14-12-2015, 12:19
Deska ratunku
Na odpowiedź Kościoła katolickiego nie trzeba było długo czekać. Fala katolickiej kontrreformacji przyniosła ze sobą powódź literatury poświęconej spowiedzi i przebaczeniu. Sobór Trydencki wzmocnił katolickie stanowisko w tych sprawach, a nawet zobowiązał w istotny sposób swoich wiernych. "Wszyscy wierni obojga płci - głosiła jedna z synodalnych konstytucji - po dojściu do wieku rozeznania, powinni osobiście przynajmniej raz w roku wiernie wyznać wszystkie swoje grzechy własnemu kapłanowi".
Co interesujące, to właśnie w tym czasie Kościół położył tak silny akcent na spowiedź. Po Soborze Trydenckim wprowadzono nawet specjalny mebel, który miał służyć tylko jej - konfesjonał. Jak pisał francuski historyk Jean Delumeau, "kler katolicki od XVI do XIX wieku nie ustaje w pochwałach spowiedzi". W rozlicznych teologicznych dziełach nazywano ją "pewnym sposobem" na zbawienie i "deską ratunku rzuconą na fale", zaś teologowie moralni grzęźli w drobiazgowych analizach ludzkiej grzeszności. I chyba niewiele zmieniło się w tej sprawie do dziś.
Komunistyczna spowiedź
Gdzieś jeszcze w czasach nowożytnych pojawili się ludzie, którzy również myśleli o zbawieniu. Ale - wbrew ubogiemu cieśli z Nazaretu - nie pojmowali go na sposób religijny. Nie oczekiwali grzmotu niebiańskich trąb i nie wypatrywali szarżujących na piekielną armię zastępów anielskich. Tak, chcieli Królestwa Bożego, ale z jedną, choć istotną, różnicą. Pragnęli go tu, na Ziemi. Świadomie bądź nie - to ostatecznie dla historii bez znaczenia - replikowali soteriologiczny mit, choć nadali mu świecką i - co tutaj najważniejsze - polityczną postać. Jedni z ich rozlicznych kontynuatorów przejęli władzę w 1918 roku w stetryczałej carskiej Rosji. Myślę rzecz jasna o bolszewikach, którzy rozpoczęli marsz komunizmu przez kulę ziemską.
Komunizm nie był tylko doktryną polityczną. Każdy, kto ogranicza go tylko do pewnej określonej koncepcji życia społecznego, politycznego i ekonomicznego traci wiele z jego istoty. Był całościową wizją świata, która dostarczała jego wyznawcom pełnej interpretacji rzeczywistości. Mniejsza o to, czy prawdziwej, bo nie to jest tu ważne. Krótko mówiąc - był religią, nawet jeśli jego sacrum było wątpliwej proweniencji. "Wszystkie cechy ludowej religijności - pisał w 'Głównych nurtach marksizmu' Leszek Kołakowski o komunistycznej celebrze - wróciły w zniekształconej postaci: ikony, procesje, modły zbiorowe, spowiedź (zwana samokrytyką), kult relikwii".
Spowiedź przeobraziła się - jak zauważył filozof - w samokrytykę. Nazwa była inna, ale sens - w pewnym strukturalnym sensie - ten sam. Nie chodzi rzecz jasna o to, że komuniści chcieli stanąć bliżej Boga, bo przecież marksizm-leninizm był zapiekłym ateizmem. Rzecz w tym, że posłużyli się oni tą techniką po to, by stać się doskonałymi komunistami. Właśnie w tym leżał sens ponurych sesji samokrytyki, które - podobnie jak w wielu wczesnochrześcijańskich wspólnotach - były publiczne. Ludzie spowiadali się na nich przed "kolektywem" - członkami komórki partyjnej, kolegami i koleżankami z pracy itd. - z różnych "uchybień", które zaświadczają o tym, że nie są jeszcze dobrymi komunistami. Tak naprawdę, wyznawali grzechy. A po wszystkim - jeśli tylko nie rozdeptał ich obcas partii - obiecywali poprawę.
![[Obrazek: wiki_spowiedz_350.jpeg]](http://i.wp.pl/a/f/jpeg/35889/wiki_spowiedz_350.jpeg)
Spowiedź wraca jako farsa
W różnych komunistycznych krajach partyjna "góra" bardzo doceniała moc samokrytyki. Więcej - przyznawała jej kluczowe znaczenie w lepieniu nowej komunistycznej ludzkości. Mao Zedong pisał w "Czerwonej książeczce": "Jeszcze jedną istotną cechą różniącą nas od innych partii politycznych jest sumienna samokrytyka. Mówiliśmy już, że izbę należy stale zamiatać, bo inaczej nagromadzą się w niej śmieci; należy regularnie myć się, inaczej twarz pokryje się także brudem. W umysłach naszych towarzyszy i w pracy naszej partii również może gromadzić się brud, i dlatego trzeba je czyścić i myć". Ale świadomy doniosłości samokrytyki był też Bolesław Bierut, który na kartach broszury "O właściwy rozwój i wzrost kadr partyjnych" przekonywał, że samokrytyka to "niezastąpiony oręż zarówno w działalności partii jak i w postępowaniu każdego jej członka" i w ogóle w "naszej walce codziennej o przeobrażenie życia, o wykarczowanie starych nałogów i stosunków, w walce z oportunizmem i sekciarstwem, z przeżytkami starej ideologii w psychice ludzkiej".
Nie chciałbym, by Czytelnik odniósł wrażenie, że zrównuję tu komunistyczną samokrytykę z chrześcijańską spowiedzią. Nie zapominam, że komunistyczne seanse publicznych samooskarżeń nie zawsze kończyły się "wybaczeniem" kolektywu, partii czy wodza. Skruszony chrześcijanin mógł zawsze liczyć na odpuszczenie grzechów, jeśli tylko jego skrucha była w oczach spowiednika autentyczna. Komunista nie mógł mieć stuprocentowej pewności, że absolucja zostanie mu udzielona. Ponadto, samokrytyki często też upadlały, bo ludzie składali je nie dlatego, że byli przekonani o swojej winie, ale - po prostu - zdawali sobie sprawę z tego, że muszą mówić o sobie w określony sposób, by zachować swoją pozycję, a niekiedy i wiele więcej.
Niemniej, tak chrześcijańska spowiedź, jak i komunistyczna samokrytyka, pozostają interesującym przykładem mechanizmu władzy - w pierwszym przypadku duchownej, w drugim politycznej - którą utrzymuje się również dzięki temu, że jej przedmiot poddaje się autokontroli.
Robert Jurszo dla Wirtualnej Polski
Podczas pisania korzystałem m.in. z książki "Główne nurty marksizmu" Leszka Kołakowskiego i "Wyznanie i przebaczenie. Historia spowiedzi" Jeana Delumeau oraz artykułu "Szafarz sakramentu pokuty i pojednania. Rys historyczny" ks. Jacka Szymańskiego.
Na odpowiedź Kościoła katolickiego nie trzeba było długo czekać. Fala katolickiej kontrreformacji przyniosła ze sobą powódź literatury poświęconej spowiedzi i przebaczeniu. Sobór Trydencki wzmocnił katolickie stanowisko w tych sprawach, a nawet zobowiązał w istotny sposób swoich wiernych. "Wszyscy wierni obojga płci - głosiła jedna z synodalnych konstytucji - po dojściu do wieku rozeznania, powinni osobiście przynajmniej raz w roku wiernie wyznać wszystkie swoje grzechy własnemu kapłanowi".
Co interesujące, to właśnie w tym czasie Kościół położył tak silny akcent na spowiedź. Po Soborze Trydenckim wprowadzono nawet specjalny mebel, który miał służyć tylko jej - konfesjonał. Jak pisał francuski historyk Jean Delumeau, "kler katolicki od XVI do XIX wieku nie ustaje w pochwałach spowiedzi". W rozlicznych teologicznych dziełach nazywano ją "pewnym sposobem" na zbawienie i "deską ratunku rzuconą na fale", zaś teologowie moralni grzęźli w drobiazgowych analizach ludzkiej grzeszności. I chyba niewiele zmieniło się w tej sprawie do dziś.
Komunistyczna spowiedź
Gdzieś jeszcze w czasach nowożytnych pojawili się ludzie, którzy również myśleli o zbawieniu. Ale - wbrew ubogiemu cieśli z Nazaretu - nie pojmowali go na sposób religijny. Nie oczekiwali grzmotu niebiańskich trąb i nie wypatrywali szarżujących na piekielną armię zastępów anielskich. Tak, chcieli Królestwa Bożego, ale z jedną, choć istotną, różnicą. Pragnęli go tu, na Ziemi. Świadomie bądź nie - to ostatecznie dla historii bez znaczenia - replikowali soteriologiczny mit, choć nadali mu świecką i - co tutaj najważniejsze - polityczną postać. Jedni z ich rozlicznych kontynuatorów przejęli władzę w 1918 roku w stetryczałej carskiej Rosji. Myślę rzecz jasna o bolszewikach, którzy rozpoczęli marsz komunizmu przez kulę ziemską.
Komunizm nie był tylko doktryną polityczną. Każdy, kto ogranicza go tylko do pewnej określonej koncepcji życia społecznego, politycznego i ekonomicznego traci wiele z jego istoty. Był całościową wizją świata, która dostarczała jego wyznawcom pełnej interpretacji rzeczywistości. Mniejsza o to, czy prawdziwej, bo nie to jest tu ważne. Krótko mówiąc - był religią, nawet jeśli jego sacrum było wątpliwej proweniencji. "Wszystkie cechy ludowej religijności - pisał w 'Głównych nurtach marksizmu' Leszek Kołakowski o komunistycznej celebrze - wróciły w zniekształconej postaci: ikony, procesje, modły zbiorowe, spowiedź (zwana samokrytyką), kult relikwii".
Spowiedź przeobraziła się - jak zauważył filozof - w samokrytykę. Nazwa była inna, ale sens - w pewnym strukturalnym sensie - ten sam. Nie chodzi rzecz jasna o to, że komuniści chcieli stanąć bliżej Boga, bo przecież marksizm-leninizm był zapiekłym ateizmem. Rzecz w tym, że posłużyli się oni tą techniką po to, by stać się doskonałymi komunistami. Właśnie w tym leżał sens ponurych sesji samokrytyki, które - podobnie jak w wielu wczesnochrześcijańskich wspólnotach - były publiczne. Ludzie spowiadali się na nich przed "kolektywem" - członkami komórki partyjnej, kolegami i koleżankami z pracy itd. - z różnych "uchybień", które zaświadczają o tym, że nie są jeszcze dobrymi komunistami. Tak naprawdę, wyznawali grzechy. A po wszystkim - jeśli tylko nie rozdeptał ich obcas partii - obiecywali poprawę.
![[Obrazek: wiki_spowiedz_350.jpeg]](http://i.wp.pl/a/f/jpeg/35889/wiki_spowiedz_350.jpeg)
Spowiedź wraca jako farsa
W różnych komunistycznych krajach partyjna "góra" bardzo doceniała moc samokrytyki. Więcej - przyznawała jej kluczowe znaczenie w lepieniu nowej komunistycznej ludzkości. Mao Zedong pisał w "Czerwonej książeczce": "Jeszcze jedną istotną cechą różniącą nas od innych partii politycznych jest sumienna samokrytyka. Mówiliśmy już, że izbę należy stale zamiatać, bo inaczej nagromadzą się w niej śmieci; należy regularnie myć się, inaczej twarz pokryje się także brudem. W umysłach naszych towarzyszy i w pracy naszej partii również może gromadzić się brud, i dlatego trzeba je czyścić i myć". Ale świadomy doniosłości samokrytyki był też Bolesław Bierut, który na kartach broszury "O właściwy rozwój i wzrost kadr partyjnych" przekonywał, że samokrytyka to "niezastąpiony oręż zarówno w działalności partii jak i w postępowaniu każdego jej członka" i w ogóle w "naszej walce codziennej o przeobrażenie życia, o wykarczowanie starych nałogów i stosunków, w walce z oportunizmem i sekciarstwem, z przeżytkami starej ideologii w psychice ludzkiej".
Nie chciałbym, by Czytelnik odniósł wrażenie, że zrównuję tu komunistyczną samokrytykę z chrześcijańską spowiedzią. Nie zapominam, że komunistyczne seanse publicznych samooskarżeń nie zawsze kończyły się "wybaczeniem" kolektywu, partii czy wodza. Skruszony chrześcijanin mógł zawsze liczyć na odpuszczenie grzechów, jeśli tylko jego skrucha była w oczach spowiednika autentyczna. Komunista nie mógł mieć stuprocentowej pewności, że absolucja zostanie mu udzielona. Ponadto, samokrytyki często też upadlały, bo ludzie składali je nie dlatego, że byli przekonani o swojej winie, ale - po prostu - zdawali sobie sprawę z tego, że muszą mówić o sobie w określony sposób, by zachować swoją pozycję, a niekiedy i wiele więcej.
Niemniej, tak chrześcijańska spowiedź, jak i komunistyczna samokrytyka, pozostają interesującym przykładem mechanizmu władzy - w pierwszym przypadku duchownej, w drugim politycznej - którą utrzymuje się również dzięki temu, że jej przedmiot poddaje się autokontroli.
Robert Jurszo dla Wirtualnej Polski
Podczas pisania korzystałem m.in. z książki "Główne nurty marksizmu" Leszka Kołakowskiego i "Wyznanie i przebaczenie. Historia spowiedzi" Jeana Delumeau oraz artykułu "Szafarz sakramentu pokuty i pojednania. Rys historyczny" ks. Jacka Szymańskiego.


