10-08-2015, 15:54
Zaintrygował mnie pewien artykuł w sieci, napisany przez Łukasza Orbitowskiego, pisarza i publicystę.
Podzielę się fragmentem z Wami i chciałabym dowiedzieć się, jak Wy zapatrujecie się na przeszłość swego partnera?
Czy macie z tym problem i urządzacie sceny zazdrości czy raczej nie zastanawiacie się nad tym co było?
Pan Łukasz napisał:
Problem z bujną przeszłością aktualnej partnerki wydaje mi się pochodną dość barbarzyńskiego spojrzenia na życie erotyczne mężczyzn i kobiet. Facet, który miał wiele miłosnych przygód, mówiąc wulgarnie zaliczał dziewczynę za dziewczyną, budzi zazdrość, a nawet cieszy się szacunkiem. Dziewczynę, która prowadzi analogiczne życie, czyli cieszy się seksem z dużą ilością partnerów, klasyfikuje się jako puszczalską i kurwiszona, co oczywiście jest krzywdzące. Każdy ma prawo do życia erotycznego w kształcie, jakiego potrzebuje. Jednemu starcza żona, drugiemu żona i kochanek dziesięć, a jakaś kobieta ma prawo zaprosić do łóżka całą drużynę piłki nożnej, łącznie z trenerem i rezerwowymi. Jej sprawa, a nam nic do tego.
Być może żyję na jakiejś cudacznej wyspie, ale naprawdę w moim otoczeniu mało kto ma z tym problem. W pradawnych czasach, kiedy miałem jeszcze dziewczynę, czasem pijałem sobie piwko z jej byłym, długoletnim chłopakiem i jeśli pamięć mnie nie myli, ów sympatyczny człowieczyna bywał nawet u nas w domu. Lubiliśmy się, a rzeczona koleżanka nigdy nie była tematem naszych rozmów, ani obiektem zazdrości. Z kolei, niedawno wpadłem na urodziny do koleżanki, gdzie świetnie bawiłem się w towarzystwie jej trzech byłych facetów oraz aktualnego. Mimo że żyjemy w Polsce, obeszło się bez scen zazdrości.
Nie wiem, dlaczego liczba partnerów seksualnych w przeszłości, czy też iloczyn stosunków może mieć jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek. Być może chodzi o próbę zawłaszczenia drugiego człowieka. O traktowanie go jak rzecz. To całkiem możliwe. Niemniej, seksualna przeszłość nie jest przeszłością jedyną.
Prawda jest prosta. Każdy z nas uczynił coś złego w swoim życiu. Zdradził przyjaciela albo został kanarem. Gdy sam myślę o swoich złych uczynkach, to kulę się ze wstydu, jak wesz łonowa umykająca przed szamponem. Boję się, że prawda wyjdzie na jaw, że ludzie się dowiedzą, a ja zostanę sam, opuszczony przez wszystkich. Drżąc, strzegę swoich tajemnic. Wiem, że zawsze mogą wyjść na jaw. Większość ludzi, z pewnością, ma podobnie. Każdy z nas zrobił coś złego. Każdy się czegoś wstydzi. To płaszczyzna, łącząca mnie i ciebie.
Dlatego, gdy wiążemy się z drugim człowiekiem, powinniśmy to zrobić nie zwracając uwagi na jego przeszłość. Bywa to trudne, lecz innego wyjścia próżno szukać. Nie obchodzi mnie, czy moja wybranka była portową dziwką, zakonnicą, albo pracowała na dwa etaty w klinice aborcyjnej. Interesuje mnie jedynie to, kim stała się wskutek tego doświadczenia. Jest dobra czy zła? Solidna czy leniwa? Mogę na nią liczyć, czy też wprost przeciwnie? Przecież na tej wiedzy, nie żadnej innej, zbudujemy wspólne życie.
Drugiemu człowiekowi przynależy prawo do przeszłości (idzie za tym rzecz mniej przyjemna, czyli ponoszenie konsekwencji własnych czynów), ale i prawo do tajemnicy. Jeśli ktoś – przyjaciel, żona, dziewczyna, kochanka – chce pewne rzeczy z przeszłości zostawić dla siebie, muszę to uszanować. Mało tego, nie powinienem nawet drążyć motywów dla których coś ukrywa. Ze strachu? Ze wstydu? Z nieufności? A do diabła z tym!
W zamian oczekuję dokładnie tego samego, czyli prawa do swoich tajemnic i swojej przeszłości, którą będę rozliczał ja, nikt inny. Nikt nie ma prawa oceniać tego, co należy do mojej przeszłości, łącznie z żałosnymi przejawami aktywności erotycznej. No dobrze. Śmiać się z niej możecie, jeśli to wam poprawi humor.
Ludowe powiedzonko głosi „Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”. To mądre słowa. Warto ich posłuchać.
Podzielę się fragmentem z Wami i chciałabym dowiedzieć się, jak Wy zapatrujecie się na przeszłość swego partnera?

Czy macie z tym problem i urządzacie sceny zazdrości czy raczej nie zastanawiacie się nad tym co było?
Pan Łukasz napisał:
Problem z bujną przeszłością aktualnej partnerki wydaje mi się pochodną dość barbarzyńskiego spojrzenia na życie erotyczne mężczyzn i kobiet. Facet, który miał wiele miłosnych przygód, mówiąc wulgarnie zaliczał dziewczynę za dziewczyną, budzi zazdrość, a nawet cieszy się szacunkiem. Dziewczynę, która prowadzi analogiczne życie, czyli cieszy się seksem z dużą ilością partnerów, klasyfikuje się jako puszczalską i kurwiszona, co oczywiście jest krzywdzące. Każdy ma prawo do życia erotycznego w kształcie, jakiego potrzebuje. Jednemu starcza żona, drugiemu żona i kochanek dziesięć, a jakaś kobieta ma prawo zaprosić do łóżka całą drużynę piłki nożnej, łącznie z trenerem i rezerwowymi. Jej sprawa, a nam nic do tego.
Być może żyję na jakiejś cudacznej wyspie, ale naprawdę w moim otoczeniu mało kto ma z tym problem. W pradawnych czasach, kiedy miałem jeszcze dziewczynę, czasem pijałem sobie piwko z jej byłym, długoletnim chłopakiem i jeśli pamięć mnie nie myli, ów sympatyczny człowieczyna bywał nawet u nas w domu. Lubiliśmy się, a rzeczona koleżanka nigdy nie była tematem naszych rozmów, ani obiektem zazdrości. Z kolei, niedawno wpadłem na urodziny do koleżanki, gdzie świetnie bawiłem się w towarzystwie jej trzech byłych facetów oraz aktualnego. Mimo że żyjemy w Polsce, obeszło się bez scen zazdrości.
Nie wiem, dlaczego liczba partnerów seksualnych w przeszłości, czy też iloczyn stosunków może mieć jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek. Być może chodzi o próbę zawłaszczenia drugiego człowieka. O traktowanie go jak rzecz. To całkiem możliwe. Niemniej, seksualna przeszłość nie jest przeszłością jedyną.
Prawda jest prosta. Każdy z nas uczynił coś złego w swoim życiu. Zdradził przyjaciela albo został kanarem. Gdy sam myślę o swoich złych uczynkach, to kulę się ze wstydu, jak wesz łonowa umykająca przed szamponem. Boję się, że prawda wyjdzie na jaw, że ludzie się dowiedzą, a ja zostanę sam, opuszczony przez wszystkich. Drżąc, strzegę swoich tajemnic. Wiem, że zawsze mogą wyjść na jaw. Większość ludzi, z pewnością, ma podobnie. Każdy z nas zrobił coś złego. Każdy się czegoś wstydzi. To płaszczyzna, łącząca mnie i ciebie.
Dlatego, gdy wiążemy się z drugim człowiekiem, powinniśmy to zrobić nie zwracając uwagi na jego przeszłość. Bywa to trudne, lecz innego wyjścia próżno szukać. Nie obchodzi mnie, czy moja wybranka była portową dziwką, zakonnicą, albo pracowała na dwa etaty w klinice aborcyjnej. Interesuje mnie jedynie to, kim stała się wskutek tego doświadczenia. Jest dobra czy zła? Solidna czy leniwa? Mogę na nią liczyć, czy też wprost przeciwnie? Przecież na tej wiedzy, nie żadnej innej, zbudujemy wspólne życie.
Drugiemu człowiekowi przynależy prawo do przeszłości (idzie za tym rzecz mniej przyjemna, czyli ponoszenie konsekwencji własnych czynów), ale i prawo do tajemnicy. Jeśli ktoś – przyjaciel, żona, dziewczyna, kochanka – chce pewne rzeczy z przeszłości zostawić dla siebie, muszę to uszanować. Mało tego, nie powinienem nawet drążyć motywów dla których coś ukrywa. Ze strachu? Ze wstydu? Z nieufności? A do diabła z tym!
W zamian oczekuję dokładnie tego samego, czyli prawa do swoich tajemnic i swojej przeszłości, którą będę rozliczał ja, nikt inny. Nikt nie ma prawa oceniać tego, co należy do mojej przeszłości, łącznie z żałosnymi przejawami aktywności erotycznej. No dobrze. Śmiać się z niej możecie, jeśli to wam poprawi humor.
Ludowe powiedzonko głosi „Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”. To mądre słowa. Warto ich posłuchać.


