10-09-2017, 13:38
A Ty, kiedy ostatni raz komuś pomogłeś? Polacy mają interesujące podejście do wspierania innych.
Wrzucić kilka złotych do puszki pod kościołem, żeby pomóc Owsiakowi, a potem zapomnieć o temacie na następne 365 dni.
Z takiego założenia wciąż wychodzi wielu Polaków. To na szczęście powoli się zmienia. Ale w kwestii popularyzacji szeroko
rozumianej filantropii nad Wisłą wciąż jest do zrobienia bardzo, bardzo wiele. Na szczęście przykład coraz częściej dają ci, którzy
są znani, i ci, którzy po prostu są najwięksi.
Jak tu dać na kogoś pieniądze, skoro ja jeszcze nie do końca zadbałem o swoją rodzinę? Takie pytanie zadaje sobie wielu Polaków.
Pytanie na pewno nie jest głupie, ale faktem jest, że filantropii trzeba się nauczyć, trzeba do niej dojrzeć. To cecha
charakteryzująca przede wszystkim społeczeństwa bogate, rozwinięte – a do takiego przecież my, jako Polacy, aspirujemy.
Mało kto wie, że przykład idzie z... drugiego końca świata. Kiedy bowiem Kowalski przewraca się na drugi bok w środku nocy, jakiś
naród praktycznie masowo angażuje się w pomoc innym.
Na przykład, dwie trzecie mieszkańców Australii, co miesiąc przekazuje swoje pieniądze na cele dobroczynne. Co trzeci angażuje
się w wolontariat. To bardzo dużo. Owszem, zdecydowana większość Polaków także pomaga, ale dla większości z nas to w skali
roku działania jednorazowe.
Znaleźć puszkę, "odfajkować" cel na ten rok i zapomnieć, czy tak to widzisz?
Moim zdaniem, problem leży w tym, że mamy za mało informacji o tym, jak i komu pomagać a ludzie, boją się wyrzucać
pieniądze na coś, czego nie są pewni. Druga sprawa, to wymówka w postaci "braku czasu" na wolontariat.
Praca na rzecz innych wymaga jednak pokonania największego wroga: lenistwa. Wrzucenie do puszki wymaga mniej wysiłku, a
tak jesteśmy skonstruowani, żeby tak właśnie działać. To dotyczy całego życia, nie tylko pomagania.
To mniejszy wysiłek czasowy i energetyczny. Wystarczy chwila i mamy poczucie, że "ja już zrobiłem coś dobrego w tym roku i nie muszę"
Wrzucić kilka złotych do puszki pod kościołem, żeby pomóc Owsiakowi, a potem zapomnieć o temacie na następne 365 dni.
Z takiego założenia wciąż wychodzi wielu Polaków. To na szczęście powoli się zmienia. Ale w kwestii popularyzacji szeroko
rozumianej filantropii nad Wisłą wciąż jest do zrobienia bardzo, bardzo wiele. Na szczęście przykład coraz częściej dają ci, którzy
są znani, i ci, którzy po prostu są najwięksi.
Jak tu dać na kogoś pieniądze, skoro ja jeszcze nie do końca zadbałem o swoją rodzinę? Takie pytanie zadaje sobie wielu Polaków.
Pytanie na pewno nie jest głupie, ale faktem jest, że filantropii trzeba się nauczyć, trzeba do niej dojrzeć. To cecha
charakteryzująca przede wszystkim społeczeństwa bogate, rozwinięte – a do takiego przecież my, jako Polacy, aspirujemy.
Mało kto wie, że przykład idzie z... drugiego końca świata. Kiedy bowiem Kowalski przewraca się na drugi bok w środku nocy, jakiś
naród praktycznie masowo angażuje się w pomoc innym.
Na przykład, dwie trzecie mieszkańców Australii, co miesiąc przekazuje swoje pieniądze na cele dobroczynne. Co trzeci angażuje
się w wolontariat. To bardzo dużo. Owszem, zdecydowana większość Polaków także pomaga, ale dla większości z nas to w skali
roku działania jednorazowe.
Znaleźć puszkę, "odfajkować" cel na ten rok i zapomnieć, czy tak to widzisz?
Moim zdaniem, problem leży w tym, że mamy za mało informacji o tym, jak i komu pomagać a ludzie, boją się wyrzucać
pieniądze na coś, czego nie są pewni. Druga sprawa, to wymówka w postaci "braku czasu" na wolontariat.
Praca na rzecz innych wymaga jednak pokonania największego wroga: lenistwa. Wrzucenie do puszki wymaga mniej wysiłku, a
tak jesteśmy skonstruowani, żeby tak właśnie działać. To dotyczy całego życia, nie tylko pomagania.
To mniejszy wysiłek czasowy i energetyczny. Wystarczy chwila i mamy poczucie, że "ja już zrobiłem coś dobrego w tym roku i nie muszę"


