03-11-2023, 13:05
Kolejna opowiastka nie podlegająca ocenie.
W całości, jest to mieszanka mojej zwariowanej wyobraźni i dwóch kieliszków wermutu... z całkowitym lekceważeniem interpunkcji.
Jeśli ten wstęp cię jeszcze nie zniechęcił- poczytaj.
„Ósmy dzień tygodnia czyli długo i bez sensu…”
- 1 -
Za górami, za lasami, we wsi wymyślonej żyła sobie pewna starsza pani, która wciąż widziała w sobie mała dziewczynkę.
Miała takie prawo, gdyż we wsi onej od czasów niepamiętnych był zakaz używania zwierciadeł.
Owa starowinka była biedna i samotna ale zawsze uśmiechnięta... Biegała po łące na bosaka i wąchała barwne kwiecie.
Pewnego razu beztrosko hasając wdepnęła w krowi placek.
- O qurna ! –zawołała rozglądając się wokół.
Usta niewinne zacisnęły się w wąską, siną podkówkę a błękitne oczęta, które teraz zrobiły się niczym nocne,
pełne złotych gwiazd niebo, spoczęły na pasącej się przy strumyku- Bogu ducha winnej- krasuli.
Przez siwe i rozczochrane czacho-głowie, myśli mordercze popłynęły wartkim potokiem... i wtedy go znalazła.
Drewniany, gruby i z jednej strony zaostrzony. Osikowy pewnikiem, bo tylko osiny, od wieków wioskę okalały.
Tyle, że nie zaszczyt statecznej kobiecinie kołkiem krowinę mordować.
-Do chałupy pójdę- pomyślała... tam w sieni, niczym giermek wierny, o ścianę oparty stał kałach,
sowieckim zbrojnym zarekwirowany w ostatniej bazarowej potyczce.
I stanęła oko w oko z bydlęciem na niwie szmaragdowej i ukwieconej.
Z jednej strony para krowich rogów, z drugiej piękne, stalowe, pulsujące przedłużenie delikatnych kobiecych rąk.
W tym momencie babsko obudziło się, bo to drzemka tylko była a przecież na pachnącej wiosennym
kwieciem łące nie jest zdrowa i dziwne sny przywołuje.
W całości, jest to mieszanka mojej zwariowanej wyobraźni i dwóch kieliszków wermutu... z całkowitym lekceważeniem interpunkcji.
Jeśli ten wstęp cię jeszcze nie zniechęcił- poczytaj.
„Ósmy dzień tygodnia czyli długo i bez sensu…”
- 1 -
Za górami, za lasami, we wsi wymyślonej żyła sobie pewna starsza pani, która wciąż widziała w sobie mała dziewczynkę.
Miała takie prawo, gdyż we wsi onej od czasów niepamiętnych był zakaz używania zwierciadeł.
Owa starowinka była biedna i samotna ale zawsze uśmiechnięta... Biegała po łące na bosaka i wąchała barwne kwiecie.
Pewnego razu beztrosko hasając wdepnęła w krowi placek.
- O qurna ! –zawołała rozglądając się wokół.
Usta niewinne zacisnęły się w wąską, siną podkówkę a błękitne oczęta, które teraz zrobiły się niczym nocne,
pełne złotych gwiazd niebo, spoczęły na pasącej się przy strumyku- Bogu ducha winnej- krasuli.
Przez siwe i rozczochrane czacho-głowie, myśli mordercze popłynęły wartkim potokiem... i wtedy go znalazła.
Drewniany, gruby i z jednej strony zaostrzony. Osikowy pewnikiem, bo tylko osiny, od wieków wioskę okalały.
Tyle, że nie zaszczyt statecznej kobiecinie kołkiem krowinę mordować.
-Do chałupy pójdę- pomyślała... tam w sieni, niczym giermek wierny, o ścianę oparty stał kałach,
sowieckim zbrojnym zarekwirowany w ostatniej bazarowej potyczce.
I stanęła oko w oko z bydlęciem na niwie szmaragdowej i ukwieconej.
Z jednej strony para krowich rogów, z drugiej piękne, stalowe, pulsujące przedłużenie delikatnych kobiecych rąk.
W tym momencie babsko obudziło się, bo to drzemka tylko była a przecież na pachnącej wiosennym
kwieciem łące nie jest zdrowa i dziwne sny przywołuje.
Niektórzy aby żyć- muszą narodzić się po raz drugi...


