19-10-2024, 16:00
Dzisiejszy wpis nie powinien się tutaj zjawić, jednak zaistniało coś, co mnie skłania do zmiany postanowienia.
Wracam więc do roku 1983 lub 1984.
Było lato i całą rodziną wybraliśmy się do rodziny męża na wiejskie wesele- niedaleko Dobrego Miasta.
Biesiada weselna na jakieś 50 osób, jadło i napitek jak na dworze królewskim.
Sałatka jarzynowa, ryby różne, wędliny, szynki no i król polskich stołów czyli bigos.
Na odjezdne, szwagierka dała nam do bagażnika dwa słoje - takie 3 litrowe... w jednym sałatka a w drugim bigos.
Po powrocie do domu- dzieciaki wsiadły w sałatkę a ja- zmęczona- już nic nie chciałam.
Ale mąż przyniósł mi sporą porcję bigosu i powiedział : Jutro na nockę przygotowałem ci słoik z bigosem. jest w lodówce.
Po co ? Przecież jutro do pracy sama mogłam sobie jedzenie przygotować.
To dziwne. Pierwszy raz po wielu latach małżeństwa- był taki opiekuńczy.
Około północy obudziły mnie silne bóle w dole brzucha. Ale dopiero rano mąż wezwał pogotowie.
Zawieźli mnie na izbę przyjęć do gdyńskiego szpitala. Pobrali krew i zbadali też mocz.
W pustej salce z cewnikiem i kroplówką- przeleżałam kilka godzin. Pytam się lekarza kiedy mnie puszczą, bo ja muszę na nockę do pracy.
A on, że do pracy się nie nadaję bo właśnie odebrał wyniki i w moim moczu,
stan jakiś azotanów czy innego diabelstwa (nie pamiętam nazwy),
jest prawie dziesięciokrotnie więcej niż powinno być i spytał, co ostatnio jadłam lub piłam.
Powiedziałam, że wieczorem trochę bigosu, a on na to, żebym taki bigos wywaliła i nikomu nie pozwoliła go jeść bo może się coś złego zdarzyć.
Zapisał lekarstwa, wystawił L-4 na kilka dni i kazał dużo pić i często.... sikać .
"Niech pani sama sobie przygotowuje posiłki, bo te pani wyniki to trochę podejrzana sprawa" .
Było po dwudziestej gdy z chylońskiego dworca zadzwoniłam na nastawnię aby powiadomić, że nie przyjdę do pracy.
Okazało się, że już wszyscy wiedzą bo przed południem zadzwonił mój mąż i powiadomił, że jestem w szpitalu.
(Ciekawe skąd wiedział, że w tym szpitalu tak długo potrwa ?)
Do domu odwieźli mnie karetką chociaż czułam się o wiele lepiej.
Byłam głodna i spytałam męża o słoiczek z bigosem, to powiedział, że nie ma, bo chyba dzieciaki zjadły .
Dzieci zaprzeczyły bo swoim zwyczajem dobrały się do słoja z sałatką.
Na to mąż , że mam się położyć i odpoczywać a on zrobi mi coś do picia.
Ja wypiłam pół szklanki kranówy, którą sama sobie nalałam.
Starałam się to zdarzenie wyprzeć z pamięci (jak widać- nie udało się), gdyż podejrzewałam,
że mój wybranek, być może chciał mnie otruć...
Mam nadzieję, że moje podejrzenia nie były uzasadnione... ale lepiej dmuchać na zimne.
Od tej pory do pracy wychodziłam pół godziny wcześniej i prowiant do pracy kupowałam po drodze.
Wracam więc do roku 1983 lub 1984.
Było lato i całą rodziną wybraliśmy się do rodziny męża na wiejskie wesele- niedaleko Dobrego Miasta.
Biesiada weselna na jakieś 50 osób, jadło i napitek jak na dworze królewskim.
Sałatka jarzynowa, ryby różne, wędliny, szynki no i król polskich stołów czyli bigos.
Na odjezdne, szwagierka dała nam do bagażnika dwa słoje - takie 3 litrowe... w jednym sałatka a w drugim bigos.
Po powrocie do domu- dzieciaki wsiadły w sałatkę a ja- zmęczona- już nic nie chciałam.
Ale mąż przyniósł mi sporą porcję bigosu i powiedział : Jutro na nockę przygotowałem ci słoik z bigosem. jest w lodówce.
Po co ? Przecież jutro do pracy sama mogłam sobie jedzenie przygotować.
To dziwne. Pierwszy raz po wielu latach małżeństwa- był taki opiekuńczy.
Około północy obudziły mnie silne bóle w dole brzucha. Ale dopiero rano mąż wezwał pogotowie.
Zawieźli mnie na izbę przyjęć do gdyńskiego szpitala. Pobrali krew i zbadali też mocz.
W pustej salce z cewnikiem i kroplówką- przeleżałam kilka godzin. Pytam się lekarza kiedy mnie puszczą, bo ja muszę na nockę do pracy.
A on, że do pracy się nie nadaję bo właśnie odebrał wyniki i w moim moczu,
stan jakiś azotanów czy innego diabelstwa (nie pamiętam nazwy),
jest prawie dziesięciokrotnie więcej niż powinno być i spytał, co ostatnio jadłam lub piłam.
Powiedziałam, że wieczorem trochę bigosu, a on na to, żebym taki bigos wywaliła i nikomu nie pozwoliła go jeść bo może się coś złego zdarzyć.
Zapisał lekarstwa, wystawił L-4 na kilka dni i kazał dużo pić i często.... sikać .
"Niech pani sama sobie przygotowuje posiłki, bo te pani wyniki to trochę podejrzana sprawa" .
Było po dwudziestej gdy z chylońskiego dworca zadzwoniłam na nastawnię aby powiadomić, że nie przyjdę do pracy.
Okazało się, że już wszyscy wiedzą bo przed południem zadzwonił mój mąż i powiadomił, że jestem w szpitalu.
(Ciekawe skąd wiedział, że w tym szpitalu tak długo potrwa ?)
Do domu odwieźli mnie karetką chociaż czułam się o wiele lepiej.
Byłam głodna i spytałam męża o słoiczek z bigosem, to powiedział, że nie ma, bo chyba dzieciaki zjadły .
Dzieci zaprzeczyły bo swoim zwyczajem dobrały się do słoja z sałatką.
Na to mąż , że mam się położyć i odpoczywać a on zrobi mi coś do picia.
Ja wypiłam pół szklanki kranówy, którą sama sobie nalałam.
Starałam się to zdarzenie wyprzeć z pamięci (jak widać- nie udało się), gdyż podejrzewałam,
że mój wybranek, być może chciał mnie otruć...
Mam nadzieję, że moje podejrzenia nie były uzasadnione... ale lepiej dmuchać na zimne.
Od tej pory do pracy wychodziłam pół godziny wcześniej i prowiant do pracy kupowałam po drodze.
Niektórzy aby żyć- muszą narodzić się po raz drugi...


