Też taka waga była gdy pracowałam w sklepie, też na papierze liczone pod warunkiem, że jak towar było trzeba
zapakować, to właśnie w ten papier z rachunkiem aby kupujący miał pewność, że go nie oszukano

Taki sam też cyrk był z zakupami kierowniczki i chyba też Społem, w każdym bądź razie, sklep samoobsługowy.
Ale to nie był jak dzisiejsze samoobsługowe lecz oddzielne stoiska do wszystkiego. Oddzielnie nabiał(ja pracowałam
w nabiałowym), warzywa, mięso, itd.
Ser obkrajały i sprzedawały jako świeży.
Kapsle na butelkach od mleka zmieniały.
Stary chleb w skrzynkach, polewały wiadrami wody, zakrywały wielką grubą folią i weekend zostawiały przy
kaloryferze a w poniedziałek sprzedawały jako świeżutki i jeszcze gorący.
Kradły mleko w proszku(odsypywały).
Twaróg jak śmierdział, to pod wodę.
Z chlebem miałam incydent, bo wiadomo, jak na próbnym, to przynieś, podaj, pozamiataj a więc z rana zawsze
kierowniczka kazała mi umyć podłogę na zapleczu. Tak sobie myślałam, po jakie licho w poniedziałek rano mam to robić.
Ale faktycznie, za każdym razem, w poniedziałek(a czasem i w inne dni), przy kaloryferze była kałuża wody.
Zgłosiłam to raz, dwa, trzeci raz i dziesiąty a one patrzyły na siebie i się głupio uśmiechały ale trafiłam na jedną
bardziej życzliwą i po cichu powiedziała o co chodzi a ja durna zgłaszałam, że kaloryfer cieknie.

Jak ktoś nie zrozumie skąd ta woda, to wyjaśnię- od polewania chleba wiadrami wody.
"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"