Ocena wątku:
  • 35 głosów - średnia: 3.14
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Fukushima cztery lata później. Ćwiczenia z umierania
#1

Moja najmłodsza córka miała na imię Yuna. Nazwałem ją od cichego i spokojnego oceanu, który widzimy późnym latem.

[Obrazek: V3kjvfyu7n.jpg]


Ćwiczenie I. Umierasz


Przed tobą leży 20 kartoników. Proszę, napisz na każdym nazwę czegoś, co jest dla ciebie cenne. Twoi rodzice, twoja żona, twój chłopak, dzieci, praca, twoje hobby, góry, natura. Tak, wiem, to zajmuje chwilę. Przy 12. kartoniku ciężko coś wybrać. Ale to może być nawet twój iPad. Gotowe? OK, teraz zamknij oczy. Zaczynamy historię o tobie albo o kimś bardzo do ciebie podobnym. Jest ciepły, słoneczny dzień. Wiosna, niedługo zakwitną wiśnie. Wracasz do domu po pracy, szykujesz obiad. Kiedy nakrywasz do stołu, przeszywa cię ostry ból brzucha. Myślisz: to przepracowanie, samo przejdzie. Ale kłucie w brzuchu nie mija przez cały tydzień. Źle śpisz. Umawiasz się na badania do szpitala. Czujesz, że dzieje się coś złego. Otwórz oczy. Spójrz na swoje karty. Wybierz jedną. Zgnieć ją i wyrzuć na ziemię.

Lekarz przekazuje wyniki. Masz raka. Z każdym tygodniem jesteś coraz słabszy. Nie możesz już dłużej pracować. Musisz gnieść kolejne karty i rzucać je na ziemię. To, co się z tobą dzieje, nie jest racjonalne. Bo świat nie jest racjonalny. Rzeczy mogą zostać zabrane przypadkiem. Wpadniesz pod samochód i stracisz nogi. Okaże się, że masz złośliwego guza. Albo przyjdzie wielka fala i zabierze ci rodzinę. Dlatego musisz pozbywać się kolejnych kart. Próbujesz jeszcze chemii. Wypadają ci włosy. Pojawiają się krwotoki. Przychodzi taki moment, kiedy zostajesz z czterema kartami w ręku. To pewnie twoja żona, twój syn, twoi rodzice, może pieniądze albo góry.

- Uczestnicy warsztatów nie są w stanie ich zgnieść i wyrzucić - mówi 31-letni mnich Tomomitsu Gashin z tokijskiej świątyni Jogyoji, który organizuje warsztaty umierania. - Zginają kartkę i odkładają na ziemię.

Pojawiły się przerzuty. Nie możesz podnieść się z łóżka. Zwiększasz dawkę leków. Coraz częściej budzisz się zlany potem w środku nocy i nie wiesz, gdzie jesteś. Chcesz odezwać się do ludzi, którzy stoją naokoło ciebie, ale jedyne, na co cię stać, to ściskanie dłoni kogoś, kto trzyma cię za rękę. Na stole zostaje jedna karta. Proszę, odetchnij trzy razy naprawdę głęboko. Raz. Dwa. Trzy.

A teraz weź jeszcze jeden wdech. Kiedy wypuścisz powietrze - umrzesz.

Zgnieć ostatnią kartkę.


- Czemu akurat ta kartka była dla ciebie najważniejsza? Czy dla innych, którzy razem z tobą robili to ćwiczenie, ważne są te same rzeczy? Czy doceniasz to, że masz 20 skarbów? Czy się nimi cieszysz? Czy je szanujesz? Czy nie za często skupiasz się na rzeczach, które są mało istotne? Co ostatnio zrobiłeś dla tych ludzi, którzy są dla ciebie najważniejsi? Kiedy ich ostatnio widziałeś? - pyta Tomomitsu. Po ćwiczeniach z umierania coś się w ludziach zmienia. Rodzice kończą wcześniej pracę, żeby pobawić się z dziećmi. Dzieci odwiedzają mamę i tatę mieszkających w innym mieście. Ludzie nie odkładają już rzeczy na później. Znamy tylko ten moment, w którym istniejemy. Nie ma nic poza nim.

- To jest energia, którą chcemy przekazać ludziom - mówi Tomomitsu. - Nie odbudowujemy terenów zniszczonych przez tsunami, ale odbudowujemy ludzi tu, w Tokio. Przywracamy im wiarę w to, co robią. Pomyśl o tym w ten sposób: jeśli młodzi są zamknięci w sobie, wypaleni, jeśli żyją bez poczucia sensu, to jaka będzie przyszłość Japonii?

Tomomitsu Gashin od trzech lat późną wiosną organizuje kogen. "Ko" oznacza kierunek. "Gen" - źródło, początek. - W Japonii istnieje taki koncept: shogyo mujo, czyli zmienność rzeczy, przemijalność - tłumaczy mnich. - Uczymy się o nim już w czwartej klasie podstawówki. Ale to tylko teoria. 11 marca poznaliśmy shogyo mujo w praktyce. O 14.46 w Japonii zatrzęsła się ziemia. Wstrząsy wyniosły 9 stopni - w 9-stopniowej skali Richtera. Pół godziny później Tohoku, północną część wyspy Honsiu, zalało tsunami wysokie na 40 metrów. Woda nie tylko zniszczyła domy, wyrzuciła na ląd kutry i porwała z autostrad uciekające auta, ale również uszkodziła systemy chłodnicze w jednym z reaktorów w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi w prefekturze Fukushima. Reaktor wybuchł dzień później. Trzęsienie i tsunami zabiły prawie 16 tysięcy ludzi. Ponad 2,5 tysiąca do dzisiaj uznaje się za zaginionych. Z powodu Fukushimy około 300 tysięcy osób musiało się ewakuować. Teraz ludzie są gotowi na nasz przekaz: zatrzymaj się. Wróć do źródeł. Znajdź to, co początkowo cię napędzało. Spójrz, w tym momencie pracujesz, prowadząc ze mną wywiad - zwraca się do mnie Tomomitsu. - Ale czasem możesz się zastanawiać: "Po co to wszystko?". W przeszłości każdy z nas miał marzenie. Marzeniem dziennikarza może być informowanie o ludzkiej krzywdzie. Marzeniem mnicha może być ukojenie słowem. Przez lata zapominamy, czemu robimy to, co robimy. Gonimy za czymś, czego nie jesteśmy pewni. Myślimy, że zawsze będziemy mieć czas, żeby coś zmienić. Wypieramy się naszej śmiertelności.

W 2011 roku na kogen przyszło 70 osób. W 2014 - 2 tysiące. - Ułożyliśmy biznesplan - opowiada Tomomitsu, młodzi japońscy mnisi często studiowali w Stanach, robili tam MBA. - Do 2020 roku, kiedy Tokio będzie gościć olimpiadę, chcemy, żeby kogen odbywało się na całym świecie.

Ćwiczenie II. Zaufaj


Zanim został burmistrzem, Akira Sugenoya pracował jako chirurg specjalizujący się w leczeniu raka tarczycy. - W 1991 roku obejrzałem dokument o Czarnobylu. Zobaczyłem operację w szpitalu na Białorusi. Przez 20 lat praktyki zetknąłem się z pięcioma przypadkami raka tarczycy u dzieci. Tam były ich setki. Dwa miesiące później byłem w Mińsku. Zrobiłem kilka operacji. Pokazałem, jak ciąć, żeby zostawiać mniejsze blizny. Białoruscy lekarze nie mieli kontaktu z zachodnią medycyną. Przyjeżdżałem jeszcze siedem razy. W 1995 roku postanowiłem zostać dłużej. Utrzymywałem się z emerytury. Wróciłem po pięciu latach i kilku tysiącach operacji. Zostałem burmistrzem Matsumoto, mojego rodzinnego miasta w Alpach Japońskich. W 2011 od początku mówiłem: podawajcie jod, tak jak robiono to w Polsce po Czarnobylu. Rząd japoński nie chciał mnie słuchać. Oni nigdy nie słuchają tych z lokalnego szczebla. Teraz mówię: zadbajcie o dzieci. Przecież to nasza przyszłość. Nie można powiedzieć z całą pewnością, że przecieki z elektrowni Fukushima Daiichi powodują raka u dzieci. To prawda, znajdujemy teraz więcej przypadków zachorowań, ale możliwe, że w wyniku bardzo skrupulatnych badań, którymi objęte są wszystkie dzieci z zagrożonych terenów. Za wcześnie, by wyciągać jakiekolwiek wnioski. Ale nie myślmy tylko o raku. Promieniowanie powoduje też inne problemy. Rodzice boją się wypuszczać dzieci na zewnątrz. Rośnie całe pokolenie młodych ludzi, którzy nie dotykają trawy. Którzy boją się zewnętrznego świata i którzy tracą nim zainteresowanie. To kim oni mają zostać w przyszłości? Jeśli mają siedzieć w zamknięciu, lepiej przysłać ich tutaj.

Sześciu mieszkańców Fukushimy postanowiło otworzyć w Matsumoto internat, do którego rodzice ze skażonych miejsc mogą wysłać na rok szkolny swoje dzieci. Założyli organizację, która zbiera pieniądze na wynajem domu, jedzenie, materiały szkolne i wynagrodzenie opiekunów. Dzieci chodzą do szkoły publicznej, mieszkają w domu z ogrodem, mają opiekunów, którzy są z nimi dzień i noc. Projekt wspiera burmistrz Sugenoya.

Po domu-internacie oprowadza mnie Hiroshi Ueki, 40-letni mieszkaniec Fukushimy, który postanowił nigdy tam nie wrócić. - W tym pokoju będzie spało sześcioro dzieci, a tu jeszcze czworo. Nie ma łóżek, na noc z szafy wyjmą sobie futony (cienkie materace) i rozłożą je na bambusowych matach. Na dole w oddzielnych pokojach śpią opiekun i opiekunka. Jest już kuchnia, remontujemy łazienkę. A tutaj, przy stole z widokiem na ogród i góry, będziemy jeść wspólne posiłki. W ogrodzie dzieci zasadzą warzywa. Wyślą je rodzicom do Fukushimy. Rodzice będą mieć pewność, że jedzą coś nieskażonego plutonem. Choć rząd zapewnia, że miasto jest bezpieczne, bo jest poza ewakuowaną strefą (elektrownia Fukushima Daiichi stoi w wiosce Okuma, prawie 100 kilometrów od miasta Fukushima), to liczniki Geigera pokazują co innego. A wiesz, kto jest najbardziej podatny na promieniowanie? Dzieci.


[Obrazek: z14716548Q,Fotoreporter_Damil_Sagolj_opo...potkal.jpg]

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#2

- Wyjechałam z córkami z miasta Fukushima 17 marca, sześć dni po trzęsieniu ziemi, do rodziców w Matsumoto, mieście w Alpach Japońskich. Ponad 400 kilometrów od Fukushimy - opowiada Mizue Nakano, stawiając czajnik z zieloną herbatą na stole z widokiem na ogród i góry. Razem z Hiroshim szykuje dom na przyjazd dzieci. - W Japonii rok szkolny zaczyna się 1 kwietnia, nauczyciele dzwonili: wracajcie. Mówili, że Fukushima jest bezpieczna. Czym w takim razie wytłumaczyć krwawienia z nosa, biegunki, podrażnioną skórę i osłabienie moich dziewczynek? Zakazywano wychodzenia na boisko. Dzieci cały dzień spędzały w zamkniętych salach. Drogę do domu pokonywały w maskach na twarzach. Zaczęłam czytać o tym, co działo się po Czarnobylu. Młodszą córkę przeniosłam do szkoły w Matsumoto, zamieszkała z dziadkami. Starsza została w mieście Fukushima na dwa lata, żeby skończyć liceum. Kiedy jestem w Fukushimie, czuję, jakbym w środku głowy miała mgłę. Dwa razy w miesiącu odwiedzam Matsumoto. Mgła od razu znika.

- Ale kiedy rząd słyszy, że ludzie w Fukushimie narzekają na mgłę w głowie, odpowiada: "To psychiczne. W Fukushimie jest bezpiecznie" - Sugenoya nie kryje zdenerwowania. - Dla mnie sam fakt, że ludzie chcą wysyłać dzieci poza miasto, poza prefekturę, świadczy o tym, że rząd stracił ich zaufanie. Tak naprawdę większość Japończyków, którzy na co dzień nie muszą myśleć o problemie skażonej elektrowni, już się tym nie interesuje. Radioaktywność nie ma zapachu. Nie ma smaku. Jest niewidoczna. Łatwo o niej zapomnieć. Ale wiesz, jaki jest z nią największy problem? Niszczy nie tylko geny. Niszczy więzi między ludźmi.

- Raz w miesiącu organizowałam spotkania dla matek - opowiada Mizue Nakano. I zaraz dodaje: - Znerwicowanych matek. Nie miałyśmy komu się wyżalić, więc zaczęłyśmy wyżalać się sobie. Że mąż nie rozumie naszych obaw. Że nie chce opuścić miasta, bo nie sądzi, żeby rodzinie groziło jakiekolwiek niebezpieczeństwo. A krwotoki z nosa uważa za normalne. Niejedna z nas rozwiodła się z tego powodu. Narzekamy na rodziców, którzy ciągle uprawiają ziemię Fukushimy. I potem karmią wnuki warzywami z tej ziemi. Skoro się nie świeci, to znaczy, że jest dobre? Nie przejmują się tym, że wnuki dostają biegunki. Nie rozumieją, czemu się złościmy. My nie rozumiemy, jak mogą twierdzić, że wszystko jest w porządku. Trudno nam rozmawiać z najbliższymi.

Niektóre rodziny muszą się rozdzielić. Ojciec nie może znaleźć nowej pracy, zostaje w Fukushimie. Matka z dziećmi wyjeżdża tam, gdzie nie ma skażenia. Dochód się nie zmienia, ale teraz trzeba zarobić na prąd, czynsz, wodę w dwóch domach. I jeszcze wytrzymać rozłąkę.

- Naturalną katastrofę, taką jak trzęsienie ziemi albo tsunami, leczy czas - twierdzi Sugenoya. Po dziesięciu latach ludzie mogą zapomnieć, nie widzą i nie czują skutków. A w Czarnobylu 28 lat po wybuchu dzieci nadal chorują. - Chciałabym zabrać wszystkie dzieci z Fukushimy - mówi mi na pożegnanie Hiroshi Ueki. - To jest narodowy kryzys, każde miasto powinno przygotować miejsca w szkołach i opiekę dla tych dzieci. Ale co robi rząd? Nic. I pamiętaj, zaklinam cię na wszystko - nie jedz ryb w Japonii. Niby mówią, że są czyste. Ale każdy wie. Pluton. Cez. Tego tak łatwo nie pozbędziesz się z organizmu.

Ćwiczenie III. Czekaj

- Wiesz co? Po prostu chyba poczułem się głupio - zaczyna swoją opowieść Mike Connoly, który obwozi mnie po części wybrzeża zniszczonej przez tsunami. - Że tak przesiedziałem całą tę sprawę z tsunami. Zatrzęsło, olałem to i wróciłem do pracy. Dopiero wieczorem włączyłem telewizor. 16 marca - pięć dni po trzęsieniu - miałem kilka ciężarówek załadowanych 3 tysiącami litrów wody. Szef jednej z firm pozwolił zabrać nam to, co zostało mu w magazynie. W tym czasie w sklepach były pustki. Ludzie bali się skażenia wody w kranach, wykupywali całe zgrzewki. Z innych miast rodziny przysyłały do Tokio butelki z wodą. Mieliśmy bardzo cenny ładunek, ale nie dostaliśmy pozwolenia na wjazd na tereny dotknięte tsunami. Pięć posterunków nam odmówiło. W szóstym okazało się, że szef ma rodzinę w Ishinomaki, gdzie 560 z 700 budynków po prostu zniknęło z powierzchni ziemi. Całe miasto przesunęło się na południowy zachód i obniżyło o ponad metr. Szef komisariatu wręczył mi wielkie srebrne pozwolenie. Możliwe, że byliśmy jedynymi prywatnymi osobami jadącymi z pomocą na tereny dotknięte katastrofą.

Jakieś 250 kilometrów za Tokio w rzece pływały lodówki. I kilka pralek z otwartymi drzwiczkami. Pomyślałem sobie: oj, nie jest za dobrze. A potem za zakrętem zobaczyłem dach domu zawieszony na moście.

W 2011 roku kilkaset tysięcy ludzi musiało opuścić swoje domy - kontynuuje Mike. - Do dzisiaj ponad 200 tysięcy nie wróciło do domów, z czego prawie połowa mieszka w tymczasowych osiedlach. Część została ewakuowana z Fukushimy, ale większość to ludzie, którym domy zburzyło tsunami. Chcesz zrozumieć, jaką siłę ma tsunami? Spójrz. Ten budynek ma betonowe fundamenty. Fala nie mogła go przesunąć. Ale uderzyła z taką siłą, że odbiła się i zdarła asfalt z parkingu, robiąc pięciometrową dziurę w ziemi.

Osiedle Yamata, w którym mieszka Takeichi Ono, to równe rzędy blaszaków stykających się ścianami. Każdej rodzinie przysługuje 20 metrów. Trzy pomieszczenia: sypialnia, w której mieści się łóżko, salon, w którym mieści się stół, i kuchnia, w której mieści się kuchenka. Jest jeszcze łazienka z wanną wielkości brodzika. Przez cienkie ściany słychać sąsiadów.


- Na początku, choć znamy się od dawna, mijaliśmy się bez słowa - mówi Takeichi, który do domów tymczasowych trafił trzy miesiące po tsunami. Mieszka tam do dziś. - W Japonii witamy się, pytając: "jak się czujesz?", "jak się ma twoja rodzina?". Nie chciałem moim sąsiadom przysparzać bólu, pozdrawiając ich tymi słowami. Za cel postawiłem sobie, żeby ludzie, którzy tu mieszkają, byli szczęśliwi - dodaje Takeichi. Jako lider społeczności organizuje codzienną gimnastykę, zawody sportowe, wspólne gotowanie, festiwale piosenki, bożonarodzeniowe party. - Odwracam ich uwagę od tego, co było. Chcę, żeby wyszli z tych blaszaków i spędzali czas razem.

- Ludziom z tymczasowych domów obiecywano, że wrócą do siebie w ciągu dwóch lat - opowiada Mike. - Potem zmieniono taktykę. Zamiast odbudować falochrony i naprawić tamy, zrobiono kolorową mapę. Na zielonych terenach wolno budować. Na żółtych wolno tylko odnawiać to, co nie zostało zburzone. Na czerwonych nie można ani odnowić swojego domu, ani zbudować nowego - władze uznały, że tereny te są zbytnio narażone na tsunami. Wolą nie podejmować ryzyka. Gdzie teraz jesteśmy? Na czerwonych terenach. Ten dom, który widzisz, ocalał, bo siła rozłożyła się na sąsiadów. Właściciel wyremontował go, a potem ogłoszono, że to tereny czerwone. Nie może tu mieszkać. Przyjeżdża dwa razy w tygodniu patrzeć na morze. Zostawia klucz, każdy może wejść do środka. Na piętrze widzisz brązową linię. Dotąd sięgała woda. Znam go od dwóch lat. Ostatnio w rozmowie o pogodzie rzucił, że tsunami zabrało mu 12 osób z rodziny. Więcej do tego nie wrócił. Ale na piętrze domu, w którym już nigdy nie będzie mógł mieszkać, urządził niewielki ołtarzyk ze zdjęciami tych, których stracił.

[Obrazek: z9703857Q,Zniszczona_przez_tsunami_dziel...odniej.jpg]

Zniszczona przez tsunami dzielnica Kesennumy w północno-wschodniej Japonii

Dom Takeichi Ono również stał na czerwonych terenach. Choć nie został zniszczony przez tsunami, Takeichi zdecydował się go rozebrać. I tak nie wolno mu już było w nim mieszkać. Teraz, razem z innymi mieszkańcami domów tymczasowych, snuje wielkie plany. Wybrali ziemię, na której zbudują domki jednorodzinne i apartamentowce. - To będzie osiedle prawie idealne, bo wszystkich nie można zadowolić. Ustalamy, czy będziemy mieć płoty, rozrysowujemy plac zabaw. Dyskutujemy o tym, czy będzie nam wolno trzymać zwierzaki. Każdy wybrał już swój dom. Czekamy tylko, aż rząd podniesie ziemię.

To nie jest metafora. Rząd zatrudnia firmy budowlane, żeby buldożerami wybierały ziemię ze wzgórz i usypywały sztuczne wzniesienia, na których będzie można odbudować wioski. - Mówią, że zajmie to kolejne trzy lata - tłumaczy mi Mike. - Ale wiadomo, że niedługo trzeba będzie budować infrastrukturę na olimpiadę. Tutaj zabraknie rąk do pracy. Pieniądze dla budowlańców będą gdzie indziej. Dopóki ludzie nie wyprowadzą się z domów tymczasowych na swoje, dopóty będą przeżywać katastrofę każdego dnia.

Ćwiczenie IV. Pomóż

Po katastrofie z 11 marca większość ekspatów mieszkających w Japonii wyjechała z kraju. - Jak szczury z tonącego statku - dodaje Rob Williams, który organizuje charytatywne rajdy. - Firmy zajmujące się relokacją dawno nie miały tyle pracy. Japonia ma to obcokrajowcom za złe. Ale z drugiej strony ci, którzy zostali, zyskali szacunek. Tkwimy w tym razem.

Rob zebrał pieniądze na budowę niewielkiej fabryczki do przetwarzania warzyw w Minamisanriku, mieście, w którym 16-metrowa fala zburzyła 95 procent zabudowań. Zginęło ponad 1200 osób. - Kiedy organizowaliśmy pierwszy rajd w 2012 roku, wielu ludzi chciało pomóc. W 2013 roku zainteresowanie było znacznie mniejsze. Dziś ludzie, poza rocznicą, nie pamiętają o tym, co się stało. A moim znajomym z Wielkiej Brytanii ciężko uwierzyć, że w Japonii - trzeciej gospodarce świata - ktoś może mieć problemy.

Tak jak pani Ishikawa, której dom - prosta parterowa konstrukcja - ma kilkadziesiąt lat i pęknięcia biegnące wzdłuż ścian. Pani Ishikawa mieszka w miasteczku Wakuya, daleko od morza, w górach. Ściany jej domu popękały przez trzęsienie ziemi - tak samo jak ściany ponad tysiąca innych budynków w okolicy. Tsunami tu nie dotarło. Dlatego nie dotarła też pomoc. Przecież w pękniętych domach można mieszkać. Trzy i pół roku później Ken Komatsu i Satoko Noguchi z Habitat for Humanity pokazują mi, jak pęknięcia oczyścić, wygładzić i zaszpachlować betonową masą rozrobioną ręcznie w wąskiej uliczce przed domem. Poczekać, aż wyschnie, i pomalować. Habitat organizuje wolontariuszy, którzy wstawiają szyby, kładą dachówki i rozrabiają farby. Na początku pomagali tam, gdzie to było najpilniejsze. Ostatnio przenieśli się w głąb lądu, gdzie pomoc dociera rzadziej. Od 2011 roku 6382 wolontariuszy pomogło 651 rodzinom.


Ken mówi to samo co Rob: coraz więcej organizacji pozarządowych wycofuje się z terenów dotkniętych katastrofą, coraz trudniej o pomoc. Habitat zrobił więc pilotażowy projekt, w którym zbudował dom od zera przy pomocy wolontariuszy. - Na pomysł wpadliśmy podczas konsultacji w sprawie napraw domów - opowiada Ken. - Rozmawiamy z ludźmi w osiedlach tymczasowych, ogłaszamy się w gazetach, rozdajemy ulotki. W ten sposób dowiedział się o nas pan Morimasa z nadmorskiej wioski Ofunato. Mieszkał z 92-letnią matką w domach tymczasowych. Matka uratowała się przed tsunami, odjeżdżając ostatnim autobusem z domu starców. Kierowca nie mógł wrócić po tych, którzy zostali. Zginęło 60 osób. Morimasa, z zawodu stolarz, wiedział, że jedyną opcją dla nich dwojga będzie przeniesienie się z tymczasowego osiedla do domów z preferencyjnym czynszem. Ale taki czynsz rząd oferuje na kilka, może kilkanaście lat. Morimasa, 60-latek, który od dwóch dekad ma problemy ze zdrowiem i nie może wykonywać stolarskiej roboty, tylko dorabia przy połowach ostryg, wiedział, że nie będzie mógł płacić pełnego czynszu. Ale miał kawałek własnej ziemi. Na zielonych terenach. Postanowił, że sam zbuduje dom. Zgłosił się do Habitatu.

- Stwierdziliśmy, że warto spróbować - mówi Ken - jak wyjdzie, to cały know-how o tym, jak wybudować dom od zera przy pomocy wolontariuszy, możemy udostępnić innym organizacjom pozarządowym. Wszyscy wiemy, że w Japonii najdalej za kilkadziesiąt lat znowu będzie wielkie trzęsienie ziemi. Pojawiają się regularnie, przynajmniej raz na sto lat.

[Obrazek: z10883603Q,Apokaliptyczny_obraz_japonski...zonych.jpg]

Ken przygotował prezentację. Na jednej z fotek zniszczony przez tsunami dom Morimasy. Na innej - puste pole w nabrzeżnej wiosce Ofunato (w 2011 zalanej przez 26-metrową falę) należące do Morimasy. Na kolejnej kilkudziesięciu ludzi w niebieskich T-shirtach przed drewnianą konstrukcją. Wykresy pokazują, że dom kosztował 7,5 miliona jenów (230 tysięcy złotych). Z tego 2 miliony dołożył rząd (z pieniędzy przeznaczonych dla poszkodowanych w katastrofie z 2011 roku), 2 miliony samorząd, a milion uzyskano z dotacji za korzystanie z ekologicznych rozwiązań. Habitat pomógł załatwić papierkową robotę, dostarczył wolontariuszy, architekta i profesjonalistów, którzy położyli rury, dach i poprowadzili elektrykę. Przez rok ponad 300 osób z całego świata przyjeżdżało do Morimasy na dzień, dwa lub trzy i gipsowało, tynkowało, malowało, ocieplało i układało dachówki.

- Wcześniej Morimasa sam o sobie mówił "nieśmiały facet" - Ken nadzorował projekt od samego początku. Widział, jak Morimasa się zmienia. - Z nikim się nie przyjaźnił, niespecjalnie się do kogokolwiek odzywał. Sąsiedzi uważali go za odludka oderwanego od rzeczywistości. Kiedy pojawili się pierwsi wolontariusze, Morimasa nie wiedział, jak się do nich odezwać, stał z boku z oczami wbitymi w ziemię. A tego lata zdecydował, że odnowi zaniedbaną po tsunami tradycję puszczania latarni na święto zmarłych. Przyszło całe Ofunato. Morimasa staje się liderem. Ostatnio w ogrodzie swojego nowego domu urządził grill party dla wszystkich mieszkańców Ofunato.

- Nie mam wątpliwości, że to, co się wydarzyło, odmieniło życie Morimasy - Ken włącza ostatni slajd w prezentacji - ma własny dom, którego koszty budowy udało nam się obniżyć o połowę dzięki pomocy wolontariuszy. Pozostaje pytanie: w ciągu roku w sumie 300 wolontariuszy wybudowało jeden dom. Pomogliśmy jednej rodzinie. Dobrze zrobiliśmy?

Ćwiczenie V. Ciało Yuny

- Na imię mam Norio. Nazywam się Kimura. Chcesz usłyszeć o tym dniu?

Siedziałem na pace ciężarówki i gumowym szlauchem myłem świnie. Pracowałem na farmie w miejscowości Okuma. Zatrzęsło tak silnie, że nie mogłem zejść z samochodu na ziemię. Tylko kucnąłem, trzymając się barierki. Kiedy ziemia stanęła, poszedłem do telefonu. Komórek nigdy nie mamy przy sobie, zostawiamy je w samochodach. Linia była odcięta. Stwierdziłem, że skoro 40-letnie budynki na farmie ciągle stoją, to mój nowy dom też musi stać. Moja rodzina jest bezpieczna, wszystko będzie w porządku, pomyślałem, i razem z innymi zabrałem się do sprzątania. Świnie powpadały do dołów kloacznych, część z nich już nie żyła. Wyciągaliśmy ich zwłoki przez ponad dwie godziny. Przez radio usłyszeliśmy o nadchodzącym tsunami. Mnie nic nie groziło, farma jest wysoko. Mówili, że tsunami osiągnie maksymalnie trzy metry. Mój dom stał daleko od plaży, na zboczu wysokiego wzgórza. Miałem trzy metry zapasu. Wszystko będzie w porządku, pomyślałem. Wróciłem do pracy. O szóstej po południu wsiadłem w samochód. Do domu miałem dziesięć minut.

Tylko że nie było już domu. Spojrzałem w górę. 50 metrów dalej budynki były nieruszone. Z pewnością pobiegli wyżej, kiedy zobaczyli falę, pomyślałem. Poszedłem na ustalone wcześniej miejsce ewakuacji. Nikogo. Ani żony, ani jednej córki, ani drugiej, ani matki, ani ojca. Może są w szpitalu, pomyślałem.

Nie było ich w szpitalu. Matkę i starszą córkę znalazłem wieczorem w centrum ewakuacyjnym. Wróciłem pod to, co było moim domem. Chodziłem całą noc, wołając: "Otosan, Miyuki, Yuna!". Nikt mi nie odpowiedział. Jedni mówią, że tsunami, które przeszło przez Okumę, miało 14 metrów. Inni, że 20. Jakie to ma znaczenie? Było wyższe niż sosny rosnące na wybrzeżu. Moi sąsiedzi opowiadali, że widzieli wodę przelewającą się nad szczytami drzew. Rano przyszedł do mnie przewodniczący naszej gminy: rząd zarządził ewakuację. Tsunami uszkodziło elektrownię jądrową Fukushima Daiichi. Trzeba myśleć o tych, którzy żyją, Norio.

Wsiadłem z matką i córką w samochód i pojechaliśmy w stronę Tokio. Im więcej wiadomości przychodziło o elektrowni, tym dalej jechaliśmy. Prawie tysiąc kilometrów. Do rodziny mojej żony, do Okayamy. Tam zostawiłem matkę i córkę. Wróciłem z siostrą żony do Okumy. Do końca marca - przez pełne dwa tygodnie - odwiedziliśmy ponad sto centrów ewakuacyjnych w prefekturach Miyagi i Fukushima. Nigdzie śladu po mojej córce, żonie i ojcu. Szwagierce skończył się urlop, ja musiałem zadbać o tych, którzy przeżyli.


49 dni po tsunami zadzwonili do mnie, żebym przyjechał zidentyfikować ciało. Poznałem go po breloczku, który dostał w prezencie od mojej matki. Znaleźli go na polu ryżowym zalanym morską wodą. Ludzie mówią, że widzieli, jak wraca do domu, prawdopodobnie fala porwała go razem z budynkiem. A potem wyrzuciła na pole. Ciało było białą mumią bez żadnych charakterystycznych znaków. Musieli zrobić testy DNA.

W maju znaleźli ciało unoszące się w morzu. Odziane w czarny podkoszulek, 145 centymetrów wzrostu. Pytali, czy to może być moja żona. Niemożliwe, pomyślałem, przecież Miyuki mierzyła 158 centymetrów. Powiedzieli mi, że jeśli ciało długo leży w wodzie, może się skurczyć. Nie poznałem jej. Tożsamość potwierdziły testy DNA.

[Obrazek: z16687932Q,Prace_przy_konstrukcji__scian...idowac.jpg]

Pomiar promieniowania w zniszczonej elektrowni w Fukushimie

3 kwietnia 2011 roku cała Okuma przeniosła się do Aizuwakamatsu, miasta w północno-zachodniej części prefektury Fukushima. Sprawdziłem licznikiem Geigera, że napromieniowanie jest tam trzy razy wyższe niż norma. Moja starsza córka miałaby wychowywać się w takim miejscu? Kupiłem dom wysoko w górach, w Alpach Japońskich. Chcę być samowystarczalny. Kiedy potrzebuję ogrzać dom, idę do lasu narąbać drewna. To zajmuje czas. Tak samo jak szykowanie posiłków. Dzisiaj, kiedy chcesz zjeść obiad, idziesz do supermarketu. Kiedy chcesz włączyć ogrzewanie, naciskasz przycisk. Ludzie ciężko pracują, żeby mieć pieniądze, które pomogą im zaoszczędzić czas. To błędne koło. Pracujesz, żeby wydawać w supermarkecie? A może pracowałbyś mniej i miał godzinę więcej na przygotowanie obiadu razem z dziećmi? W moim domu otworzę hostel i pokażę ludziom, że są inne możliwości. Że można żyć bez podłączenia do prądu z elektrowni atomowej. O tym się nie myśli - skąd się bierze światło w żarówce, na co działa lodówka, pralka, zmywarka. Używa się tego bez zastanowienia. Nie biorę udziału w protestach przeciwko uruchomieniu na nowo elektrowni atomowych. Nie jestem takim typem. Protestuję, zmieniając sposób myślenia ludzi.

Raz w miesiącu wracam do Okumy. Mogę tam wjechać na pięć godzin. Razem z grupą wolontariuszy, policjantami i strażakami zakładamy białe kombinezony. One tak naprawdę nie dają pełnej ochrony. Chodzimy po plaży, zaglądamy pod szczątki domów, zwalone pnie drzew, sterty kamieni. Nie wszystko udaje nam się poruszyć, ale na pięć godzin nie możemy ściągnąć do skażonej strefy maszyny. Pracujemy rękami. Znajdujemy pogięte od wody fotografie, plastikowe zabawki, sztućce i kubki. Mój dom stał trzy kilometry od elektrowni. Promieniowanie przekracza tam normy 400 razy. Martwię się o ludzi, którzy mi pomagają, ale bez nich nie mam szans znaleźć mojej najmłodszej córki. Nie, nie możesz pojechać ze mną. Kobiet przed czterdziestką, które mogą jeszcze urodzić dzieci, nie wpuszczają do zony.

Moja najmłodsza córka miała na imię Yuna. Nazwałem ją od cichego i spokojnego oceanu, który widzimy późnym latem. A była żywą iskierką. Z dziewięciu osób, które zginęły z naszej wioski, trzy należały do mojej rodziny. Tylko ciała Yuny nie odnaleziono. Radzili mi, żebym ogłosił jej śmierć. Dostałbym odszkodowanie, a Okuma zamknęłaby listę zaginionych. Ale cyfra jeden przy nazwie Okuma przypomina wszystkim o tym, co się tu wydarzyło w marcu 2011 roku.

Góry się walą, rzeki zasypują, morze się przechyla i ląd przykrywa.
Ziemia pęka, woda tryska, skały rozłupują, staczają w doliny.
Fale porywają łodzie płynące przy brzegu, a idące drogą konie
tracą grunt pod kopytami.
Nie pozostało ani jednej świątyni czy wieży

Kamo no Chomeia, "Zapiski z szałasu", 1212 r., tłumaczenie Mikołaj Melanowicz

wyborcza.pl

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości