Nowa odpowiedź
Ocena wątku:
  • 17 głosów - średnia: 2.94
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Straszna opowieść Neoshy :)
#21

ok. .. możesz do kanionu wyrzucić.

"To, co dajesz, Momo, pozostaje twoje na zawsze; 
to, co zachowujesz, jest na zawsze stracone!"



Odpowiedz
#22

Dam dalej:

Neosha, Bryn, Ayana, jack i Harry byli licealistami. Mieli szesnaście lat. Postanowili w piątek wieczorem wybrać się do lasu i zrobić ognisko. W planach mieli też zostać tam na noc. las był bardzo daleko od miasta. Rodzice pozwolili im na kilka dni poza domem. Nikt nie zapuszczał się do tego lasu od lat. Przyjechali czarnym jeepem Bryn. Rozstawili namioty, ustawili pięć krzesełek przy drewnie i rozpalili ognisko. Zaczynało się już ściemniać. Gadali o szkole, znajomych, wakacjach i pili alkohol i palili.
- Ja to ostatnio byłam w lesie jakieś pięć lat temu u babci na wsi. Dobrze, że wyjechaliśmy tu, bo stęskniłam się za tym klimatem - powiedziała Ayana.
- Ja się stęskniłem za takimi ogniskami z przyjaciółmi - odparł Harry i zaciągnął się Marlboro.
- No, jest co wspominać - powiedziała Bryn.
- Ciekawe, czemu tu nikt nie chodzi - powiedział Jack.
- pewno ludziom się nie chce cztery godziny jechać na odludzie - odparła Neosha i otworzyła piwo - i dobrze, bo nikt nam nie będzie przeszkadzał.
- Tobie i Jackowi czy wszystkim? - zaśmiał się Harry.
- I to i to - zaśmiała się Neosha. napiła się szampana z butelki.
- A jak się upijemy, to zaczniemy tańczyć dla chłopaków hahaha - zaśmiała się Ayana.
- W sumie to nie głupi pomysł - uśmiechnęła się Bryn.
- Serio? - spytał Jack.
- Nawet teraz możemy - powiedziała Ayana. Wstały i zaczęły tańczyć.
- Oj będzie co wspominać - zaśmiała się Naeosha - Ale ja na razie wolę popić. Dla mnie też możecie tańczyć hahah.
Śmieli się i gadali, Bryn i Ayana tańczyły. Nagle coś się poruszyło w krzakach 8 metrów od nich.
Dziewczyny przestały tańczyć i spojrzały się na krzaki.
- Kuźwa, tam ktoś jest - powiedział Jack.
- Mówiliście, że tu nikt nie chodzi - zlękła się Neosha.
- Bo nie chodzi. Ale teraz ktoś postanowił zrobić wyjątek odparł Jack.
- Macie gaz łzawiący? - szepnął harry - pójdę zobaczyć i przepędzę gnoja.
- Ja mam - powiedziała Bryn. Wyjęła gaz z torebki i dała go Harry'emu.
- Tylko uważaj - szepnęła Ayana.
- W razie co, to Cię ubezpieczam - powiedział Jack i wstał. Podszedł ostrożnie do krzaków. Nawet nie wiedział, jaki błąd popełnił.

-----

Mia biegła po schodach na górę. Gdy wchodziła na drugie połączenie schodów, obraz wiszący na ich końcu spadł. Krzyknęła i przystała na chwilę.

- Spokojnie, to tylko obraz, to w porównaniu do wcześniejszych zdarzeń jest najmniej straszne - powiedziała sobie w myślach. Pobiegła nimi i znalazła się w korytarzu na drugim piętrze. Przez jego środek ciągnął się granatowy dywan. Weszła do pierwszego pokoju na prawo i zamknęła drzwi. Oparła się o nie plecami i wydyszała się. Wyjęła z kieszeni w spodniach agrafkę i zamknęła drzwi na zamek. Poczuła się nieco bezpieczniej. Wyjęła telefon i zerknęła na ekran. Brak zasięgu. Schowała telefon do kieszeni i usiadła na czerwonym zakurzonym fotelu. Myślała o tym, kiedy uda się jej wrócić do domu. Zerknęła na godzinę w telefonie. Była 22. Gdy chciała schować telefon, zobaczyła stojącą przed nią panią Samathę.

- Dziecko, uciekaj stąd, oni będą Cię ścigać, dopóki nie zabiorą Twojej duszy i nie uwiężą jej w tym szpitalu.

Mia chciała coś powiedzieć, ale jej uwagę zwrócił dźwięk na korytarzu. Zabrzmiało, jakby ktoś jeździł gwoździem po ścianie rysując coś. Usłyszała to samo nucenie, który Mike słyszał w toalecie. Nagle dźwięk ustał. Mia zobaczyła przez szparę u dołu drzwi, jak jakiś cień przechodzi z głębi korytarza do schodów. Duch pani Samanthy stał i patrzył się w podłogę. Mia nie czuła się już tak bezpiecznie nawet pomimo zamkniętych na zamek drzwi. Marzyła, żeby to wszystko się już skończyło. Nagle poczuła, że musi iść za potrzebą. Stres u niej powodował częste sikanie. Podeszła powoli do drzwi i zerknęła przez szparę u dołu drzwi. Nie było żadnych stóp ani cieni. Chciała spytać się pani Samanthy, jak można się stąd wydostać, ale gdy się odwróciła, jej już nie było. Pęcherz naglił. Otworzyła drzwi i uchyliła je. Korytarz był pusty. Otwarła drzwi i wychyliła głowę. Spojrzała w lewo, nikogo nie było. Wyszła z pokoju i kierowała się do łazienki, gdy nagle spostrzegła, co było na jednej ze ścian. Na samym jej środku widniał napis ''Zostaniesz z nami na zawsze'' wyryty gwoździem. Mia przeraziła się. Jej oddech był szybki i głośny. Cofnęła się i oparła o ścianę plecami. Napis był wykonany dziecięcym pismem. Gdyby nie pęcherz, pewnie usiadła by z bezsilności. Po chwili doszła do siebie i poszła szybkim krokiem w stronę toalety. Weszła do niej i wybrała pierwszą kabinę. Zdjęła spodnie i majtki i usiadła na desce. Nagle usłyszała jakiś dźwięk w klozecie. Wstała i gdy spojrzała do środka, zmroziło ją. W środku bulgotała krew. Z oczami pełnymi strachu szybko podciągnęła spodnie, odwróciła się i popchnęła drzwi od kabiny. Wrzasnęła, gdy zobaczyła odbicie lustra.



-----



- Pamiętasz, co robić? - zapytała się Blair Maggie, pacjentki, która była w sali najdalej dyżurki.

- Jasne - odpowiedziała jej dziewczyna. Było grubo po północy. Najlepsza pora, żeby zwiać ze szpitala.

- Dobra, to za minutę zaczynaj - poleciła dziewczynie Blair. Pobiegły z Madi do swojej sali. Założyły plecaki na plecy i czekały za rogiem przy drzwiach. Usłyszały wrzask Maggie. Po chwili przybiegł do niej opiekun z dyżurki. Gdy wchodził do sali Maggie, dziewczyny były gotowe.

- Goł - rzuciła Blair. Otworzyły drzwi swojej sali i cicho wyszły. Madi poszła do dyżurki i przycisnęła przycisk otwierający drzwi na ich oddział. Opiekun usłyszał dźwięk otwierania drzwi i biegł w stronę dziewczyn. Blair popchnęła drzwi i przytrzymała. Madi zobaczyła biegnącego opiekuna. Pobiegła do niej i wyszły z oddziału, szybko zamykając drzwi. Opiekun wyjął klucze i otwierał drzwi, kiedy dziewczyny były już na końcówce schodów. Usłyszały otwierające się drzwi i wołania opiekuna, żeby się zatrzymały. Wybiegły ze schodów do hallu. Pani w recepcji widząc dziewczyny wstała i chciała je zatrzymać, ale kiedy wyszła z niej, dziewczyny już otwierały drzwi wyjściowe. Wybiegły na ścieżkę szpitalną. Będąc w jej połowie, usłyszały wołania za nimi. Przyspieszyły i otworzyły drzwi bramy. Wybiegły z niej i podążały chodnikiem na prawo. Przebiegły kilka ulic i znalazły się na stacji pociągów. Po 30 sekundach usłyszały nadjeżdżający pociąg.

- Wsiadamy - powiedziała Blair. Gdy pociąg się zatrzymał wsiadły do niego i zamknęły się w ubikacji. Siadły na zamkniętej desce od klopa i się wydyszały.

- Za kilka stacji musimy wysiąść. Trzeba złapać pociąg do centrum - powiedziała Blair.

- W centrum jest najwięcej policji, mogą nas złapać.

- Na stacjach nie chodzi policja. Musimy stamtąd złapać pociąg do New Jersey. W Nowym Jorku będą nas szukać.

- Ile masz kasy?

- Spoko, zwinęłam temu bogatemu Damianowi 3 tysie. Starczy na długo.

Przed nami i tak nie uciekniecie. Przyjdzie czas, że skończycie tak jak ten japończyk, tylko w szambie pełnym ludzkich części hahahahaha.

- No fajnie, jeszcze ich nam brakowało - powiedziała zirytowana Blair.

Jeszcze zatęsknisz za nami, gdy zobaczysz, co potrafią zrobić inni wyżej od nas. A tymczasem rozkoszuj się spokojem, który jeszcze masz. Ale nie na długo.

- Blair, mówiłam, że będzie coraz gorzej - powiedziała Madi cicho. Spojrzała na koleżankę, a w jej oczach zobaczyła same białka. Z jej ust lała się krew. Madi wrzasnęła.

- Madi, co się stało? - zapytała zaniepokojona Blair. Nagle twarz Blair znów wyglądała normalnie.

- Halo, czy wszystko w porządku? - Jakiś facet zapukał do drzwi kibla.

- Tak tak, wszystko okej, po prostu zauważyłam w swojej kupie robaki, a mam lęk przed tym obrzydlistwem - odpowiedziała facetowi Blair - Nic się nie stało proszę pana, dziękuję za troskę.

Madi siedziała skulona na podłodze. Trzęsła się. Blair kucnęła przy niej.

- Co się stało? - spytała Blair.

- Musimy jak najszybciej znaleźć tych księży i odprawić ten egzorcyzm. Bo to przekracza wszystko. Nie wiemy, co się dalej stanie. A potem może być za późno - powiedziała Madi.



-----



Brookie ujrzała trzy osoby w korytarzu przy drzwiach. Ich oczy były czerwone, nie miały źrenic, tylko białe, duże kółka. Patrzyli na nią jak zwierzę na swoją ofiarę.

- Dobra, opanujmy się, bo nic nam nie zostanie - odezwała się blondynka, która otworzyła drzwi.

- Racja - odparł dobrze zbudowany chłopak. Ich wzrok zmienił się na normalny, lecz oczy pozostały takie same.

- To którą najpierw? - Zapytała brunetka stojąca za chłopakiem.

- Przytomną. Tamta może gorzej smakować. Jak się ocknie, będzie smaczniejsza - odparł chłopak. Brookie oblał zimny pot. Lęk przed tym, co jej zrobią ją sparaliżował. Podeszli do niej, blondynka podciągnęła jej rękaw, chłopak z tyłu przechylił jej głowę na bok, brunetka jednym ruchem rozdarła jej spodnie na udzie. Chłopak powąchał jej szyję.

- O kurde, takiej dobrej krwi właśnie potrzebowałem - W ułamku sekundy zatopił kły w jej szyi. Brookie wrzasnęła z bólu. Dziewczyny zatopiły zęby w jej nodze i ręce. Wiła się z bólu i krzyczała na całe gardło. Poczuła smród krwi. Swojej krwi. Smród był tak intensywny, jak w punkcie pobrań. Poczuła, jak robi jej się słabo. Te męki trwały trzy minuty. Brunetka gwałtownie oderwała głowę od nogi Brookie. Jej wzrok był taki przerażający. Miała ogromne, długie kły, całe we krwi Blair. Jej mina nie przypominała miny człowieka. Przypominała minę kogoś szalonego, kto dostał to, czego mu długo brakowało. Brookie przeraził ten widok. Po chwili poczuła, jak kły blondynki wychodzą z jej żyły. Chłopak szarpnął jej żyłą, gdy skończył pić. Brookie zawyła z bólu.

- Nie ma to jak po dłuższej przerwie w pożywieniu dostać taki rarytas - powiedział chłopak ocierając brodę z krwi.

- Musiała zdrowo jeść. No i to zero minus, tak rzadko spotykane. Po prostu delicje. Nie piłam tak dobrej krwi od dwustu lat.

Nagle rozległy się czyjeś kroki w korytarzu. Po chwili w drzwiach pojawiła się szesnastoletnia dziewczyna.

- Ładnie to tak się posilać bez poinformowania bardziej spragnionych? - Zapytała dziewczyna - Macie szczęście, że chłopaki śpią.

- Właśnie dlatego im nie powiedzieliśmy - Odparła brunetka - Wiemy, że są wyczerpani. Jak się obudzą to od razu poczują i sami tu przylecą.

- Zostawcie nas same, chcę się z nimi przywitać - Powiedziała dziewczyna w drzwiach.

- Spoko, tylko nie przeraź dziewczyny, miała dzisiaj dużo wrażeń - Odparła blondynka. Ich trójka wyszła z pokoju. Dziewczyna zamknęła drzwi i odwróciła się do Brookie.

- No siema. Mam na imię Kim, ale możesz mi mówić Kimi. Jak widziałaś, moi przyjaciele są wampirami. Ja to trochę skomplikowana sprawa. Widzisz, jestem półwampirem. Mój ojciec był wampirem, ale moja matka człowiekiem. Podczas, gdy w moich przyjaciołach płynie niebieska krew, w moich płynie fioletowa. Mieszanka krwi niebieskiej i czerwonej. Widzisz, mamy coś wspólnego - Uśmiechnęła się - Zamieszkasz z nami na kilka lat. Zrobimy symbiozę. My będziemy Ci dawać za darmo dobre żarcie i picie, a Ty dasz trochę swojej krwi. No, właściwie to nie bezpośrednio. Rozwiążemy Cię i damy ten pokój. Wiązać Cię będziemy tylko na porę pożywienia, żeby było wygodnie pić. To wszystko tyczy się też Twojej koleżanki. Czasem do Ciebie przyjdę, jak Ci się będzie nudziło. Masz jakieś pytania?

Blair przeraziła wizja pobytu tutaj na kilka lat.

- Skoro jesteś półwampirem, to czy też pijesz krew?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.

- A jak myślisz?

Brookie straciła przytomność. Jedyne, co ujrzała przed tym, to twarz dziewczyny tuż przy jej twarzy, uśmiechającej się szeroko z wielkimi kłami.



-----



Jade ocknęła się kilka godzin później. Leżała przywiązana do łóżka. Poczuła, że szczypie ją paznokieć. Cały palec u prawej stopy jej pulsował. Po chwili zorientowała się, że nie ma na nim paznokcia. Usłyszała kroki zbliżające się do pokoju.

- Ooo, nareszcie moja pszczółka się obudziła. Ile można spać kochanie? Wiem, że po zabawie jesteś zmęczona, ale przygotowałem dla Was kolację. Nabierzesz sił kwiatuszku - Wyjął tą samą strzykawkę z kieszeni, co rano - Ten mały zabieg już znasz słońce - Wbił jej igłę w udo - Twoja przyjaciółka już jest na miejscu. Brakuje tylko Ciebie - Wyjął strzykawkę z jej uda - Poznacie Emily, moją perełkę, która jest ze mną od czterech miesięcy. Nie chciałem, żeby bawiła się tylko ze mną. Dlatego przyniosłem Was tutaj - Odpiął pasy - Wiesz, Emily jest małomówna, ale to nie znaczy, że Was nie lubi - Przełożył ją sobie przez ramię. Zaczął iść korytarzem - Mało je, bo się odchudza. Jest bardzo szczupła - Otworzył drzwi - Już niedaleko - Szedł przez trawę - To tutaj, złotko. Chciałem, żeby było romantycznie - Posadził ją na krześle - Dziewczynki, poznajcie się - Przywiązał Jade - Oh, Twoja przyjaciółka jeszcze śpi po zabawie - Jade spojrzała na Farah - była nieprzytomna, jej głowa opadła na ramię. Mężczyzna podszedł do niej - No gwiazdko, obudź się, już jesteśmy - Poklepał ją w policzek. Farah się ocknęła. Zaczęła krzyczeć. Obok niej posadzony był trup kobiety w średnim stopniu rozkładu - Już dobrze bączku, to był tylko zły sen, jesteśmy z Tobą - Pogłaskał ją po głowie - Widzisz Emily, nasza druga gwiazdka tak jak ja jest poruszona Twoim stanem. Zdecydowanie musisz ciut więcej jeść - Powiedział do trupa - No laleczki, czas na kolację - Usiadł na krzesle - Przygotowałem dla Was coś specjalnego - Uniósł przykrywkę nad talerzem - Dla naszej czarnowłosej pszczółki przyszykowałem wątróbkę - Na talerzu leżała ludzka wątroba. Jade zrobiło się niedobrze. Farah czuła obrzydzenie na myśl, że to dla niej - Dla naszej brązowowłosej ślicznotki mamy nereczki - Podniósł pokrywkę, na której były ludzkie nerki w panierce - A dla Ciebie kotku mamy płucka - Podniósł przykrywkę przed trupem kobiety. Były na nim ludzie płuca w częściach - Ja zjem sobie móżdżek. Zielone jedzenie jest dobre na odchudzanie, a mi się ostatnio przytyło - Zaśmiał się - Kiedy już zjemy, podzielimy się deserem - zaczął kroić mózg i zjadał go ze smakiem - Czemu nie jecie dziewczyny? Ach rozumiem, boicie się, że utyjecie, tak samo jak Emily - uśmiechnął się - Złotko, zjedz coś, bo nie jadłaś nic od trzech tygodni - Wstał i podszedł do trupa - No dalej kochana, jemy - wziął na widelec kawałek płuca i zbliżył do ust nieboszczki - No dobrze, to ja zjem jeden kawałek, a Ty drugi - Wziął go do ust - Mmmm, delicje - Powiedział z pełną buzią - Teraz Twoja kolej - Nadział na widelec kolejny kawałek i przyłożył trupowi do ust. Kawałek spadł - Oj kochana, znowu wypluwasz jedzenie - Pokręcił głową - No dobrze, nie będę Cię zmuszał - Wstał i podszedł do Jade - I jak pszczółko, smakuje? - Pomasował jej tył głowy - Chyba Ci nie smakuje - Wziął kawałek swojego dania do ręki - Zjedz dla mnie słońce. Kolejne jedzenie będzie za tydzień - Jade nie chciała umrzeć z głodu, więc wzięła kawałek do buzi - Oooo, jak ładnie - Poklepał jej głowę jak psu. Jade miała ochotę zwymiotować - Iiii połykamy - Połknęła i poczuła, jak jej się zbiera. Mężczyzna podszedł do Farah - No i na koniec Ty moje śliczności. Była tak zmęczona, że nawet nie protestowała - Braaawooo! - Mężczyzna pogłaskał ją po głowie. Jade odwróciła głowę na prawo i zwymiotowała - Ojojoj, mojej małej coś zaszkodziło. Oby to nie była grypa żołądkowa - Podszedł do Jade i trzymał jej włosy. Farah w tym czasie wypluła to, co miała w buzi na trawę. Trup kobiety zleciał z krzesła - O matko, Emily - Podbiegł do nieboszczki - Kochanie, ocknij się. Dziewczyny wymieniły zmęczone psychicznie spojrzenia - Dziewczynki, zostańcie chwilę same, muszę zanieść Emily do pokoju, biedactwo zemdlało - Wziął trupa przez ramię - Zaraz wracam kochane - Poszedł z nieboszczką do domu.

- Musimy mu uciec - Powiedziała Farah - Bo inaczej same zwariujemy.

- Ale jak? - Spytała Jade.

- W kieszeni mam mały nóż, spróbuje go dosięgnąć.

- Pospiesz się, on zaraz wróci.



-----



Brittany obudziła się po godzinie. Jej koleżanek nie było.

- Ej dziewczyny, gdzie jesteście? - zawołała.

- Już idę - Zawołała Felishia. Przybiegła do koleżanki - Szukałam jakiegoś wyjścia, chciałyśmy wezwać pomoc, byłaś nieprzytomna ponad godzinę. Ktoś zamknął to wejście, którym weszłyśmy.

- Co się stało? Nic nie pamiętam. Ostatnie, co kojarzę to to, że opowiadałam Wam o tych okropnościach.

- Coś w Tobie było... Powiedziało jakieś słowa w dziwnym języku, a potem się zaśmiało jak psychiczny demon - Powiedziała Felishia ze strachem w oczach - Dobrze, że nic Ci nie jest.

- Wydaje mi się, że uwolniłyśmy złego ducha. Felish, boję się.

- Masz jakiś łańcuszek z krzyżykiem?

- Nie, ale Sierra ma.

- Właśnie, gdzie ona jest?

- Poszła szukać w drugiej części fabryki. Tylko długo nie wraca - Zmartwiła się.

- Musimy pójść ją poszukać. Może się przewróciła i zwichnęła kostkę czy coś.

Felishia pomogła wstać koleżance i ruszyły wgłąb fabryki. Szukały pół godziny, ale nigdzie jej nie widziały. Poszły do ostatniego pomieszczenia, gdzie jeszcze nie były.

- Sierri - dziewczyny zauważyły ją w kącie najdalej od wejścia do pomieszczenia. Sierra siedziała po turecku z pochyloną głową do dołu. Jej twarz zasłaniały włosy. Briitany odgarnęła jej włosy na bok. Dziewczyny krzyknęły i odskoczyły. Oczy Brittany były całe białe, bez źrenic, a z jej ust wydobywała się piana. Po chwili oczy dziewczyny zrobiły się czerwone, spojrzała na nie i gardłowym głosem powiedziała głośno:

- Nahisu id kuneri! Wehalabam!

Brittany po chwili opadła na podłogę. Po minucie otwarła lekko oczy i kaszlnęła. Podeszły do niej.

- Sieri, jak się czujesz? - Felishia postawiła ją w pozycji siedzącej.

- Słabo mi. Co ja mam na sobie? - Popatrzyła na swoje ciuchy. Były całe w pianie.

- Sierra, spotkało Cię to samo, co Brit - powiedziała Felishia - Znowu słyszałyśmy te słowa w dziwnym języku.

- O mój Boże, to jest okropne - Powiedziała Sierra ze strachem w głosie.

- Myślałam, że krzyżyk powinien odstraszać złe duchy - powiedziała Brittany.

- Właśnie, a gdzie jest mój łańcuszek? - Sierra zobaczyła, że nie ma go na szyi. Po chwili dziewczyny zobaczyły, że leży rozerwany w pianie.

- Co on robi w tym dziadostwie? - Zdziwiła się Brittany.

- Nie wiem, ale wiem jedno: trzeba stąd jak najszybciej wiać do kościoła. Tam spytamy się księdza, jak możemy się tego ducha pozbyć - powiedziała Sierra.



-----



Megan i Jenna zaczęły uciekać drugimi schodami. Potwór został na parterze. Weszły na trzecie piętro i zamknęły się w pierwszym pokoju na lewo.

- Co to ku**a było? - Megan podniosła głos.

- Nie wiem i nie chcę wiedzieć.

- Musi być stąd jakieś wyjście.

- Zadzwonię do Michaela, niech zawiadomi policję - Jenna wyjęła telefon. Otworzyła klapkę i zobaczyła, że nie ma zasięgu.

- No extra, brak zasięgu - Zirytowała się.

- Co my teraz zrobimy?

- Nie wiem, co zrobimy, ale wiem, co musimy zrobić teraz. Musimy znaleźć coś, czym się będziemy bronić. Trzeba przeszukać pokój.

Jenna podeszła do szafki i zaczęła szukać. Megan chciała sprawdzić szafę. Przekręciła klucz i otworzyła. Krzyknęła przerażona. Z szafy wypadł na nią nagi człowiek, a raczej coś podobnego do człowieka. Miał zabandażowaną całą twarz, a w miejscu przy oczach bandaż przesiąknięty był ciemną, zaschniętą krwią. Nie miał rąk. Jego kształt głowy przypominał nierówną skałę. Z pleców wystawała mu krótka ręka, a na nodze miał wielką szynę, a pod jego skórą w tym miejscu coś się ruszało. Dziewczyny wybiegły z pokoju i zamknęły się w łazience.

- Ja już nawet nie chcę myśleć, co jeszcze tu zobaczymy - Powiedziała przerażona Megan.

- W razie czego znalazłam jakiś duży nóż.

- Chociaż tyle dobre.

- Jak my się stąd wydostaniemy? - Spytała Jenna bez nadziei.

- Może te drzwi znikają i pojawiają się o określonych porach.

- To jest jakieś wariactwo. Nie chcę nawet się zastanawiać nad tym całym chorym domem.

- Musimy coś wymyślić. Jeśli stąd nie wyjdziemy, to prędzej czy później nas zabiją.

Nagle usłyszały za sobą jakiś ruch. Megan wzięła do ręki belkę od suszarki, która była na podłodze. Jenna miała w ręku nóż. Megan powoli odsłoniła zasłonę prysznicową. Wrzasnęły. W wannie leżał jakiś zmutowany człowiek w jakiejś żółto zielonej mazi. Miał twarz podobną do nietoperza, cztery palce u rąk, na których były długie szpony i długi szczurzy ogon. Stworzenie prychnęło na nie jak kot. Sparaliżowana strachem Jenna upuściła nóż. Dziewczyny wybiegły z toalety. Pobiegły w kierunku schodów i zatrzymały się na korytarzu na pierwszym piętrze. Gdy spojrzały do jednego z pokoi, zamarły. Stali tam dwaj mali mężczyźni połączeni w jednego człowieka. Patrzyli się na nie spokojnie z uwagą. Pobiegły do pokoju na środku korytarza. Zamknęły drzwi i stojąc do nich plecami przytrzymywały je, w razie, jakby coś chciało do nich wejść.



-----



Jack powoli zbliżał się do krzaka. Nagle wyskoczył z niego stwór wyglądający jak wilkołak z Harrego Pottera, tylko o wiele większy i paskudniejszy. Skoczył prosto na Jacka, przewracając go na plecy i jednym ruchem odgryzł mu głowę i rzucił ją pyskiem na bok. Nastolatkowie zaczęli uciekać. Neosha i Bryn pobiegły w lewo, a Harry z Ayaną na prawo. Potwór stojąc na ciele Jacka zawył głośno, unosząc łeb ku górze. Zszedł z niego, złapał zębami za nogę i pociągnął w głąb lasu w przeciwnym kierunku, niż uciekli młodzi.

Harry i Ayana biegli jakąś leśną ścieżką. Gdy zorientowali się, że potwór ich nie goni, przystanęli przy jakimś dużym kamieniu.

- Co to kurna było? - Harry ledwo dyszał.

- Nie wiem. Myślałam, że takie stworzenia są tylko na filmach - Serce waliło Ayanie jak oszalałe.

- No to teraz wiadomo, czemu nikt tu nie jeździ.

Nagle usłyszeli, że coś biegnie w ich kierunku.

- Za kamień - Rzucił Harry. Schowali się. Słyszeli coraz głośniej czyjś bieg. To nie był bieg człowieka. Nie mógł być to również tego, co zobaczyli. Tamten stwór był o wiele chudszy. To coś zbliżało się. Harry z daleka zobaczył, że to coś jest mniejsze od tamtego potwora i ma futro. Przebiegło obok kamienia. Ayana spostrzegła, że ma ogon. Kiedy to coś się oddaliło, wyszli zza kamienia.

- Co to jest?! Jeszcze jeden?! Co to k**wa, las wilkołaków?! - powiedział głośno Harry.

- Cicho, bo nas usłyszy.

- Chciałem wyjechać do lasu, żeby odpocząć, a tu wyskakują jakieś stwory, mój przyjaciel nie żyje i nie wiadomo, czy i ja tak nie skończę.

- Nie skończysz. Przesiedzimy tu do rana, znajdziemy dziewczyny i odjedziemy stąd.

- Nie wiadomo, czy jeszcze się coś nie wydarzy.

Nagle coś zaszeleściło nad nimi. Spojrzeli w górę. Dojrzeli żółte, wpatrujące się w nich ślepia. Dostrzegli machający koci ogon zakończony jak u jaszczurki.

- Zwiewamy - Powiedział harry. Zaczęli uciekać dalej po ścieżce. Zwierzę zeskoczyło z drzewa i ruszyło za nimi. Uciekali przez około dwudziestu minut, kiedy zwierzę nagle zatrzymało się wydająć dźwięk duszenia się z braku powietrza. Zwolnili, lecz nie przestawali biec. Przed nimi pojawiło się rozwidlenie drogi.

- W lewo - rzuciła Ayana. Nie zdawała sobie sprawy, jak zły był to wybór...



-----



- Daleko to jeszcze?

- Jeszcze 5 kilometrów.

Parla i Cassandra jechały zwiedzić stary, opuszczony zamek, o którym istnieniu miała pojęcie niewielka ilość ludzi. Siedemnastoletnie siostry powiedziały rodzicom, że jadą z przyjaciółmi na biwak za miasto. Jechały już 4 godziny.

- Pogoda klimatyczna - Powiedziała Cassandra. Od dwóch godzin była burza i nieźle lało. Wycieraczki na szybie chodziły bez przerwy.

- To chyba dobrze - Parla zwolniła, bo wjechały na nierówną drogę.

- Bardzo dobrze. Marzyłam od lat, żeby w taką pogodę zwiedzić coś opuszczonego.

- Będzie fajnie. Najbardziej super będzie spanie na poddaszu, słuchając, jak deszcz leje na dach.

- To będzie najlepsze. Mam tylko nadzieję, że Justin się nie wygada rodzicom.

- Niech tylko spróbuje, to już nigdy nie zrobię za niego porządków w jego pokoju.

Nagle usłyszały przebicie opony. Samochód zwalniał, aż w końcu stanął.

- Ocho, koniec grzania tyłka w samochodzie, dalej trzeba z buta - Powiedziała Parla.

- To jak my wrócimy do domu?

- Spokojnie, zadzwonię po Justina i po nas przyjedzie.

Dziewczyny założyły kaptury, wysiadły z auta i zamknęły drzwi. Spojrzały pod samochód. W oponie tkwił kawałek jakiegoś prętu.

- Kolejny wydatek - Westchnęła Parla - Najgorzej, jak piorun rąbnie w drzewo, a ono przewróci się na moje nowiutkie, kochane BMW.

- Może nie rąbnie. Chodź, weźmiemy plecaki i torebki i idziemy.

Siostry wyjęły potrzebne rzeczy i ruszyły ścieżką. Po 10 minutach Parla kątem oka zauważyła jakiś ruch za wielkimi krzewami.

- Ej Cass, coś widziałam - szepnęła Parla.

- To pewno jakaś sarna, czy coś - powiedziała cicho Cassandra.

- Jak na sarnę to było za szybkie. Poza tym sarnę byłoby słychać - wyszeptała przestraszona Parla.

- Pójdę sprawdzić, a Ty bądź w razie czego za mną.
- Jasne - Parla wyjęła z kieszeni scyzoryk i dała siostrze. Powoli podchodziły w stronę krzewu. Cassandra trzymała przed sobą scyzoryk i zbliżała się do miejsca, gdzie wskazała Parla...
Odpowiedz
#23

Ciekawe, ciekawe... naliczyłam już chyba 7 innych wątków. Coraz bardziej, zastanawia mnie, jak to połączy
się w całość i zaczynam snuć spekulacje jak w czasie oglądania filmu ubawa2
A więc tak sobie myślę, że pewnie jedni z nich zginą i staną się wampirami, inni zostaną duchami a jeszcze
inni potworami i coś je połączy, że wszystko zbiegnie się w całość. Ale jedna grupa pozostanie przy swoim
ciele i życiu i będzie z tym wszystkim walczyła. Nie odpowiadaj czy się mylę czy nie, bo nie chcę znać
podpowiedzi. ubawa2

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#24

(08-03-2017, 12:37 )hogan napisał(a):  Ciekawe, ciekawe... naliczyłam już chyba 7 innych wątków. Coraz bardziej, zastanawia mnie, jak to połączy
się w całość i zaczynam snuć spekulacje jak w czasie oglądania filmu ubawa2
A więc tak sobie myślę, że pewnie jedni z nich zginą i staną się wampirami, inni zostaną duchami a jeszcze
inni potworami i coś je połączy, że wszystko zbiegnie się w całość. Ale jedna grupa pozostanie przy swoim
ciele i życiu i będzie z tym wszystkim walczyła. Nie odpowiadaj czy się mylę czy nie, bo nie chcę znać
podpowiedzi. ubawa2

Na razie długo nie pisałam, ale postaram się nadrobić, jak będę wieczorem późnym miała czas ubawa
Odpowiedz
#25

Co to znaczy? Że nie ma dalszej części?   sadsmut3

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#26

(08-03-2017, 23:38 )hogan napisał(a):  Co to znaczy? Że nie ma dalszej części?   sadsmut3

Jest, bo pisałam wcześniej z miesiąc temu, ale rozłożyłam na części ubawa Ale w pewnym momencie przestałam pisać, ale postaram się to nadrobić ubawa
Odpowiedz
#27

To dożyję, tak?  ubawa2

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#28

(10-03-2017, 0:33 )hogan napisał(a):  To dożyję, tak?  ubawa2

Jasne ubawa Masz dalej ubawa Sorki, że na szaro, ale kopiowałam z jedynej strony, gdzie to umieściłam, tą dalszą część, a z notatnika jakbym skopiowała, to bym musiała popoprawiać dużo błędów ubawa

Mia była wstrząśnięta i przerażona tym, co ujrzała w odbiciu. Za nią stała kobieta w białej, podartej sukience, połowa jej twarzy gniła, a na drugiej połowie widać było szkielet twarzy. Kobieta uśmiechała się do niej psychicznie. Mia krzycząc wybiegła z toalety. Gdy popchnęła drzwi do wyjścia z wuceta, patrząc w stronę toalet, poślizgnęła się na czymś. Upadła na plecy i poczuła, że jest w jakiejś cieczy. Krzyknęła głośno przerażona. Leżała we krwi. Podniosła się i pobiegła do ostatniego pokoju na prawo. Zamknęła drzwi i usiadła tyłem do nich oddychając nierówno. Schowała głowę w kolana i brała głębokie wdechy. Po minucie trochę się uspokoiła. Gdy uniosła głowę, poczuła lęk i bezsilność. Przy oknie stała ośmioletnia, czarnowłosa dziewczynka patrząca się na nią. Po chwili zaczęła podchodzić w stronę Mii. Dziewczyna czuła niemoc i silne psychiczne zmęczenie. Zamknęła oczy. Chciała się od tego odciąć. Chociaż wzrokowo. Poczuła zimny oddech na prawym policzku.
- Już niedługo - usłyszała przy uchu szept dziewczynki.
- Czego chcecie? - spytała załamującym sie głosem.
- Ciebie. Twojej duszy.
Mia zaczęła się trzęść. Była na skraju załamania nerwowego. Wizja tego, co może się jeszcze stać ją przerażała. Bała się o siebie i Mike'a. O to, co się stanie z ich duszami, jeśli tu umrą. Przychodziły jej do głowy najgorsze myśli. Pogrążyła się w tych myślach na kilka minut. Przestraszona wizjami swojej przyszłości, nie chciała już dłużej o tym myśleć. Od ostatniego zdania wypowiedzianego przez dziewczynkę nie słyszała już nic niepokojącego i nie czuła jej oddechu na policzku. Uniosła głowę i rozglądając się po pokoju zauważyła, że jest pusty. Postanowiła wrócić do Mike'a i spróbować złapać zasięg. Wstała, otworzyła drzwi i zaczęła iść w stronę schodów. Gdy zbliżała się do środka, zobaczyła, że napis na ścianie jest jakiś ciemniejszy. Gdy podeszła bliżej, zamarła. Napis był napisany krwią. Zaczęła się cofać, chciała uciec z powrotem do pokoju, odwróciła się i wrzasnęła. Stała twarzą w twarz z kobietą bez oczu. Z jej oczodołów leciała krew. Cofała się i zaczęła biec po schodach. Obrazy na ścianach same spadały. Mia potknęła się na schodach i upadła do przodu. Uderzyła głową o kant schoda i zjechała ze schodów. Z jej czoła ciekła krew.[


- Postaramy się jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś kościoła w New Jersey - Powiedziała zmartwiona Blair.
- Koniecznie Blair. Oni pokazali mi Twoją twarz z czarnymi oczami, z których leci krew. Ja tego dłużej nie zniosę - Madi zapłakała i schowała twarz w dłoniach. Blair się przeraziła nie na żarty.
- Madi, będzie dobrze - Blair zaczęła głaskać Madi po głowie - Pojedziemy do New Jersey, znajdziemy księży i odprawimy ten egzorcyzm. Musimy jeszcze wytrzymać kilka dni. Damy radę.
Madi spojrzała się na koleżankę. Blair ledwo się powstrzymała, żeby nie krzyknąć. Twarz koleżanki była pokryta licznymi, niebieskimi żyłami, a jej oczy były czerwone. Przerażona, chciała, żeby ten koszmar się skończył. Zamknęła oczy na trzy sekundy i gdy je otworzyła, twarz madi była normalna.
- Ty też to zobaczyłaś, prawda? - Spytała się smutno i cicho madi.
- W nieco innej wersji. Ci popaprańcy muszą w końcu przestać. Weźmiemy pośpieszny do New Jesrey.
- A gdzie się zatrzymamy?
- Spytamy księży, czy możemy na jakiś czas zamieszkać na parafii. To da nam też dostęp do ich ochrony w razie czego.
Gdy pociąg się zatrzymał, usłyszały, jak jakieś panie mówią, że dojechały do końca.
- Trzeba wysiadać. Zmieniamy pociąg - Powiedziała Blair.
- Trzeba poczekać na jakiś w stronę północną.
- To zrobimy jutro. Na razie nie będziemy tak długo czekać na peronie, bo może być niebezpiecznie.
dziewczyny wyszły z toalety i zeszły po schodkach na peron. Stały na środku, żeby w razie czego uciec. Nagle Madi zobaczyła, jak jakiś facet z rowerem trzyma w ręku kosę. Krzyknęła. Facet się na nią dziwnie spojrzał.
- Przepraszam za koleżankę, ma fobię przed rowerami - rzuciła Blair facetowi.
Madi patrzyła w asfalt i głęboko oddychała.
- Teraz może tak być, niedługo to minie Madi, musimy wytrzymać.
Jakiś pociąg podjechał pod stację. Blair spojrzała na napis kierunku. Atlantic City. New Jersey.
- Ej, on jedzie w naszym kierunku, wsiadamy - Madi podniosła wzrok, Blair złapała ją za rękę i weszły do pociągu. Znalazły konduktora i kupiły bilety. Następnie skierowały się do łazienki.
- Trochę tu posiedzimy. Na miejsce dojedziemy za jakieś dziesięć godzin. W tym czasie możemy się na zmianę zdrzemnąć. Ty możesz spać pierwsza, miałaś dziś dużo wrażeń.
Madi wyjęła bluzę z plecaka, położyła ją pod umywalką i położyła na niej głowę. Nie wiedziała, że ten sen będzie jednym z najgorszych...

-----

Brookie obudziła się na podłodze, rozwiązana. Obok siedziała Chelsy i patrzyła na przyjaciółkę.
- Brookie, nareszcie się obudziłaś - Chelsy podeszła do niej na czworaka - Co oni Ci zrobili? Torturowali Cię? Czemu masz sześć śladów po ukłuciach? Wstrzyknęli Ci coś?
Brookie na samą myśl o wcześniejszych wydarzeniach ogarnął strach.
- To wampiry Chelsy - powiedziała przerażona Brookie - Jak byłaś nieprzytomna, słyszałam, jak mówili, że zatrzymają nas tu na kilka lat i będą się nami pożywiać.
- Nie tylko my - Powiedziała z zadowolonym uśmiechem blondynka nagle znajdując się obok dziewczyn. Koło niej na podłodze stał stwór podobny do człowieka i wilka. Jego oczy były przerażające, jeszcze gorsze, niż wampirów na początku. Było w nich widać szaleńczy głód - Nasz kuzyn Roger też od bardzo dawna nie miał okazji do jedzenia. Nie bójcie się, pomimo, że jest hybrydą wilkołaka z wampirem, nie będzie zjadał Waszych wnętrzności - Pogłaskała go po łbie - Zostawiam Was samych - powiedziała i zniknęła. Stwór rzucił się na Chelsy i wbił się kłami krzywo w jej szyję. Brookie wycofała się do drugiego kąta pokoju z wielkimi oczami pełnymi przerażenia. Była w szoku, patrząc na ten widok. Stwór stał na jej przyjaciółce, wypijając z niej krew. Po jej szyi i bluzce ciekła czerwona strużka krwi. Wydawał przy tym straszne dźwięki. Potraktował ją jako zdobycz do posilenia się. Chelsy krzyczała, a Brookie nie mogła nic zrobić. patrzyła na tą scenę z lękiem o życie przyjaciółki. po chwili stwór skończył i podszedł do niej. Jej nierówny oddech przerażenia był głośny. Wtuliła się w kąt i patrzyła na niego. Powąchał ją, kiedy nagle zjawiła się blondynka.
- Chodź Roger, zostaw resztę na później - Powiedziała i zniknęła razem z nim. Brookie podeszła na czworakach do Chelsy. Na jej szyi widziała ślady po wielkich kłach, większych, niż po wampirach. Chelsy wydała z siebie lekki pomruk bólu. Brookie patrzyła na nią i zastanawiała się, czemu to właśnie je spotkało. Chelsy uchyliła powieki i próbowała coś powiedzieć, jednak ból w szyi jej na to nie pozwolił.
- Nie ruszaj szyją i nic nie mów, bo będzie boleć - Powiedziała zmartwiona Brookie - Obiecuję, że nas stąd wyciągnę. Jeszcze nie wiem, jak, ale na pewno się stad wyrwiemy.
Usłyszały schodzenie po schodach. Domyślały się, co je czeka, lecz nie wiedziały, że tym razem będzie znacznie gorzej...

-----

- Kurcze, trudno mi dosięgnąć - Farah próbowała wyjąć z kieszeni nożyk. Wymacała jednak jego kawałek i po kilkunastu sekundach udało jej się go wyjąć - Mam. Teraz trudniejsza sprawa. Trzeba przeciąć tą grubą linę.
- O nie, już za późno, on tu idzie - Jade straciła nadzieję. Farah niechcący upuściła nożyk. Mężczyzna szedł w ich stronę.
- mam nadzieję, że się nie nudziłyście dziewczynki - powiedział idąc do nich - Emily położyła się spać, powiedziała, że jest na dzisiaj zmęczona. Martwię się o nią. Ostatnio jest w kiepskiej formie. Prawie ciągle śpi. Ale obiecała mi, że jutro się pobawimy. A ja obiecałem jej, że to będzie najfajniejsza zabawa w jej życiu. Ale, żeby nie faworyzować Emily, z Wami też tą zabawę zrobię.
Dziewczyny przeszedł zimny dreszcz. Nie chciały nawet myśleć, co to ma być znowu za pogięta zabawa.
- Ale romantycznie, tylko my i blask księżyca - Mężczyzna zerknął na księżyc w pełni - Może jeszcze dzisiaj coś dla Was zrobię. Księżniczki, jestem taki szczęśliwy, że jesteśmy razem - podszedł do Farah. Dziewczyna spojrzała na niego ze strachem i niepewnością - Masz przepiękne oczy, takie duże, jak moja miłość do Was. Wyryjemy ją na zawsze na rękach moich słoneczek - Wziął nóż, którym kroił swoje danie i kucną przed przywiązaną ręką Farah. Oddech dziewczyny był nierówny z przerażenia. Starała się znieść ból, kiedy rysował coś głębiej nożem w jej skórze. Po dwóch minutach poczuła szczypiący, ogromny ból. Zaczęła głośno wrzeszczeć.
- No już koteńku, jeszcze minutka i tatuaż będzie gotowy - facet starannie dłubał w jej ręce nożem. Jade patrząc na przyjaciółkę poczuła współczucie i smutek, że nie może nic z tym zrobić. Farah płakała z bólu. Nagle mężczyzna skończył jej męki. Wstał trzymając coś w ręce. Farah zrobiło się niedobrze. To był kawałek jej mięśnia. Ból w ręce pulsował mocno, ze środka jej przedramienia leciało dużo krwi. Modliła się, żeby przestało jak najszybciej boleć. Jade przerażona wizją tego, że i ją to czeka, poruszyła krzesłem i poleciała do tyłu. Facet podbiegł do niej.
- Różyczko, co Ci jest - Jade udawała nieprzytomną. Mężczyzna odgarnął jej włosy i poklepał po policzku. łyknął sytuację.
- Nie ruszaj się kochana, ja zaniosę Twoją koleżankę do łóżka, a Ty czekaj na mnie skarbie - Rozwiązał Jade i wziął ja przez ramię. Poszedł z nią do domu. Farah przechodziła katusze, znosząc potworny ból. Spojrzała na swoją rękę. W miejscu, gdzie brakowało mięsa, wycięte było serce, a przez niego przechodziła cienka strzała. Po prawo była litera M, a po lewo K.

-----

Sierra wstała z pomocą koleżanek i obmyła ciuchy mokrymi chusteczkami z piany. Nagle usłyszały dźwięk szybko jadącego wózka. Obejrzały się w stronę dźwięku i zobaczyły wózek na towar jadący prosto na nie. Dziewczyny zwiały przed nim w ostatniej chwili.
- Co to było? - Felishia patrzyła na wózek wystraszona z myślą, że znowu spróbuje je zabić.
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zabierajmy się stąd - powiedziała Sierra.
- Tylko jak? Przecież nie znalazłyście żadnego wyjścia - Brittany bała się, że już nigdy stąd nie wyjdą.
- Musimy jakoś wyważyć te drzwi. Albo rozwalić zamek - odparła Felishia.
- Musimy się rozdzielić i poszukać czegoś, co by nam w tym pomogło - odparła Sierra.
- Nie możemy się rozdzielać. Jeśli coś będzie chciało nam zrobić krzywdę, lepiej, jak będziemy razem - Brittany przeraziła ta wizja.
- To nam opóźni wydostanie się stąd. Im szybciej coś znajdziemy, tym lepiej. A w razie czego głośno krzyczymy i uciekamy - odparła Felishia.
- No dobra. Umawiamy się, że jak któraś coś znajdzie, to przychodzi na miejsce, gdzie siedziałyśmy. Po sprawdzeniu całego piętra spotykamy się tam - Powiedziała Sierra. Wyszły z pomieszczenia. Felishia poszła do pomieszczenia naprzeciwko, a Brittany ze Sierrą ruszyły po schodach. Brittany została na pierwszym piętrze, Sierra poszła na ostatnie. Na górze były mniejsze pomieszczenia, niż na dolnych piętrach. Sierra ruszyła do pierwszego pomieszczenia na prawo. Było to jakieś pomieszczenie dla pracowników w czasie przerwy. Z góry zwisła zielona lampa, ściany były pomarańczowe, farba schodziła ze ścian, na prawo stała duża popielnica, czarny kosz na śmieci, drewniany stół i sześć krzeseł wokół niego. Na lewo stał blat, na nim mikrofalówka z pękniętą szybką, ekspres do kawy i kilka kubków oraz talerzy. Sierra podeszła do blatu. Kucnęła i otworzyła szafkę pod nim. Uderzył ją zapach kurzu. Szukała w niej jakiś noży lub potłuczonych talerzy. Gdy szperała w górnej półce, usłyszała jakiś cichy hałas. Odwróciła się przestraszona i zobaczyła, że kosz na śmieci się rusza. Przerażona, chciała uciec z pokoju, lecz gdyby uciekała, to coś, co znajdowało się w koszu, mogło by się na nią rzucić. Postanowiła sprawdzić, co znajduje się w koszu, choć umysł podpowiadał jej, ze to zły pomysł. Ciekawość jednak zwyciężyła. Zaczęła powoli podchodzić w jego stronę, kosz coraz bardziej się poruszał, coraz bardziej hałasował. W połowie drogi zamarła, krzyknęła przerażona. Wieko kosza się uchyliło, a na nią patrzyło coś o czerwonych oczach i złowrogim spojrzeniu. Nagle usłyszała przeraźliwy, złowieszczy śmiech dobiegający znikąd.
- Ostrzegałem. Pożałujecie wywołania dennara - Powiedziało coś w koszu, nagle kosz zamknął się z hukiem i nastała cisza. Zszokowana, przerażona i zaniepokojona Sierra chwyciła nóż, który znalazła w szafce i migiem wybiegła z pokoju.

-----

- Jenna, mam tego dość, to dom jakiś nieudanych eksperymentów na ludziach - Powiedziała przerażona Megan.
Nagle klamka zaczęła się powoli poruszać. Megan spojrzała z niepokojem na Jennę. Trzymały mocno drzwi. Po chwili było słychać, jak coś cicho odchodzi w stronę schodów, włócząc coś za sobą.
- Może spróbujmy kopnąć w to okno, możliwe, że po tym się rozbije - Powiedziała Jenna.
- Dobra, ja spróbuję, a Ty mocno trzymaj drzwi - Megan wyjęła buta z torebki, założyła go i podeszła do okna. Z całej siły kopnęła w szybę. Pękła, zrobiła się w niej dziura, jednak po chwili zasklepiła się i wyglądała jak nieruszona. Spojrzała bezsilnie na Jennę. Nagle coś łupnęło w drzwi. Przerażona zdjęła buta, schowała go do torebki i ruszyła w stronę drzwi, żeby pomóc koleżance je trzymać. Gdy podbiegła, coś z jeszcze większą siłą łupnęło w drzwi i gdyby nie pomogła Jennie ich trzymać, to coś by się do nich przedostało. Nagle coś całą siłą naparło na drzwi i odepchnęło dziewczyny do przodu. Do pokoju wpełzł niski człowiek z mackami, na których się poruszał, był cały fioletowy. Megan zaczęła się cofać i lekko uderzyla o regał, z którego spadła jakaś statuetka prosto na jej głowę. dziewczyna osunęła się i zemdlała. Człowiek z mackami podpełznął do niej. Jenna wycofała się do drugiej ściany. Wzrokiem szukała czegoś, czym mogła by przygrzmocić temu stworowi i przenieść Megan do łazienki. Stwór zaczął dotykać Megan macką po twarzy. Nagle włożył jej końcówkę do nosa Megan. Jenna dostrzegła jakiś głośnik na półce szafki obok niej. Chwyciła go i przywaliła stworowi z całej siły. Stworzenie upadło z okropnym plaskiem. Chwyciła Megan za ręce i wywlekła ją z pokoju. Na korytarzu nie było nikogo. Powoli ciągnęła ją po podłodze i zostawiła przed łazienką. Ostrożnie ją uchyliła i spostrzegła, że jest całkowicie pusta. Wciągnęła ją do niej i zamknęła łazienkę na zamek. Postanowiła sprawdzić, czy może jest zasięg. Wyciągnęła komórkę i uradowana zobaczyła, ze jest jedna kreska zasięgu. Szybko wystukała numer na policję. Po czterech sygnałach odebrał jakiś facet.
- Komenda miejska policji w Nowym Jorku, mówi policjant Dallas.
- Proszę szybko przysłać kilka patroli do tego nawiedzonego domu, w którym giną ludzie. Nie uwierzy pan, co się tu dzieje.
- Jak pani się nazywa?
- Jenna Waters. Proszę, pospieszcie się, oni w każdej chwili mogą nas zabić.
- Czy ktoś grozi pani śmiercią?
- Tu są różne zmutowane potwory, nie wiadomo, co mogą nam zrobić.
- Czy ma pani coś do obrony pod ręką?
Jenna rozejrzała się i znalazła urwany prysznic.
- Mam jakiś urwany prysznic.
Nagle Jenna krzyknęła.
- Halo, proszę pani, co się tam dzieje?


Neosha i Bryn biegły około dwudziestu minut, kiedy zorientowały się, że monstrum ich nie goni. Przystanęły przy jakimś małym wzgórku po prawo.
- Mój Boże, Jack nie żyje - Neosha zaczęła płakać - Co dalej z nami będzie? Co, jeśli dopadł Harry'ego i Ayanę?
- Miejmy nadzieję, że nie dopadł - Bryn była przerażona i zszokowana tą sytuacją nie mniej, niż koleżanka - Musimy ich znaleźć i jak najprędzej stąd odjechać.
- Tylko gdzie ich znajdziemy? Uciekli w drugą stronę. Bryn, tak się boję.
- Teraz nie możemy zawrócić, bo ta bestia może tam nadal być.
Nagle usłyszały jakiś sprintowy bieg czegoś, co nie mogło mieć tylko dwóch odnóży. Neosha zapisknęła.
- Za ten wzgórek - Rzuciła Bryn. Podbiegły do niego i schowały za nim. Bryn zobaczyła, że cos z daleka się zbliża i bardzo szybko porusza. Gdy się zbliżało, dostrzegła, że to jakiś gigantyczny ptasznik. Stworzenie przebiegło przez ścieżkę przed nimi rzucając powiew. Neosha przeraziła się jeszcze bardziej, gdy zobaczyła, co go zostawiło. Przeczekały jeszcze minute i wyszły z ukrycia.
- Matko, Bryn, co to było, teraz zagrażają nam już dwa stwory - Neosha wpadła w histerię.
- Neoshi, wyjdziemy stąd, znajdziemy ich i zwiejemy. Tylko musimy przeczekać do rana. Zaufaj mi, wyjdziemy z tego.
Nagle usłyszały jakiś pisk połączony do pisku orła i nietoperza. Spojrzały w górę i ugięły się pod nimi kolana. Na niebie krążył jakiś zmutowany stwór. Wyglądał jak połączenie ogromnego orła z nietoperzem. Miał smukły, krótki ogon smoka.
- Nie ruszaj się - Szepnęła do koleżanki Bryn. Stworzenie latało w kółko wypatrując ofiary. Po dwóch minutach odleciał we wschodnim kierunku.
- Wśród drzew będziemy bardziej bezpieczne, niż na drodze - Powiedziała Bryn. Dziewczyny ruszyły w lewą stronę wgłąb lasu.
- A co, jak się zgubimy? - Spytała koleżanki Neosha.
- Nie zgubimy, będziemy szły cały czas prosto.
Szły około dziesięciu minut. Nagle Neosha poczuła, że bolą ją nogi.
- Ej, Bryn, usiądźmy na chwilę, nogi mnie już bolą. Przed przyjazdem dużo dziś się nachodziłam.
Usiadły przy grubym dębie. Słyszały silny powiew wiatru.
- Rodzice jacka się załamią, jak się dowiedzą - Powiedziała smutno Neosha.
- Nawet nie będą mogli zobaczyć jego ciała, bo jakieś monstrum go pewno zawlokło do lasu i zjadło.
- Nawet nie chcę myśleć, jak będą cierpieć.
- Jack na pewno by chciał, żebyśmy przeżyły. Nie możemy dać się zabić tym mutantom.
Nagle usłyszały jakiś trzask gałęzi około dziesięciu metrów przed sobą.

-----

Cassandra powoli zbliżała się do krzewu. Była już tylko metr od niego. Nagle wyleciał z niego nietoperz okropnie piszcząc. Przeleciał nad głowami dziewczyn i odleciał.
- Kurde, nie wiedziałam, że tu latają gacki - Powiedziała Parla.
- No, jak na prawdziwie mroczne miejsce przystało - Odparła jej siostra.
Dziewczyny wróciły na drogę i szły dalej w kierunku zamku. Z dużego deszczu zrobiła się ulewa. Na niebie widać było błyski piorunów. dziewczynom chlupało w butach.
- Daleko jeszcze? - Parla miała dość po czterdziestu minutach drogi pieszo.
- Zaraz powinnyśmy być na miejscu.
Po dziesięciu minutach siostry dojrzały ogromny, ceglany zamek pomalowany na fioletowo. Był trochę wykonany w gotyckim stylu.
- No, nareszcie - Parla była już zmęczona.
dziewczyny podeszły do dużych, drewnianych drzwi wejściowych.
- Ciekawe, czy dzwonek działa - Cassandra zadzwoniła pstryczkiem. Rozległ się donośny, ponury, mroczny dźwięk dzwonka.
- Podoba mi się, wypisz wymaluj atmosfera z Jinxa - Parla nacisnęła starą, dużą klamkę. Pchnęła ciężkie drzwi, które bardzo głośno zaskrzypiały. Ich oczom ukazał się hall wyłożony fioletowym dywanem, ze ścian odchodziła czerwona farba, po lewo znajdowały się schody prowadzące na górę z granatowym dywanem na ich środku, na środku wisiał duży świecznik, po prawo stała komoda, a na niej sztuczne żółte tulipany.
- Hmm, mrocznie i przytulnie, fajna mieszanka - Zaśmiała się Cassandra.
Weszły do hallu i zamknęły drzwi. Zapaliły świecę.
- To w którą stronę idziemy siostra? - Spytała Parla.
- Na górę, posiedzimy na poddaszu, pogadamy i coś zjemy, a jutro za jasnością dnia się rozejrzymy po zamku.
Dziewczyny ruszyły schodami na najwyższe piętro. Stopnie przeraźliwie skrzypiały pod ich stopami. Mijały różne portrety na ścianach korytarza schodów.
- Ej, ta babka jest podobna do babci, nie? - Parla wskazała na portret kobiety z upietymi włosami.
- No, jest podobna, normalnie jak babcia za czasów młodości.
Poszły dalej niezauważając, że kobieta na portrecie zmieniła się w szkaradę o złośliwym uśmiechu.
Cassandra otworzyła drzwi pokoju na poddaszu. Był to mały, przytulny pokoik ze starą, drewnianą podłogą, ciemną komodą i łóżkiem w rogu.
- Ale super, muszę jutro zrobić nam tu zdjęcie - Parla była podekscytowana.
Postawiły świecę na komodzie, siadły na łóżku, zdjęły plecaki i torebki i siadły po turecku naprzeciw siebie. Cassandra wyjęła papierosa z torebki i zapaliła. Parla wyjęła kanapkę z plecaka i zaczęła jeść. usłyszały grzmot burzy.
- No, teraz, to czuję, że jestem w starym, mrocznym zamku - Powiedziała do siostry Cassandra.
- A zobaczysz, jak super nam się będzie usypiało przy tej burzy - Odparła Parla.
Gadały i odpoczywały po podróży nieświadome, że dzwoniąc dzwonkiem do drzwi powiadomiły gospodarza zamku o swojej obecności..

-----

- Dobrze, że zbliża się ten wypis - Powiedziała Priscilla do koleżanek. Jej noga była w coraz lepszym stanie po wypadku.
- Ja tym bardziej, bo gdyby mi się te żebra tak szybko nie zrastały, to wyszłabym jakiś czas po Was - Odpowiedziała Dilsah.
- Macie szczęście i nieszczęście jednocześnie. Po silnym wstrząsie mózgu co prawda nic dłużej nie boli, ale będę musiała uważać na głowę do końca życia - Powiedziała Fallon. Dziewczyny miesiąc wcześniej przeżyły wypadek samochodowy. Jakiś duży samochód nie uważał na światłach i wjechał prosto w ich auto.
- A wiecie, czego się dowiedziałam o tym szpitalu? Podobno ludzie wypisują się na własne żądanie przy końcówce pobytu i niezauważanie znikają ze szpitala - Powiedziała Priscilla.
- Skąd to wiesz? - Spytała Dilsah.
- Podsłuchałam, jak przy sali naprzeciwko jakaś kobieta rozmawiała o tym ze swoim synem. Ciekawe, czy to prawda.
- Może ktoś, kto nie lubi tego szpitala, wymyślił sobie taką historię, a wszyscy w nią uwierzyli - Odparła Fallon.
- Być może. Ale słyszałam, jak ta kobieta mówiła, że dzisiaj jakiś pacjent wypisał się na własne żądanie. Podobno miał jakieś pilne sprawy do załatwienia i nie mógł być tutaj dłużej. Przypadek?
- Weź mnie lepiej nie strasz. Ja myślę, że po prostu lekarze sami to proponują, żeby zwolnić miejsca dla nowych pacjentów. W końcu szpital jest mały.
Rozmowę dziewczyn przerwało pukanie do drzwi.
- Kolacja - Usłyszały głos pani jeżdżącej z posiłkami do sal. Drzwi się otworzyły i poczuły zapach szynki i sałaty. Pani podjechała do ich łóżek, nałożyła dziewczynom kanapki i postawiła na ich szafkach, po czym odjechała zamykając drzwi. Koleżanki zaczęły jeść i kontynuowały rozmowę.
- Ja wolę być ostrożna - Powiedziała Dilsah - Nie wiadomo, czy to prawda, czy nie. Na wszelki wypadek same się stąd wypiszemy na żądanie za kilka dni.
- Ja tak samo uważam. Myślę, że jest coś na rzeczy, skoro tyle osób o tym mówi - Odparła Priscilla - Ale to dopiero za kilka dni. Na razie jeszcze tu pobędziemy i poodpoczywamy. A propo odpoczynku, to ja już się położę spać. Jakaś senna jestem.
Fallon i Dilsah zjadły kolację i zrobiły to samo. Około północy smacznie spały, kiedy na pustym korytarzu rozległ się dźwięk czyiś kroków. Osoba zmierzała w stronę sali dziewczyn. Drzwi uchyliły się lekko. Koleżanki nic nie usłyszały, śpiąc dalej. osoba weszła do ich pomieszczenia i przymknęła drzwi. Podeszła do Fallon. Stanęła nad nią i wyciągnęła z kieszeni małą strzykawkę. Przyłożyła dłoń do ust dziewczyny i wstrzyknęła szybko jej jakąś substancję do żyły na ręce. Fallon obudziła się, czując ból w ręce. Gdy zorientowała się, co się dzieje, chciała zacząć krzyczeć, lecz ktoś zasłaniał jej usta. Próbowała się ruszać, lecz poczuła nagły niewład ciała. Spojrzała w stronę intruza. Zobaczyła tylko niewyraźną, rozmazującą się twarz mężczyzny, po czym straciła przytomność.
Odpowiedz
#29

Jak już tekst wkleiłaś, to wystarczyło kody wszystkie usunąć w treści a potem tekst, wyglądałby tak, jak
wygląda w tej chwili, bo zrobiłam to za Ciebie buziak 
Przeczytam później bo spieszę się na spacer z Heronem.

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#30

(10-03-2017, 10:53 )hogan napisał(a):  Jak już tekst wkleiłaś, to wystarczyło kody wszystkie usunąć w treści a potem tekst, wyglądałby tak, jak
wygląda w tej chwili, bo zrobiłam to za Ciebie buziak 
Przeczytam później bo spieszę się na spacer z Heronem.

Dziękuję  buziak Okej, miłego spacerku ubawa
Odpowiedz
Nowa odpowiedź


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości