić się nad tym zagadnieniem, analizując relacje na temat być może najstarszego z takich nauczycieli, jakim miał być tajemniczy Oannes.


Tysiące lat temu na terenie Mezopotamii ludzie przekazywali historie na temat grupy siedmiu nauczycieli zwanych Apkallu, którzy przynieśli ludziom kulturę oraz cywilizację. Najstarszym i najważniejszym z nauczycieli była tajemnicza istota, którą Sumerowie i Babilończycy nazywali Adapa lub Uanna. Relacje na temat tej postaci przekazywano przez tysiące lat, a na przełomie czwartego i trzeciego wieku przed naszą erą spisał je babiloński historyk Berossos. W swoim dziele Historia Babilonii w następujący sposób opisał tę istotę, której nadał grecką nazwę Oannes:

„W Babilonii istniało w tych czasach wiele rożnych ludów, które żyły w sposób barbarzyński, niczym bestie w polu. W pierwszym roku u wybrzeży wód Morza Erytrejskiego, które graniczy z Babilonią, pojawił się Oannes. Jego całe ciało było jak u ryby, tyle że pod rybią głową miał on jeszcze jedną głowę, a u spodu stopy podobne do ludzkich przyczepione do rybiego ogona. Jego głos i język również były ludzkie”.

Opis wyglądu Oannesa wskazuje, że mógł być ubrany w coś, co przypomina kostium bądź też skafander. Oczywiście ludzie z tamtych lat nie znali współczesnej terminologii, więc opisywali to co widzą za pomocą dostępnych im wówczas słów i pojęć. Przyjmując, że tajemniczy mędrzec faktycznie posiadał taki strój, można pokusić się o krótką analizę tego, jak naprawdę wyglądał.

„Ciało jak u ryby” mogło być określeniem użytym do opisania kombinezonu, jaki miał na sobie Oannes, gdyż ludzie z tamtych lat szukaliby porównań do rzeczy znanych im z życia codziennego, takich jak świecąca, twarda powierzchnia ciała ryby, która mieszka w morzu. „Głowa podobna do ludzkiej, znajdująca się pod rybią głową” może z kolei być opisem hełmu astronauty, jaki miał na sobie Oannes, który patrzył zza jego przezroczystej powłoki na mieszkańców Mezopotamii. Stopy podobne do ludzkich mogło być określeniem na specjalistyczne obuwie, jakie posiadał, zaś „rybi ogon” mógł być określeniem na silniczek lub urządzenie dostarczające niezbędne składniki. Gdyby Oannes faktycznie był przybyszem z innej planety, to nie mógłby swobodnie oddychać bez odpowiedniej aparatury.

Chwilę później Berossos pisze: „Istota za dnia przebywała wśród ludzi, ale nic przez ten czas nie jadła ani nie piła”. Z pozoru nieistotne zdanie okazuje się bardzo ważne, gdyż relacje na temat istot, które przebywając wśród ludzi nic nie jadły ani nie piły, znajdziemy także w innych kulturach. Z drugiej strony świata, w dżungli amazońskiej, żyje plemię Indian Kayapo, które opowiada historie o istocie zwanej Bep Kororoti. Wg ich relacji boski nauczyciel Bep Kororoti nic nie jadł ani nie pił i był odziany w coś, co przypomina skafander astronauty. Indianie Kayapo nigdy nie mieli kontaktu z Sumerami, a jednak opis tajemniczego mędrca jest zdumiewająco podobny.

[Obrazek: ca7bb87f1997f6f0937e1aa80ab7ebb2.jpg]

Berossos w dalszej części tak opisał Oannesa: „Dawał im się zapoznać z jego listami i naukami, a także wszelakiego rodzaju sztukami. Nauczył on ich jak budować miasta, znajdować miejsca pod świątynie, tworzyć prawa, a także wyjaśnił zasady geometrii. Powiedział, jak rozróżniać ziarna i pouczył, jak zbierać owoce. Innymi słowy, nauczył ich wszystkiego, dzięki czemu mogli uczynić swoje życie bardziej ludzkim. Kiedy nadchodził zachód słońca istota, Oannes, wracał do morza i spędzał tam noc”.

Historia Oannesa jest na tyle ciekawa, że zainteresował się nią nawet słynny astronom i popularyzator nauki Carl Sagan. W swojej książce Inteligentne życie we wszechświecie, wydanej w 1966 roku, uznał opis Oannesa za przykład możliwego kontaktu z istotami pozaziemskimi w starożytności. Sagan pisał, że istoty takie jak Oannes mogły być przybyszami z kosmosu, zainteresowanymi nauczaniem ludzkości, a wraz z ich pojawieniem zaszła wielka kulturowa zmiana.

Pozornie wydaje się niezrozumiałe dlaczego przybysz z kosmosu miałby się wynurzać z morza, zamiast przybywać z nieba. W opowieściach dawnych kultur bardzo często bogowie rezydowali w morzach lub jeziorach, skąd wydostawali się na powierzchnię za pomocą tajemniczych latających domów lub kul światła. W dzisiejszych czasach znamy wiele relacji na temat obserwacji UFO, które wydobywają się z wody bądź też wlatują pod jej powierzchnię. Niewykluczone, że gdyby istoty pozaziemskie odwiedziły naszą planetę, to ich statki kosmiczne spoczywałyby właśnie na dnach mórz i jezior, aby nie być niepokojonym przez Ziemian. Nie tylko Oannes przybywał z głębin mórz, bo podobnie robili Wirakocza, Tangaroa czy też salomoński Adaro.

Historia Oannesa to kolejny przykład niezwykłego nauczyciela, który nauczał pierwszych ludzi. Czy to tylko mit nie mający pokrycia w rzeczywistości, czy też takie postacie jak Oannes istniały naprawdę? Ilość relacji o boskich mędrcach, które znajdziemy w kulturach nie mających ze sobą kontaktu, budzi zdziwienie, zwłaszcza jeśli porównamy je do siebie i zauważymy niezwykłe zbieżności. Kim w takim razie był tajemniczy Oannes? Zwykłym człowiekiem, który znacznie wyprzedzał swoje czasy, przez co dorobił się rangi wybitnego mędrca? A może przybyszem z kosmosu, który starał się pomóc pierwszym ludziom i przekazywał im wiedzę dopasowaną do ich ówczesnych możliwości? Być może dawno temu zaawansowana cywilizacja istot pozaziemskich przybyła na Ziemię, a jej przedstawiciele nauczali pierwszych ludzi przekazując im wiedzę na różne tematy, o czym opowiadały wszystkie starożytne kultury.
Autor: Gorti

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
17-07-2017, 23:49
Forum: Anomalia/ logika/ fama
- Odpowiedzi (1)

Napalone zakonnice z Loudun - sprawa demonicznych nawiedzeń z XVII wieku

Źródło: Jeomaster.prg



Był rok 1617 kiedy to ksiądz Urbain Grandier trafił do niewielkiej parafii Sainte Croix we francuskiej mieścinie Loudun. Wysoki, niezwykle przystojny duchowny od razu zwrócił uwagę lokalnych parafian. Ksiądz lubił kobiety i dość sceptycznie podchodził do kwestii wstrzemięźliwości.

[b]Szybko dał się poznać jako czarujący podrywacz i łóżkowy ogier. Grandier nie krył się ze swoim krytycznym zdaniem na temat celibatu. Napisał nawet książkę, w której piętnował ten katolicki zwyczaj.

[/b]

W XVII wieku, kiedy inkwizytorskie stosy płonęły w całej Europie, bycie sługą bożym o takich poglądach wymagało posiadania jaj ze stali.

O romansach, seksualnym wigorze i dzieciach, które Grandier spłodził krążyło sporo plotek, a wielu wysoko postawionych duchownych miało już powyżej uszu jurnego księdza, który bezczelnie brukał dobre imię kościelnej instytucji. W 1630 roku Urbain oskarżony został o czyny rozpustne i zawisła nad nim groźba (w najlepszym wypadku) ekskomuniki. Niesforny sługa boży miał jednak dobre znajomości, dzięki którym nie tylko udało mu się uniknąć kary, ale także i jeszcze w tym samym roku wrócić do Loudun.

Niedługo po tym jak ojciec Grandier znów przewodził parafii Sainte Croix, dziać się zaczęły bardzo dziwne rzeczy z siostrzyczkami mieszkającymi w przykościelnym zakonie. Matka przełożona Jeanne des Anges miała sen, w którym to wizytę sprawił jej Urbain pod postacią świetlistego anioła i zmusił ja do odbycia wyuzdanych aktów seksualnych.

Przerażona zakonnica przyjęła pokutę w postaci biczowania. Tymczasem inne siostry zakonne również zaczęły skarżyć się na nocne „wizyty” demonicznego księdza, silne halucynacje i wyjątkowo wulgarne marzenia senne.

[Obrazek: 1-20170628141556.jpg]

Kiedy wieść o domniemanych nawiedzeniach zakonnic dotarła do biskupa z Poitiers, czym prędzej wytypował ojca Mignona, aby ten przyjechał do Loudunu i przyjrzał się sprawie. Skromny spowiednik i utalentowany egzorcysta był przerażony tym, co zastał na miejscu.

Zakonnice wrzeszczały, nienaturalnie wyginały swoje ciała, niektóre nawet szczekały jak zdziczałe psy. Matka przełożona twierdziła, że zarówno ona, jak i jej podopieczne opanowane zostały przez demony, wśród których prym wiódł Azmodeus i Zebulun – bestie osobiście przywołane przez ojca Grandiera!

Tymczasem niesforny ksiądz zaczął zdawać sobie sprawę, że znalazł się w kiepskiej sytuacji. Początkowo domagał się, aby szalone mieszkanki zakonu zamknąć w izolatkach. Kiedy jednak jego prośby zostały zbagatelizowane, Urbain napisał list do arcybiskupa Bordeaux. Ten podszedł do sprawy bardzo profesjonalnie i natychmiast przysłał do parafii swojego osobistego lekarza. Doktorek przebadał każdą z zakonnic i stwierdził, że żadna z nich nie wykazuje znamion opętania. 21 marca 1633 roku arcybiskup nakazał zaprzestania egzorcyzmów i zaapelował, aby na jakiś czas zamknąć siostrzyczki w ich klasztornych celach.

Przeciwnicy kontrowersyjnego księdza byli wściekli – cały ich misterny plan spalił na panewce. Na szczęście mieli jeszcze jednego asa w rękawie. Jean de Laubardemont – kobieta bardzo blisko spokrewniona z „nawiedzoną przez demony” matką przełożoną zakonu z Loudun miała bliski kontakt z samym kardynałem Richelieu. Jean oraz kapucyński zakonnik Tranquille odwiedzili więc najwyższego, kościelnego dostojnika, aby poinformować go o nieudanych egzorcyzmach oraz przedstawić dowody przeciw Grandierowi.

Aby zagrać na odpowiedniej strunie, Laubardemont pokazała mu napisany przez Urbaina satyryczny poemat wyśmiewający francuskiego kardynała. Richelieu aż kipiał ze złości. Natychmiast nakazał zwołanie kościelnej komisji, która miała aresztować i przesłuchać podejrzanego o konszachty z nieczystymi siłami księdza. Na czele tejże komisji stanęła sama Jean de Laubardemont. Egzorcyzmami nawiedzonych zakonnic miał natomiast zająć się wspomniany kapucyn – ojciec Tranquille wraz z grupą najlepszych specjalistów od wypędzania demonów.

Publiczne egzorcyzmy przybrały formę prawdziwego teatru. Możliwość zobaczenia takiego „przedstawienia” przyciągnęła 7000 gapiów! Duchowni prześcigali się w groźbach, rozkazach i rytuałach, które miały na celu nie tylko wypędzenie szatańskich pomiotów z ciał zakonnic, ale i zmuszenie kobiet do składania zeznań obciążających Grandiera. W przerwach pomiędzy egzorcyzmami, głos zabierały byłe kochanki jurnego księdza, które rozpalały wyobraźnię zgromadzonej tłuszczy opowiadając pikantne historie na temat jego upodobań seksualnych.

[Obrazek: 1-20170628142154.jpg]


Jak w scenariuszu dobrej telenoweli, co chwile pojawiały się nowe zwroty akcji. Nagle okazało się, że ilość diabelskich sił, które zagnieździły się w ciałach oddanych Bogu, siostrzyczek jest znacznie pokaźniejsza, niż początkowo sądzono. Szczególnie trudnym przeciwnikiem był Isacaaron – pomniejszy demon rozpusty, który zmuszał zakonnice do czynów lubieżnych i niegodnych kobiet noszących habity…
Aby oczyścić swoje dobre imię, do akcji wszedł sam Grandier, który postanowił osobiście przesłuchać opętane kobiety. Duchowny doskonale wiedział, na czym polega jedna z podstawowych metod sprawdzania, czy egzorcysta ma do czynienia z prawdziwym nawiedzeniem. Trzeba było przemówić do ofiary opętania w nieznanym jej języku. Jeśli w ciele nieszczęśnika faktycznie czaił się demon, odpowiadał on na zadawane mu pytania. Urbain znał grekę, więc właśnie za jej pomocą usiłował porozumieć się z diabłami ukrytymi w ciałach siostrzyczek.
Zakonnice jednak zgodnie przyznały, że zawarły z demonami pakt zabraniający im… posługiwania się językiem greckim. Szach – mat, cwany klecho!

Grandier trafił do więzienia, gdzie ogolono całe jego ciało – to miało ułatwić poszukiwanie znamion, które świadczyłyby o jego kontaktach z diabłem. Oczywiście inkwizytorzy szybko takie ślady znaleźli.

Ostatnią deską ratunku dla Urbaina był doktor Fourneau. Lekarz, który szykował księdza do tortur stwierdził, że rzekome „diabelskie znamiona” to nic innego jak sfabrykowane przez Inkwizycję dowody. Protesty lekarza zostały jednak puszczone mimo uszu. Podobnie jak zeznania grupy zakonnic, którym zrobiło się duchownego żal i postanowiły przyznać się do składania fałszywych zeznań. Uznano jednak, że zakonnice wypełniają plan samego Szatana, którego celem było uchronienie Grandiera przed śmiercią. Sama matka przełożona - Jeanne des Anges pojawiła się na rozprawie ze sznurem przywiązanym do szyi grożąc, że powiesi się, jeśli jej zeznania nie zostaną cofnięte.

Wszystkie głosy sprzeciwu wobec decyzji kościelnej komisji zostały oddalone, a szczególnie uparci obrońcy księdza z Loudunu zostali aresztowani jako zdrajcy narodu, a ich cały dobytek skonfiskowano.

Zazwyczaj osoby poddawane okrutnym, inkwizycyjnym torturom szybko przyznają się do zarzucanych ich win, jednak ksiądz Grandier był twardy. Nawet gdy połamano mu nogi nie powiedział tego, co chcieli usłyszeć jego wrogowie. Upór skazańca doprowadził ich do furii. Początkowo obiecano Urbainowi oszczędzenie mu cierpień – planowano go powiesić, a następnie jego ciało miało zostać publicznie spalone na stosie. Do tego przysługiwało mu prawo do wygłoszenia ostatniej przemowy przed śmiercią.

Ostatnie słowa Grandiera zostały zagłuszone przez olbrzymie ilości wody święconej, którą wylano mu na twarz, gdy tylko otworzył usta, aby je wypowiedzieć. Złamano też obietnicę i zrezygnowano z stryczka. Duchowny trafił na stos żywy.
Wprawdzie ksiądz odpowiedzialny za opętania zakonnic gryzł już glebę, ale kościelni dostojnicy uznali, że nie warto zamykać sprawy w chwili, gdy nawiedzone zakonnice są na językach wszystkich Francuzów.
Przez parę lat klasztor był prawdziwą atrakcją turystyczną. Odprawiano tam publiczne egzorcyzmy. Nie brakowało tłumów chcących zobaczyć (oczywiście za odpowiednią opłatą) chodzące na rękach, tłukące głowami o mury, wykonujące prowokujące gesty i zadzierające habity siostrzyczki. No, bo kto nie fantazjował o seksie z opętaną zakonnicą? Tylko ja? Ech…
W 1637 roku kardynał Richelieu osobiście nakazał zaprzestanie dalszych „egzorcyzmów”. Pozwolono sprawie ucichnąć.

Wydarzenia, które miały miejsce we francuskim miasteczku zainspirowały Aldousa Huxleya do napisania książki pt. „Diabły z Loudun”. Taki sam tytuł ma opera autorstwa Krzysztofa Pendereckiego. Najbardziej jednak znanym u nas dziełem opartym na tych wydarzeniach jest opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza pt. „Matka Joanna od Aniołów”. Oczywiście tytułowa bohaterka to siostra Jeanne des Anges. Autor jednak zdecydował się przenieść miejsce akcji z Loudun do położonej na wschodnich kresach, polskiej mieściny o nazwie Ludyń.

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: hogan
17-07-2017, 23:35
Forum: Anomalia/ logika/ fama
- Odpowiedzi (4)

Obalony mit ubawa2

Starożytni Grecy twierdzili, że każda materia na naszej planecie składa się z czterech elementów: wody, ziemi, ognia i powietrza. Dzisiaj wiemy, że z tychże składników oraz dorzuconego do nich serca, możemy uzyskać efekt w postaci latającego, błękitnoskórego ekologa o fryzurze w stylu teksańskiego wieśniaka. Teoria greckich myślicieli obalona została wraz z rozwojem chemii i wiedzy na temat cząsteczek oraz atomów.






[Obrazek: 997043ffd389cathe4elementsposter.jpg]

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: bonaparte
14-07-2017, 23:07
Forum: Sport/ turystyka/ pojazdy
- Odpowiedzi (12)

Blisko Polski najlepsze ponoć jest Hajdukoboszlo na Węgrzech. 
A w Polsce to mi się podobało  w Bialce Tatrzańskiej.

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: ro_bot
14-07-2017, 12:19
Forum: Anomalia/ logika/ fama
- Odpowiedzi (5)

"W sieci można znaleźć całą masę stron i filmów, których autorzy sugerują, że niektóre samoloty rozpylają substancje chemiczne. Twierdzą, że są szkodliwe dla ludzi. Co to za substancje? I dlaczego miałyby być rozpylane?"


Słuchając pewnej niezbyt poważnej rozgłośni radiowej zauważyłem gorącą dyskusję na ten temat.Co o tym myślicie?

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: Lady Neosha
13-07-2017, 16:38
Forum: Zagraniczna
- Odpowiedzi (1)

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: karbon
12-07-2017, 13:16
Forum: Sport/ turystyka/ pojazdy
- Odpowiedzi (10)

Tak zawsze obiecywałem jakieś świeże fotki i jakoś zawsze czasu brakowało.
Teraz się lenie bo tak mam że kilka dni lenia złapałem. Gada chciałem wygonić ale nie chce sobie pójść W sumie to go też czasami lubię więc niech sobie siedzi gadzina obok a ja sobie zrobię kilka dni wolnego. A co tam...
No ale do rzeczy... Jakoś weny do opowiadań z Kos nie mam to może na początek zacznę od zdjęć a wena może sama przyjdzie...
Co do jakości to już z góry się usprawiedliwiam bo część robiona telefonem a pozostałe aparatem dla dzieci czyli marketówa ale lubię go bo mniejszy od paczki papierosów...

Ten cały Kos to fajna wyspa. Może dlatego teraz odwiedziłem ją ponownie tylko inny rejon niż rok temu. Jednak te wszystkie atrakcje co oferują turystom to moim zdaniem takie wyszukane na siłę.
Ale popatrzcie sami. Jedna z głównych czyli morskie źródło termalne:

Ten kawałek morza to niby atrakcja. Gorąca że do kostek wszedłem i śmierdzi siarą że hej. Ale smród dało się wytrzymać bo stanowczo mniej waliło niż z wulkanu na Nissiros.

P.S. Nosz w mordę plik za duży... Na razie puszczam tekst i idę szukać hostingu... Nara

Wydrukuj tę wiadomość


Napisane przez: bonaparte
10-07-2017, 20:52
Forum: Anomalia/ logika/ fama
- Odpowiedzi (16)

Baran i Rak czy taki związek  ma przyszłość?

Wydrukuj tę wiadomość