10-12-2022, 20:04
Opowieść o Przybyszu
Był człowiekiem znikąd... twarz miał ogorzałą...
(Rys szlachetny ją zdobił i uśmiech dyskretny).
Kark zmarznięty pod siwą ukrywał opończą
a na bosych stopach, mimo wielkich chłodów
- zniszczone i niemodne rzemienne sandały.
Kim był ten długowłosy i rudy wędrowiec,
który w płóciennej torbie co z ramienia zwisa
skrył wszystko co posiada: i tomik poezji,
i przedziwne jakieś płaskie zawiniątko,
i jeszcze ciemnego dwie kromki pieczywa.
Szedł spokojnie wsłuchany w wielkomiejską ciszę,
która tak rzadko gości w moim gwarnym mieście
i okiem smutnym łowił blask tęczowych świateł,
co na pachnących łapach świerkowych gałęzi
rozsiadły się wygodnie i jak każdej zimy,
niczym herold wieściły ważnych dni nadejście.
Na chwilę się zadumał i oczami powiódł
w stronę wieży ceglanej co od ponad wieku
kościelnych bram strażnikiem jest i opiekunem.
Tak wygląda Dom Boży ? Przyjazna świątynia ?
To miejsce, gdzie wędrowcom słów ciepłych nie skąpią
i przyjaznej gościny nikt nie śmie odmówić ?
Więc tam skierował kroki by ogrzać zmęczenie
i ciężar swej wędrówki zdjąć zziębniętych pleców.
Ale to co zobaczył- zbyt dziwnym się zdało...
Skąd tu tyle przepychu, tyle zbędnych złoceń ?
Czyżby do Domu Ojca kupcy znów się wkradli
by sprzedawać modlitwy i grabić sumienia ?
I czemu go tak wrogim witają spojrzeniem ?
Bo brudny...? Bo w ubogie przyodzian łachmany..?
Wyszedł i już nie wróci.... bo nie chce ni chwili
Tam pozostać, gdzie w Bogu- Boga tak niewiele.
Więc przysiadł niczym żebrak na kamiennym murku
by suchą pajdą chleba głód oszukać srogi,
by w szare ludzkie twarze spoglądać ukradkiem
a dzieciom kolorowe rozdawać uśmiechy.
Mógłby tak siedzieć dłużej, bo czas go nie naglił,
ni ciemna barwa nieba nie budziła lęku
ale mgła gęstniejąca i chłód przenikliwy
skłaniały do powrotu dziwnego przybysza,
włóczęgę, co przyszedł znikąd i tamże powróci.
Wiec pożegnał to miasto pachnące pieczywem,
tomik wierszy poety, co nie miał imienia
-jako dar- pozostawił na kamiennym murku...
Kroki swoje skierował w piątą stronę świata
i odszedł wolnym krokiem, znacząc ślad na piasku.
Chciał jeszcze głowę ogrzać,ale w zawiniątku,
którego strzegł tak pilnie -nie odnalazł glejtu,
gdyż ziąb - grudniowe na nim wykonał wyroki
i krąg świetlistej pełni- w szorstkie zmienił próchno.
Był człowiekiem znikąd... twarz miał ogorzałą...
(Rys szlachetny ją zdobił i uśmiech dyskretny).
Kark zmarznięty pod siwą ukrywał opończą
a na bosych stopach, mimo wielkich chłodów
- zniszczone i niemodne rzemienne sandały.
Kim był ten długowłosy i rudy wędrowiec,
który w płóciennej torbie co z ramienia zwisa
skrył wszystko co posiada: i tomik poezji,
i przedziwne jakieś płaskie zawiniątko,
i jeszcze ciemnego dwie kromki pieczywa.
Szedł spokojnie wsłuchany w wielkomiejską ciszę,
która tak rzadko gości w moim gwarnym mieście
i okiem smutnym łowił blask tęczowych świateł,
co na pachnących łapach świerkowych gałęzi
rozsiadły się wygodnie i jak każdej zimy,
niczym herold wieściły ważnych dni nadejście.
Na chwilę się zadumał i oczami powiódł
w stronę wieży ceglanej co od ponad wieku
kościelnych bram strażnikiem jest i opiekunem.
Tak wygląda Dom Boży ? Przyjazna świątynia ?
To miejsce, gdzie wędrowcom słów ciepłych nie skąpią
i przyjaznej gościny nikt nie śmie odmówić ?
Więc tam skierował kroki by ogrzać zmęczenie
i ciężar swej wędrówki zdjąć zziębniętych pleców.
Ale to co zobaczył- zbyt dziwnym się zdało...
Skąd tu tyle przepychu, tyle zbędnych złoceń ?
Czyżby do Domu Ojca kupcy znów się wkradli
by sprzedawać modlitwy i grabić sumienia ?
I czemu go tak wrogim witają spojrzeniem ?
Bo brudny...? Bo w ubogie przyodzian łachmany..?
Wyszedł i już nie wróci.... bo nie chce ni chwili
Tam pozostać, gdzie w Bogu- Boga tak niewiele.
Więc przysiadł niczym żebrak na kamiennym murku
by suchą pajdą chleba głód oszukać srogi,
by w szare ludzkie twarze spoglądać ukradkiem
a dzieciom kolorowe rozdawać uśmiechy.
Mógłby tak siedzieć dłużej, bo czas go nie naglił,
ni ciemna barwa nieba nie budziła lęku
ale mgła gęstniejąca i chłód przenikliwy
skłaniały do powrotu dziwnego przybysza,
włóczęgę, co przyszedł znikąd i tamże powróci.
Wiec pożegnał to miasto pachnące pieczywem,
tomik wierszy poety, co nie miał imienia
-jako dar- pozostawił na kamiennym murku...
Kroki swoje skierował w piątą stronę świata
i odszedł wolnym krokiem, znacząc ślad na piasku.
Chciał jeszcze głowę ogrzać,ale w zawiniątku,
którego strzegł tak pilnie -nie odnalazł glejtu,
gdyż ziąb - grudniowe na nim wykonał wyroki
i krąg świetlistej pełni- w szorstkie zmienił próchno.
Niektórzy aby żyć- muszą narodzić się po raz drugi...


