(10-03-2017, 0:33 )hogan napisał(a): To dożyję, tak? 
Jasne

Masz dalej

Sorki, że na szaro, ale kopiowałam z jedynej strony, gdzie to umieściłam, tą dalszą część, a z notatnika jakbym skopiowała, to bym musiała popoprawiać dużo błędów
Mia była wstrząśnięta i przerażona tym, co ujrzała w odbiciu. Za nią stała kobieta w białej, podartej sukience, połowa jej twarzy gniła, a na drugiej połowie widać było szkielet twarzy. Kobieta uśmiechała się do niej psychicznie. Mia krzycząc wybiegła z toalety. Gdy popchnęła drzwi do wyjścia z wuceta, patrząc w stronę toalet, poślizgnęła się na czymś. Upadła na plecy i poczuła, że jest w jakiejś cieczy. Krzyknęła głośno przerażona. Leżała we krwi. Podniosła się i pobiegła do ostatniego pokoju na prawo. Zamknęła drzwi i usiadła tyłem do nich oddychając nierówno. Schowała głowę w kolana i brała głębokie wdechy. Po minucie trochę się uspokoiła. Gdy uniosła głowę, poczuła lęk i bezsilność. Przy oknie stała ośmioletnia, czarnowłosa dziewczynka patrząca się na nią. Po chwili zaczęła podchodzić w stronę Mii. Dziewczyna czuła niemoc i silne psychiczne zmęczenie. Zamknęła oczy. Chciała się od tego odciąć. Chociaż wzrokowo. Poczuła zimny oddech na prawym policzku.
- Już niedługo - usłyszała przy uchu szept dziewczynki.
- Czego chcecie? - spytała załamującym sie głosem.
- Ciebie. Twojej duszy.
Mia zaczęła się trzęść. Była na skraju załamania nerwowego. Wizja tego, co może się jeszcze stać ją przerażała. Bała się o siebie i Mike'a. O to, co się stanie z ich duszami, jeśli tu umrą. Przychodziły jej do głowy najgorsze myśli. Pogrążyła się w tych myślach na kilka minut. Przestraszona wizjami swojej przyszłości, nie chciała już dłużej o tym myśleć. Od ostatniego zdania wypowiedzianego przez dziewczynkę nie słyszała już nic niepokojącego i nie czuła jej oddechu na policzku. Uniosła głowę i rozglądając się po pokoju zauważyła, że jest pusty. Postanowiła wrócić do Mike'a i spróbować złapać zasięg. Wstała, otworzyła drzwi i zaczęła iść w stronę schodów. Gdy zbliżała się do środka, zobaczyła, że napis na ścianie jest jakiś ciemniejszy. Gdy podeszła bliżej, zamarła. Napis był napisany krwią. Zaczęła się cofać, chciała uciec z powrotem do pokoju, odwróciła się i wrzasnęła. Stała twarzą w twarz z kobietą bez oczu. Z jej oczodołów leciała krew. Cofała się i zaczęła biec po schodach. Obrazy na ścianach same spadały. Mia potknęła się na schodach i upadła do przodu. Uderzyła głową o kant schoda i zjechała ze schodów. Z jej czoła ciekła krew.[
- Postaramy się jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś kościoła w New Jersey - Powiedziała zmartwiona Blair.
- Koniecznie Blair. Oni pokazali mi Twoją twarz z czarnymi oczami, z których leci krew. Ja tego dłużej nie zniosę - Madi zapłakała i schowała twarz w dłoniach. Blair się przeraziła nie na żarty.
- Madi, będzie dobrze - Blair zaczęła głaskać Madi po głowie - Pojedziemy do New Jersey, znajdziemy księży i odprawimy ten egzorcyzm. Musimy jeszcze wytrzymać kilka dni. Damy radę.
Madi spojrzała się na koleżankę. Blair ledwo się powstrzymała, żeby nie krzyknąć. Twarz koleżanki była pokryta licznymi, niebieskimi żyłami, a jej oczy były czerwone. Przerażona, chciała, żeby ten koszmar się skończył. Zamknęła oczy na trzy sekundy i gdy je otworzyła, twarz madi była normalna.
- Ty też to zobaczyłaś, prawda? - Spytała się smutno i cicho madi.
- W nieco innej wersji. Ci popaprańcy muszą w końcu przestać. Weźmiemy pośpieszny do New Jesrey.
- A gdzie się zatrzymamy?
- Spytamy księży, czy możemy na jakiś czas zamieszkać na parafii. To da nam też dostęp do ich ochrony w razie czego.
Gdy pociąg się zatrzymał, usłyszały, jak jakieś panie mówią, że dojechały do końca.
- Trzeba wysiadać. Zmieniamy pociąg - Powiedziała Blair.
- Trzeba poczekać na jakiś w stronę północną.
- To zrobimy jutro. Na razie nie będziemy tak długo czekać na peronie, bo może być niebezpiecznie.
dziewczyny wyszły z toalety i zeszły po schodkach na peron. Stały na środku, żeby w razie czego uciec. Nagle Madi zobaczyła, jak jakiś facet z rowerem trzyma w ręku kosę. Krzyknęła. Facet się na nią dziwnie spojrzał.
- Przepraszam za koleżankę, ma fobię przed rowerami - rzuciła Blair facetowi.
Madi patrzyła w asfalt i głęboko oddychała.
- Teraz może tak być, niedługo to minie Madi, musimy wytrzymać.
Jakiś pociąg podjechał pod stację. Blair spojrzała na napis kierunku. Atlantic City. New Jersey.
- Ej, on jedzie w naszym kierunku, wsiadamy - Madi podniosła wzrok, Blair złapała ją za rękę i weszły do pociągu. Znalazły konduktora i kupiły bilety. Następnie skierowały się do łazienki.
- Trochę tu posiedzimy. Na miejsce dojedziemy za jakieś dziesięć godzin. W tym czasie możemy się na zmianę zdrzemnąć. Ty możesz spać pierwsza, miałaś dziś dużo wrażeń.
Madi wyjęła bluzę z plecaka, położyła ją pod umywalką i położyła na niej głowę. Nie wiedziała, że ten sen będzie jednym z najgorszych...
-----
Brookie obudziła się na podłodze, rozwiązana. Obok siedziała Chelsy i patrzyła na przyjaciółkę.
- Brookie, nareszcie się obudziłaś - Chelsy podeszła do niej na czworaka - Co oni Ci zrobili? Torturowali Cię? Czemu masz sześć śladów po ukłuciach? Wstrzyknęli Ci coś?
Brookie na samą myśl o wcześniejszych wydarzeniach ogarnął strach.
- To wampiry Chelsy - powiedziała przerażona Brookie - Jak byłaś nieprzytomna, słyszałam, jak mówili, że zatrzymają nas tu na kilka lat i będą się nami pożywiać.
- Nie tylko my - Powiedziała z zadowolonym uśmiechem blondynka nagle znajdując się obok dziewczyn. Koło niej na podłodze stał stwór podobny do człowieka i wilka. Jego oczy były przerażające, jeszcze gorsze, niż wampirów na początku. Było w nich widać szaleńczy głód - Nasz kuzyn Roger też od bardzo dawna nie miał okazji do jedzenia. Nie bójcie się, pomimo, że jest hybrydą wilkołaka z wampirem, nie będzie zjadał Waszych wnętrzności - Pogłaskała go po łbie - Zostawiam Was samych - powiedziała i zniknęła. Stwór rzucił się na Chelsy i wbił się kłami krzywo w jej szyję. Brookie wycofała się do drugiego kąta pokoju z wielkimi oczami pełnymi przerażenia. Była w szoku, patrząc na ten widok. Stwór stał na jej przyjaciółce, wypijając z niej krew. Po jej szyi i bluzce ciekła czerwona strużka krwi. Wydawał przy tym straszne dźwięki. Potraktował ją jako zdobycz do posilenia się. Chelsy krzyczała, a Brookie nie mogła nic zrobić. patrzyła na tą scenę z lękiem o życie przyjaciółki. po chwili stwór skończył i podszedł do niej. Jej nierówny oddech przerażenia był głośny. Wtuliła się w kąt i patrzyła na niego. Powąchał ją, kiedy nagle zjawiła się blondynka.
- Chodź Roger, zostaw resztę na później - Powiedziała i zniknęła razem z nim. Brookie podeszła na czworakach do Chelsy. Na jej szyi widziała ślady po wielkich kłach, większych, niż po wampirach. Chelsy wydała z siebie lekki pomruk bólu. Brookie patrzyła na nią i zastanawiała się, czemu to właśnie je spotkało. Chelsy uchyliła powieki i próbowała coś powiedzieć, jednak ból w szyi jej na to nie pozwolił.
- Nie ruszaj szyją i nic nie mów, bo będzie boleć - Powiedziała zmartwiona Brookie - Obiecuję, że nas stąd wyciągnę. Jeszcze nie wiem, jak, ale na pewno się stad wyrwiemy.
Usłyszały schodzenie po schodach. Domyślały się, co je czeka, lecz nie wiedziały, że tym razem będzie znacznie gorzej...
-----
- Kurcze, trudno mi dosięgnąć - Farah próbowała wyjąć z kieszeni nożyk. Wymacała jednak jego kawałek i po kilkunastu sekundach udało jej się go wyjąć - Mam. Teraz trudniejsza sprawa. Trzeba przeciąć tą grubą linę.
- O nie, już za późno, on tu idzie - Jade straciła nadzieję. Farah niechcący upuściła nożyk. Mężczyzna szedł w ich stronę.
- mam nadzieję, że się nie nudziłyście dziewczynki - powiedział idąc do nich - Emily położyła się spać, powiedziała, że jest na dzisiaj zmęczona. Martwię się o nią. Ostatnio jest w kiepskiej formie. Prawie ciągle śpi. Ale obiecała mi, że jutro się pobawimy. A ja obiecałem jej, że to będzie najfajniejsza zabawa w jej życiu. Ale, żeby nie faworyzować Emily, z Wami też tą zabawę zrobię.
Dziewczyny przeszedł zimny dreszcz. Nie chciały nawet myśleć, co to ma być znowu za pogięta zabawa.
- Ale romantycznie, tylko my i blask księżyca - Mężczyzna zerknął na księżyc w pełni - Może jeszcze dzisiaj coś dla Was zrobię. Księżniczki, jestem taki szczęśliwy, że jesteśmy razem - podszedł do Farah. Dziewczyna spojrzała na niego ze strachem i niepewnością - Masz przepiękne oczy, takie duże, jak moja miłość do Was. Wyryjemy ją na zawsze na rękach moich słoneczek - Wziął nóż, którym kroił swoje danie i kucną przed przywiązaną ręką Farah. Oddech dziewczyny był nierówny z przerażenia. Starała się znieść ból, kiedy rysował coś głębiej nożem w jej skórze. Po dwóch minutach poczuła szczypiący, ogromny ból. Zaczęła głośno wrzeszczeć.
- No już koteńku, jeszcze minutka i tatuaż będzie gotowy - facet starannie dłubał w jej ręce nożem. Jade patrząc na przyjaciółkę poczuła współczucie i smutek, że nie może nic z tym zrobić. Farah płakała z bólu. Nagle mężczyzna skończył jej męki. Wstał trzymając coś w ręce. Farah zrobiło się niedobrze. To był kawałek jej mięśnia. Ból w ręce pulsował mocno, ze środka jej przedramienia leciało dużo krwi. Modliła się, żeby przestało jak najszybciej boleć. Jade przerażona wizją tego, że i ją to czeka, poruszyła krzesłem i poleciała do tyłu. Facet podbiegł do niej.
- Różyczko, co Ci jest - Jade udawała nieprzytomną. Mężczyzna odgarnął jej włosy i poklepał po policzku. łyknął sytuację.
- Nie ruszaj się kochana, ja zaniosę Twoją koleżankę do łóżka, a Ty czekaj na mnie skarbie - Rozwiązał Jade i wziął ja przez ramię. Poszedł z nią do domu. Farah przechodziła katusze, znosząc potworny ból. Spojrzała na swoją rękę. W miejscu, gdzie brakowało mięsa, wycięte było serce, a przez niego przechodziła cienka strzała. Po prawo była litera M, a po lewo K.
-----
Sierra wstała z pomocą koleżanek i obmyła ciuchy mokrymi chusteczkami z piany. Nagle usłyszały dźwięk szybko jadącego wózka. Obejrzały się w stronę dźwięku i zobaczyły wózek na towar jadący prosto na nie. Dziewczyny zwiały przed nim w ostatniej chwili.
- Co to było? - Felishia patrzyła na wózek wystraszona z myślą, że znowu spróbuje je zabić.
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zabierajmy się stąd - powiedziała Sierra.
- Tylko jak? Przecież nie znalazłyście żadnego wyjścia - Brittany bała się, że już nigdy stąd nie wyjdą.
- Musimy jakoś wyważyć te drzwi. Albo rozwalić zamek - odparła Felishia.
- Musimy się rozdzielić i poszukać czegoś, co by nam w tym pomogło - odparła Sierra.
- Nie możemy się rozdzielać. Jeśli coś będzie chciało nam zrobić krzywdę, lepiej, jak będziemy razem - Brittany przeraziła ta wizja.
- To nam opóźni wydostanie się stąd. Im szybciej coś znajdziemy, tym lepiej. A w razie czego głośno krzyczymy i uciekamy - odparła Felishia.
- No dobra. Umawiamy się, że jak któraś coś znajdzie, to przychodzi na miejsce, gdzie siedziałyśmy. Po sprawdzeniu całego piętra spotykamy się tam - Powiedziała Sierra. Wyszły z pomieszczenia. Felishia poszła do pomieszczenia naprzeciwko, a Brittany ze Sierrą ruszyły po schodach. Brittany została na pierwszym piętrze, Sierra poszła na ostatnie. Na górze były mniejsze pomieszczenia, niż na dolnych piętrach. Sierra ruszyła do pierwszego pomieszczenia na prawo. Było to jakieś pomieszczenie dla pracowników w czasie przerwy. Z góry zwisła zielona lampa, ściany były pomarańczowe, farba schodziła ze ścian, na prawo stała duża popielnica, czarny kosz na śmieci, drewniany stół i sześć krzeseł wokół niego. Na lewo stał blat, na nim mikrofalówka z pękniętą szybką, ekspres do kawy i kilka kubków oraz talerzy. Sierra podeszła do blatu. Kucnęła i otworzyła szafkę pod nim. Uderzył ją zapach kurzu. Szukała w niej jakiś noży lub potłuczonych talerzy. Gdy szperała w górnej półce, usłyszała jakiś cichy hałas. Odwróciła się przestraszona i zobaczyła, że kosz na śmieci się rusza. Przerażona, chciała uciec z pokoju, lecz gdyby uciekała, to coś, co znajdowało się w koszu, mogło by się na nią rzucić. Postanowiła sprawdzić, co znajduje się w koszu, choć umysł podpowiadał jej, ze to zły pomysł. Ciekawość jednak zwyciężyła. Zaczęła powoli podchodzić w jego stronę, kosz coraz bardziej się poruszał, coraz bardziej hałasował. W połowie drogi zamarła, krzyknęła przerażona. Wieko kosza się uchyliło, a na nią patrzyło coś o czerwonych oczach i złowrogim spojrzeniu. Nagle usłyszała przeraźliwy, złowieszczy śmiech dobiegający znikąd.
- Ostrzegałem. Pożałujecie wywołania dennara - Powiedziało coś w koszu, nagle kosz zamknął się z hukiem i nastała cisza. Zszokowana, przerażona i zaniepokojona Sierra chwyciła nóż, który znalazła w szafce i migiem wybiegła z pokoju.
-----
- Jenna, mam tego dość, to dom jakiś nieudanych eksperymentów na ludziach - Powiedziała przerażona Megan.
Nagle klamka zaczęła się powoli poruszać. Megan spojrzała z niepokojem na Jennę. Trzymały mocno drzwi. Po chwili było słychać, jak coś cicho odchodzi w stronę schodów, włócząc coś za sobą.
- Może spróbujmy kopnąć w to okno, możliwe, że po tym się rozbije - Powiedziała Jenna.
- Dobra, ja spróbuję, a Ty mocno trzymaj drzwi - Megan wyjęła buta z torebki, założyła go i podeszła do okna. Z całej siły kopnęła w szybę. Pękła, zrobiła się w niej dziura, jednak po chwili zasklepiła się i wyglądała jak nieruszona. Spojrzała bezsilnie na Jennę. Nagle coś łupnęło w drzwi. Przerażona zdjęła buta, schowała go do torebki i ruszyła w stronę drzwi, żeby pomóc koleżance je trzymać. Gdy podbiegła, coś z jeszcze większą siłą łupnęło w drzwi i gdyby nie pomogła Jennie ich trzymać, to coś by się do nich przedostało. Nagle coś całą siłą naparło na drzwi i odepchnęło dziewczyny do przodu. Do pokoju wpełzł niski człowiek z mackami, na których się poruszał, był cały fioletowy. Megan zaczęła się cofać i lekko uderzyla o regał, z którego spadła jakaś statuetka prosto na jej głowę. dziewczyna osunęła się i zemdlała. Człowiek z mackami podpełznął do niej. Jenna wycofała się do drugiej ściany. Wzrokiem szukała czegoś, czym mogła by przygrzmocić temu stworowi i przenieść Megan do łazienki. Stwór zaczął dotykać Megan macką po twarzy. Nagle włożył jej końcówkę do nosa Megan. Jenna dostrzegła jakiś głośnik na półce szafki obok niej. Chwyciła go i przywaliła stworowi z całej siły. Stworzenie upadło z okropnym plaskiem. Chwyciła Megan za ręce i wywlekła ją z pokoju. Na korytarzu nie było nikogo. Powoli ciągnęła ją po podłodze i zostawiła przed łazienką. Ostrożnie ją uchyliła i spostrzegła, że jest całkowicie pusta. Wciągnęła ją do niej i zamknęła łazienkę na zamek. Postanowiła sprawdzić, czy może jest zasięg. Wyciągnęła komórkę i uradowana zobaczyła, ze jest jedna kreska zasięgu. Szybko wystukała numer na policję. Po czterech sygnałach odebrał jakiś facet.
- Komenda miejska policji w Nowym Jorku, mówi policjant Dallas.
- Proszę szybko przysłać kilka patroli do tego nawiedzonego domu, w którym giną ludzie. Nie uwierzy pan, co się tu dzieje.
- Jak pani się nazywa?
- Jenna Waters. Proszę, pospieszcie się, oni w każdej chwili mogą nas zabić.
- Czy ktoś grozi pani śmiercią?
- Tu są różne zmutowane potwory, nie wiadomo, co mogą nam zrobić.
- Czy ma pani coś do obrony pod ręką?
Jenna rozejrzała się i znalazła urwany prysznic.
- Mam jakiś urwany prysznic.
Nagle Jenna krzyknęła.
- Halo, proszę pani, co się tam dzieje?
Neosha i Bryn biegły około dwudziestu minut, kiedy zorientowały się, że monstrum ich nie goni. Przystanęły przy jakimś małym wzgórku po prawo.
- Mój Boże, Jack nie żyje - Neosha zaczęła płakać - Co dalej z nami będzie? Co, jeśli dopadł Harry'ego i Ayanę?
- Miejmy nadzieję, że nie dopadł - Bryn była przerażona i zszokowana tą sytuacją nie mniej, niż koleżanka - Musimy ich znaleźć i jak najprędzej stąd odjechać.
- Tylko gdzie ich znajdziemy? Uciekli w drugą stronę. Bryn, tak się boję.
- Teraz nie możemy zawrócić, bo ta bestia może tam nadal być.
Nagle usłyszały jakiś sprintowy bieg czegoś, co nie mogło mieć tylko dwóch odnóży. Neosha zapisknęła.
- Za ten wzgórek - Rzuciła Bryn. Podbiegły do niego i schowały za nim. Bryn zobaczyła, że cos z daleka się zbliża i bardzo szybko porusza. Gdy się zbliżało, dostrzegła, że to jakiś gigantyczny ptasznik. Stworzenie przebiegło przez ścieżkę przed nimi rzucając powiew. Neosha przeraziła się jeszcze bardziej, gdy zobaczyła, co go zostawiło. Przeczekały jeszcze minute i wyszły z ukrycia.
- Matko, Bryn, co to było, teraz zagrażają nam już dwa stwory - Neosha wpadła w histerię.
- Neoshi, wyjdziemy stąd, znajdziemy ich i zwiejemy. Tylko musimy przeczekać do rana. Zaufaj mi, wyjdziemy z tego.
Nagle usłyszały jakiś pisk połączony do pisku orła i nietoperza. Spojrzały w górę i ugięły się pod nimi kolana. Na niebie krążył jakiś zmutowany stwór. Wyglądał jak połączenie ogromnego orła z nietoperzem. Miał smukły, krótki ogon smoka.
- Nie ruszaj się - Szepnęła do koleżanki Bryn. Stworzenie latało w kółko wypatrując ofiary. Po dwóch minutach odleciał we wschodnim kierunku.
- Wśród drzew będziemy bardziej bezpieczne, niż na drodze - Powiedziała Bryn. Dziewczyny ruszyły w lewą stronę wgłąb lasu.
- A co, jak się zgubimy? - Spytała koleżanki Neosha.
- Nie zgubimy, będziemy szły cały czas prosto.
Szły około dziesięciu minut. Nagle Neosha poczuła, że bolą ją nogi.
- Ej, Bryn, usiądźmy na chwilę, nogi mnie już bolą. Przed przyjazdem dużo dziś się nachodziłam.
Usiadły przy grubym dębie. Słyszały silny powiew wiatru.
- Rodzice jacka się załamią, jak się dowiedzą - Powiedziała smutno Neosha.
- Nawet nie będą mogli zobaczyć jego ciała, bo jakieś monstrum go pewno zawlokło do lasu i zjadło.
- Nawet nie chcę myśleć, jak będą cierpieć.
- Jack na pewno by chciał, żebyśmy przeżyły. Nie możemy dać się zabić tym mutantom.
Nagle usłyszały jakiś trzask gałęzi około dziesięciu metrów przed sobą.
-----
Cassandra powoli zbliżała się do krzewu. Była już tylko metr od niego. Nagle wyleciał z niego nietoperz okropnie piszcząc. Przeleciał nad głowami dziewczyn i odleciał.
- Kurde, nie wiedziałam, że tu latają gacki - Powiedziała Parla.
- No, jak na prawdziwie mroczne miejsce przystało - Odparła jej siostra.
Dziewczyny wróciły na drogę i szły dalej w kierunku zamku. Z dużego deszczu zrobiła się ulewa. Na niebie widać było błyski piorunów. dziewczynom chlupało w butach.
- Daleko jeszcze? - Parla miała dość po czterdziestu minutach drogi pieszo.
- Zaraz powinnyśmy być na miejscu.
Po dziesięciu minutach siostry dojrzały ogromny, ceglany zamek pomalowany na fioletowo. Był trochę wykonany w gotyckim stylu.
- No, nareszcie - Parla była już zmęczona.
dziewczyny podeszły do dużych, drewnianych drzwi wejściowych.
- Ciekawe, czy dzwonek działa - Cassandra zadzwoniła pstryczkiem. Rozległ się donośny, ponury, mroczny dźwięk dzwonka.
- Podoba mi się, wypisz wymaluj atmosfera z Jinxa - Parla nacisnęła starą, dużą klamkę. Pchnęła ciężkie drzwi, które bardzo głośno zaskrzypiały. Ich oczom ukazał się hall wyłożony fioletowym dywanem, ze ścian odchodziła czerwona farba, po lewo znajdowały się schody prowadzące na górę z granatowym dywanem na ich środku, na środku wisiał duży świecznik, po prawo stała komoda, a na niej sztuczne żółte tulipany.
- Hmm, mrocznie i przytulnie, fajna mieszanka - Zaśmiała się Cassandra.
Weszły do hallu i zamknęły drzwi. Zapaliły świecę.
- To w którą stronę idziemy siostra? - Spytała Parla.
- Na górę, posiedzimy na poddaszu, pogadamy i coś zjemy, a jutro za jasnością dnia się rozejrzymy po zamku.
Dziewczyny ruszyły schodami na najwyższe piętro. Stopnie przeraźliwie skrzypiały pod ich stopami. Mijały różne portrety na ścianach korytarza schodów.
- Ej, ta babka jest podobna do babci, nie? - Parla wskazała na portret kobiety z upietymi włosami.
- No, jest podobna, normalnie jak babcia za czasów młodości.
Poszły dalej niezauważając, że kobieta na portrecie zmieniła się w szkaradę o złośliwym uśmiechu.
Cassandra otworzyła drzwi pokoju na poddaszu. Był to mały, przytulny pokoik ze starą, drewnianą podłogą, ciemną komodą i łóżkiem w rogu.
- Ale super, muszę jutro zrobić nam tu zdjęcie - Parla była podekscytowana.
Postawiły świecę na komodzie, siadły na łóżku, zdjęły plecaki i torebki i siadły po turecku naprzeciw siebie. Cassandra wyjęła papierosa z torebki i zapaliła. Parla wyjęła kanapkę z plecaka i zaczęła jeść. usłyszały grzmot burzy.
- No, teraz, to czuję, że jestem w starym, mrocznym zamku - Powiedziała do siostry Cassandra.
- A zobaczysz, jak super nam się będzie usypiało przy tej burzy - Odparła Parla.
Gadały i odpoczywały po podróży nieświadome, że dzwoniąc dzwonkiem do drzwi powiadomiły gospodarza zamku o swojej obecności..
-----
- Dobrze, że zbliża się ten wypis - Powiedziała Priscilla do koleżanek. Jej noga była w coraz lepszym stanie po wypadku.
- Ja tym bardziej, bo gdyby mi się te żebra tak szybko nie zrastały, to wyszłabym jakiś czas po Was - Odpowiedziała Dilsah.
- Macie szczęście i nieszczęście jednocześnie. Po silnym wstrząsie mózgu co prawda nic dłużej nie boli, ale będę musiała uważać na głowę do końca życia - Powiedziała Fallon. Dziewczyny miesiąc wcześniej przeżyły wypadek samochodowy. Jakiś duży samochód nie uważał na światłach i wjechał prosto w ich auto.
- A wiecie, czego się dowiedziałam o tym szpitalu? Podobno ludzie wypisują się na własne żądanie przy końcówce pobytu i niezauważanie znikają ze szpitala - Powiedziała Priscilla.
- Skąd to wiesz? - Spytała Dilsah.
- Podsłuchałam, jak przy sali naprzeciwko jakaś kobieta rozmawiała o tym ze swoim synem. Ciekawe, czy to prawda.
- Może ktoś, kto nie lubi tego szpitala, wymyślił sobie taką historię, a wszyscy w nią uwierzyli - Odparła Fallon.
- Być może. Ale słyszałam, jak ta kobieta mówiła, że dzisiaj jakiś pacjent wypisał się na własne żądanie. Podobno miał jakieś pilne sprawy do załatwienia i nie mógł być tutaj dłużej. Przypadek?
- Weź mnie lepiej nie strasz. Ja myślę, że po prostu lekarze sami to proponują, żeby zwolnić miejsca dla nowych pacjentów. W końcu szpital jest mały.
Rozmowę dziewczyn przerwało pukanie do drzwi.
- Kolacja - Usłyszały głos pani jeżdżącej z posiłkami do sal. Drzwi się otworzyły i poczuły zapach szynki i sałaty. Pani podjechała do ich łóżek, nałożyła dziewczynom kanapki i postawiła na ich szafkach, po czym odjechała zamykając drzwi. Koleżanki zaczęły jeść i kontynuowały rozmowę.
- Ja wolę być ostrożna - Powiedziała Dilsah - Nie wiadomo, czy to prawda, czy nie. Na wszelki wypadek same się stąd wypiszemy na żądanie za kilka dni.
- Ja tak samo uważam. Myślę, że jest coś na rzeczy, skoro tyle osób o tym mówi - Odparła Priscilla - Ale to dopiero za kilka dni. Na razie jeszcze tu pobędziemy i poodpoczywamy. A propo odpoczynku, to ja już się położę spać. Jakaś senna jestem.
Fallon i Dilsah zjadły kolację i zrobiły to samo. Około północy smacznie spały, kiedy na pustym korytarzu rozległ się dźwięk czyiś kroków. Osoba zmierzała w stronę sali dziewczyn. Drzwi uchyliły się lekko. Koleżanki nic nie usłyszały, śpiąc dalej. osoba weszła do ich pomieszczenia i przymknęła drzwi. Podeszła do Fallon. Stanęła nad nią i wyciągnęła z kieszeni małą strzykawkę. Przyłożyła dłoń do ust dziewczyny i wstrzyknęła szybko jej jakąś substancję do żyły na ręce. Fallon obudziła się, czując ból w ręce. Gdy zorientowała się, co się dzieje, chciała zacząć krzyczeć, lecz ktoś zasłaniał jej usta. Próbowała się ruszać, lecz poczuła nagły niewład ciała. Spojrzała w stronę intruza. Zobaczyła tylko niewyraźną, rozmazującą się twarz mężczyzny, po czym straciła przytomność.