18-02-2016, 21:26
Maleńkiego Nikusia
przynieśli do domu około 15 września, pamiętam datę bo jak wybieraliśmy mu imię to gdzieś w pobliżu było w kalendarzu Nikodema.
I zdażyła się taka historia:
Często z drugiego końca miasta przyjeżdżąła do nas moja koleżanka Maria ze swoimi córeczkami.Córki Marii były przyjaciółkami mojej młodszej o zostały siłą rzeczy ciotkami Nikusia. Razem wychodziły na spacery z psem, bawiły się z nim w mieszkaniu, a Niki był najukochańszym stworzeniem. Miłość dziewcząt była tak wielka, że wydzwaniały do nas en razy dziennie, zdawaliśmy relacje co Niki robi, co zmajstrował itd. W końcu zapragnęły mieć swojego psa.
Moja przyjaciólka stawiała najpierw zdecydowany opór, potem zmiękła i postawiła warunek: córki muszą udowodnić, że będą dobrymi opiekunkami psa. W rodzinnej naradzie wymyślili wyimaginowanego małego psa i dziewczynki mialy zachowywać się tak, jakby on był prawdziwy, czyli karmić, poić, pielęgnować i wychodzić na spacer przynajmniej trzy razy dziennie. Dziewczynki się starały.
Jednak po łagodnym wrześniu nastał dość przykry listopad, zaczęły się przeziębienia,
deszcze i wichury.
I córeczki Marysi zachorowały na coś grypopodobnego. Ale nie odpuściły, na spacer o siódmej rano trzeba było z psem iść.Ojciec im nie pozwolił, bo miały gorączkę.... No to zmusiły prośbami i płaczem moją przyjaciółkę, aby ich zastąpiła.
Czego się nie robi dla chorego dziecka? Moja Marysia spacerowala z tym wyimaginowanym psem w listopadowe szarugi, a córki dociekały, czy go nie pozostawiła samego pod sklepem, czy była w parku itd. I sprawdzały patrząc przez okno z siódmego piętra czy matka " z psem" idzie w stronę parku. Trzy dni trwały zimne deszcze, codziennie rodzice musieli wyprowadzać wyimaginowanego kilka razy dziennie.. W końcu rodzice poczuli się przekonani, że prawdziwy pies będzie dobrze zaopiekowany.
Jak dzieci wyzdrowiały, kupili psa, a właściwie sukę Lulkę.
przynieśli do domu około 15 września, pamiętam datę bo jak wybieraliśmy mu imię to gdzieś w pobliżu było w kalendarzu Nikodema.
I zdażyła się taka historia:
Często z drugiego końca miasta przyjeżdżąła do nas moja koleżanka Maria ze swoimi córeczkami.Córki Marii były przyjaciółkami mojej młodszej o zostały siłą rzeczy ciotkami Nikusia. Razem wychodziły na spacery z psem, bawiły się z nim w mieszkaniu, a Niki był najukochańszym stworzeniem. Miłość dziewcząt była tak wielka, że wydzwaniały do nas en razy dziennie, zdawaliśmy relacje co Niki robi, co zmajstrował itd. W końcu zapragnęły mieć swojego psa.
Moja przyjaciólka stawiała najpierw zdecydowany opór, potem zmiękła i postawiła warunek: córki muszą udowodnić, że będą dobrymi opiekunkami psa. W rodzinnej naradzie wymyślili wyimaginowanego małego psa i dziewczynki mialy zachowywać się tak, jakby on był prawdziwy, czyli karmić, poić, pielęgnować i wychodzić na spacer przynajmniej trzy razy dziennie. Dziewczynki się starały.
Jednak po łagodnym wrześniu nastał dość przykry listopad, zaczęły się przeziębienia,
deszcze i wichury.
I córeczki Marysi zachorowały na coś grypopodobnego. Ale nie odpuściły, na spacer o siódmej rano trzeba było z psem iść.Ojciec im nie pozwolił, bo miały gorączkę.... No to zmusiły prośbami i płaczem moją przyjaciółkę, aby ich zastąpiła.
Czego się nie robi dla chorego dziecka? Moja Marysia spacerowala z tym wyimaginowanym psem w listopadowe szarugi, a córki dociekały, czy go nie pozostawiła samego pod sklepem, czy była w parku itd. I sprawdzały patrząc przez okno z siódmego piętra czy matka " z psem" idzie w stronę parku. Trzy dni trwały zimne deszcze, codziennie rodzice musieli wyprowadzać wyimaginowanego kilka razy dziennie.. W końcu rodzice poczuli się przekonani, że prawdziwy pies będzie dobrze zaopiekowany.
Jak dzieci wyzdrowiały, kupili psa, a właściwie sukę Lulkę.
Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić <zhm>


