- nie idź tam nigdy-
mawiała mi mama
- tam ciemno, tam zły cię złapie,-
- pod ziemie zabierze.-
dodawał tatko, stawiając stolik na piwnicznej klapie.
Mama też nigdy tam nie schodziła.
Tatko ją prosił- to się broniła.
- tam ciemno, jedyne światło .... ze szpary pieca,
tam dźwięki jakieś, jak dziecka łkanie.
- głupiaś kobieto-
Tak mawiał tata,
- ten piec nas grzeje, a dzieci tam żadne w podziemiach nie łkają...
To rury wodne czasami tak grają.-
Mama jak zawsze mnie przytulała.
Od wielkiej klapy mnie zabierała.
-Błagam cię synu, ja coś słyszałam, ja już w to wierzę.
Tam zły się czai, a ja się boje, że cię nam zabierze.-
Słuchałem się mamy, zawsze jej słowa ja pamiętałem.
Od wielkiej, tej w kuchni piwnicznej klapy,
bardzo z daleka się ja trzymałem.
Pewnego razu, w noc letnią upalną,
ze snu coś mnie dziwnego zerwało.
Cały spocony, pić mi się chciało.
W mieszkaniu ciemno tylko przez okna, światełko księżyca.
Do wstania... odwagę dzieciaka podsyca.
Wstałem, ja tylko się w kuchni,
szklanki wody napić chciałem.
Lecz co ja widzę... stolik na stronę jest odsunięty,
klapa otwarta.
W środku nie ciemność a lekkie światełko.
- Hey, zejdź na dół, tu pełno pyszności.--
-- jest czekolada, są soki, banany, --
-- jestem tu z tatą, się objadamy-
Uspokojony... to był głos mamy.
Zrobiłem to, czego zrobić nie miałem.
Zszedłem tam, na dół.
Światłość zniknęła. Klapa się sama też zatrzasnęła.
Lekkie czerwone światełko z pieca i jakby ze ściany
dziecinne łkanie.
Potem on przyszedł...
Nawet już nie wiem, czy to bolało.
Byłem szarpany, porwana była cała pidżama.
Porozrywane mięśnie i skóra.
Gdy byłem już martwy... płacz mamy słyszałem.
Minęły lata, długie już nawet dziesięciolecia.
Ja cięgle wychodzę nocami z piwnicy.
Chodzę po domu, szukam rodziny.
Dawno zabity, dusza samotna.
Od lat już puste jest to mieszkanie.
Mama zgasła już dawno,
z rozpaczy, tak powolutku...
Ojciec gdzieś zniknął... rozpił się w smutku.
Wiem, że ich nie ma, a ja...
Jestem bez ciała, a ciągle istnieję.
Dusza nie płacze a łzy, złość zastąpiła.
Wiem, już stanie się to niebawem.
Przestane szukać zaginionego szczęścia.
Stałem się inny, teraz to ja chcę zadać cierpienie.
Ktoś się tu wprowadzi.
Będzie miał dziecko... ja muszę je schwytać.
Je zabić... to me wybawienie.
To zła jest łańcuch.
Tak się zrodziło i moje cierpienie.
Ten dom, ta piwnica...
Tam piekieł są wrota.