Liczba postów: 64,553
Liczba wątków: 3,242
Dołączył: 06 Jul 2014
Reputacja:
753
Płeć: Kobieta
Lokalizacja: Gdynia- Orneta
Oczywiście, że byli też polscy piraci ale na obcych okrętach... no coś w ten deseń a dokładnie, wyglądało to tak:
Orły pod czarną banderą
Piraci rodem z Polski
Pierwsi piraci polskiego pochodzenia pojawili się na Morzu Karaibskim w XVII
wieku. Pochodzili przeważnie z Kaszub i Żuław.
Obok angielskich i francuskich piratów, od wielu dziesiątek lat grasujących na
tych wodach, właśnie Holendrzy zasłynęli z dużej dzielności i bezwzględności w
tym "fachu". W łupieniu hiszpańskich galeonów przewożących złote i srebrne
wyroby oraz kruszec tych szlachetnych metali z Nowego Świata osiągali niemałe
sukcesy. Ze swych zbójeckich wyczynów na morzu, a także grabieży hiszpańskich
miast na wybrzeżach amerykańskiego kontynentu zasłynął zwłaszcza herszt
holenderskich piratów Piet Heyn, który po zagrabieniu tzw. srebrnej floty w
zatoce Matanzas na Kubie uhonorowany został przez swego króla tytułem admirała,
a następnie wszedł w poczet narodowych bohaterów Holandii. Wielką sławę zdobył
również na karaibskich wodach urodzony w Elblągu z matki Polki i ojca Holendra
korsarz niderlandzkiej korony Aleksander Exqemeling, który na hiszpańskich
galeonach zdobywał fundusze na ukończenie studiów medycznych. Już jako lekarz
okrętowy holenderskiej floty pod zmienionym nieco nazwiskiem: John Esquemeling
wydał w 1678 roku książkę opisującą swoje pirackie przygody pt. "Bukanierzy
amerykańscy", tłumaczoną potem na wiele języków, w tym również na polski.
Opuszczeni przez Cesarza
Stając się bezwzględnymi czcicielami czarnej flagi z trupią główką i
skrzyżowanymi piszczelami, Polacy bywali także w głównej bazie sławnego pirata
angielskiego kpt. Henry’ego Morgana – Port Royal na Jamajce i głównej siedzibie
piratów francuskich na wysepce Żółwiej koło Haiti. Z różnych powodów przenosili
się oni z holenderskich na angielskie i francuskie jednostki pirackie. Jednak
do największego rozwoju polskiego piractwa na tym akwenie przyczynił się...
Napoleon.
W latach 1801–1803 kilkadziesiąt żaglowców przywiozło bowiem na San Domingo
dwie półbrygady zorganizowanych na włoskiej ziemi Legionów Polskich: łącznie 5
500 oficerów i żołnierzy. Wraz z 35-tysięcznym korpusem ekspedycyjnym Francuzów
walczyć mieli z rebelią czarnych niewolników, którzy poważnie potraktowali
hasła francuskiej rewolucji: wolność, równość, braterstwo. Napoleon uznał
jednak, że "niewolnicy znieważyli majestat Francji". Rozpoczęły się niezwykle
krwawe walki, w których zwyciężyli Murzyni. Pomogła im w tym epidemia żółtej
febry i innych chorób tropikalnych, dodatkowo osłabiających francuskie wojska.
Część ocalałych z wojennej tragedii legionistów dostała się do angielskiej
niewoli i w fatalnych warunkach przebywać musiała na Jamajce, część (około 450
osób) osiedliła się na Haiti, część natomiast, z braku innych możliwości
zarobkowania, zajęła się piractwem, wykazując się niebywałymi wręcz talentami w
tej nowej dziedzinie wojowania.
Jednym z takich pirackich okrętów dowodził kpt. Ignacy Blumer, wcześniej szef
batalionu na San Domingo. Zdarzyło się bowiem, że powracający z setką
rekonwalescentów po żółtej febrze statek francuski pod dowództwem komandora
Bissela zagarnięty został przez brytyjski bryg "Recoon". Anglicy natychmiast
uprowadzili na swój okręt Francuzów, natomiast Polakom apatycznie siedzącym
wzdłuż burt pozwolili kontynuować podróż do Europy. Gdy synowie Albionu
odpłynęli, kpt. Blumer zadziałał błyskawicznie: zdumionym rodakom oświadczył,
że obejmuje komendę nad okrętem. Od tej chwili wraz z porucznikiem Lipińskim i
Birnbaumem oraz starymi wiarusami legionowymi łupił na karaibskich wodach,
dając się mocno we znaki przede wszystkim Anglikom. W rezultacie licznych walk
i morskiego rozboju Blumer i jego kompani nieźle się wzbogacili, aż wreszcie
uparty kapitan doprowadził swych żołnierzy pod rodzinne strzechy. Sam natomiast
zaciągnął się do wojska Królestwa Polskiego i wkrótce mianowany został generałem.
Szlachecka fantazja
Drugim oficerem, który po kampanii haitańskiej zajął się rozbojem na Morzu
Karaibskim, był kpt. Wincenty Kobylański, operujący przeciw Anglikom z
terytorium Kuby. Oprócz akcji morskich organizował on także wyprawy lądowe,
wymierzone z reguły w Jamajkę i jej kolonialnych rządców angielskich. Zbyt
słabe siły uniemożliwiły mu jednak atak na Kingston i Spanish Town, gdzie
obozowali polscy jeńcy wojenni. Ponieważ jednak uznał piractwo za zbyt ciężki
kawałek chleba, który "nijakiego honoru nie daje", i on powrócił niebawem do
kraju.
Stosunkowo późno, bo dopiero w roku 1805, włączył się do akcji pirackich w tym
rejonie podporucznik Kazimierz Lux, który 10 proc. pryzy wpłacał na rzecz
przebywających w niewoli żołnierzy francuskich, a pewne sumy na rzecz inwalidów
wojennych i znajdujących się w potrzebie polskich legionistów.
Ci "potrzebujący" nieraz zresztą przystawali do piratów.
Tak było np. z Błażejem Wiśniewskim, prowadzącym oberżę w Santiago de Cuta,
gdzie banda Luxa z reguły opijała udane wyprawy na Jamajkę. Kilka lat potem ten
ostatni powrócił do Warszawy i długo jeszcze przy ul. Mostowej sprzedawał
pieczone przez siebie bułki i rogaliki. Trochę dłużej zbójował na karaibskich
wodach porucznik Izydor Borowski, dostarczający zdobytą broń i amunicję
bojownikom o wolność Wenezueli: Franciscowi Mirandzie i Simonowi Bolivarowi.
Ostatnim chyba polskim piratem na Morzu Karaibskim był Józef Olszewski, wśród
pirackich braci z polska nazwany "Józiem", jeden z dziewięcioroga dzieci
ubogiego szlachcica zagrodowego, któremu za ciasno się zrobiło w rodzinnych
stronach na Mazowszu. Około 1850 roku popłynął on z flisakami do Gdańska, a
stamtąd z Holendrami "do Zachodnich Indiów". Trafił wkrótce na niewielki, ale
szybki i sprawny żaglowiec "Salamandra", szmuglujący niewolników z Afryki na
karaibskie plantacje kolonialne. Gdy jednak odziedziczył okręt i bogactwa
swojego kapitana, w Vera Cruz odpowiednio wyekwipował go, a następnie napadał i
rabował statki różnych bander przepływających w pobliżu Kuby, Jamajki i Haiti.
Pod koniec XIX wieku jego rozliczne przygody pod piracką flagą opublikował
warszawski tygodnik "Wędrowiec".
(Autor jest pisarzem marynistą)
Polska Zbrojna nr 40/2003
"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"