Lubię brzmienie gitary i to każdej. Chociaż jeśli chodzi o klasyczną to zdecydowanie bardziej wolę ją słyszeć w muzyce flamenco niż w klasycznej. Brzmienie pudła (dobrego) potrafi przyprawić mnie o ciarki, ale i gitarą elektryczną nie gardzę.
Z wirtuozerią na gitarze akustycznej i klasycznej zetknąłem się po raz pierwszy, gdy trafiłem na płytę "Friday night in San Francisco", a samą płytą zainteresowałem się, bo grał na niej mój ulubiony John McLaughlin. Po prostu odpadłem, kilka dni zbierałem szczękę z podłogi. To było tak fantastyczne, tak piękne, tak lekkie jednocześnie, że zajechałem kasetę na maksa (teraz mam to na płycie CD). Dzięki temu nagraniu zacząłem interesować się resztą tego tria i Paco de Lucią. I tak wsiąknąłem w gitarę klasyczną i flamenco. Panowie bardzo długo koncertowali ze sobą tworząc podobny klimat jak na magicznej "Friday...". Dwóch jazzmanów i flamencowiec - mieszanka piorunująca.
Grają od lewej: ś.p. Paco De Lucia, Al Di Meola, John McLaughlin...
A tutaj wspomniana przeze mnie płyta, która wywarła na mnie takie wrażenie: