01-12-2022, 15:29
Wspomnienie z czasów zamierzchłych czyli wtedy, gdy byłam nastolatką. Zdarzenia autentyczne , tylko dialogi musiałam oprzeć na słowach osób , które były współuczestnikami owych zdarzeń.
1- Potrzeba czasu...
Sąsiedzi zza płotu... Typowa polska katolicka regularna rodzina z dwójką synów.
Co niedziela całą rodziną do kościoła, dwa razy w miesiącu kłótnie, zakrapiane imprezy, przemoc, kolędy, święconki... wszystko regularne.
Według tej rodziny można było aktualizować kalendarz i nastawiać zegarki.
Wzorowy ojciec rodziny trzymał porządek silną ręką... dostawało się żonie... dostawało się i chłopakom.
Starszy syn był bardziej bity bo ojcu się nie podobał.
"Ten, to chyba nie mój... dziwny i głupi jakiś ...tylko książki mu w głowie i nauka. Ja szkół nie mam i na porządnego obywatela wyrosłem".
Młodszy syn- ten, to na pewno był jego- wykapany tatuś.
Za dziewuchami się uganiał, piwko na jednym oddechu potrafił wypić a i grosz do domu skombinować umiał.
Jako młodzian - nie raz "pod celą" siedział... bo przecież "rok nie wyrok".
Mijały lata... Matkę gdzieś wywiało, starszy syn do miasta na studia pojechał a młodszy wraz z tatusiem dawali sobie jakoś radę czyli: "co ukradli- to przepili".
A to rower z cudzego podwórka, a to wycieraczki lub kołpaki z czyjegoś samochodu... nie pogardzili nawet odzieżą suszącą się w ogródkach.
Z naszych skromnych grządek przed domem ginęły warzywa i kwiaty.
Którejś zimy na święta przyjechał starszy syn... "studencina i pedał"... tak go ojciec w drzwiach powitał.: " A babę to ty jakąś już masz czy sam se gacie pierzesz ?
" Baby nie miał... chciał się pochwalić dyplomem z medycyny, planami na życie, złożyć życzenia, dać upominki gwiazdkowe, matkę powspominać.
Ale chyba przyjechał niepotrzebnie. IM lepiej bez NIEGO.
Wyjechał dwa dni później, bogatszy w rodzinne kpiny i przekleństwa ojca.
1- Potrzeba czasu...
Sąsiedzi zza płotu... Typowa polska katolicka regularna rodzina z dwójką synów.
Co niedziela całą rodziną do kościoła, dwa razy w miesiącu kłótnie, zakrapiane imprezy, przemoc, kolędy, święconki... wszystko regularne.
Według tej rodziny można było aktualizować kalendarz i nastawiać zegarki.
Wzorowy ojciec rodziny trzymał porządek silną ręką... dostawało się żonie... dostawało się i chłopakom.
Starszy syn był bardziej bity bo ojcu się nie podobał.
"Ten, to chyba nie mój... dziwny i głupi jakiś ...tylko książki mu w głowie i nauka. Ja szkół nie mam i na porządnego obywatela wyrosłem".
Młodszy syn- ten, to na pewno był jego- wykapany tatuś.
Za dziewuchami się uganiał, piwko na jednym oddechu potrafił wypić a i grosz do domu skombinować umiał.
Jako młodzian - nie raz "pod celą" siedział... bo przecież "rok nie wyrok".
Mijały lata... Matkę gdzieś wywiało, starszy syn do miasta na studia pojechał a młodszy wraz z tatusiem dawali sobie jakoś radę czyli: "co ukradli- to przepili".
A to rower z cudzego podwórka, a to wycieraczki lub kołpaki z czyjegoś samochodu... nie pogardzili nawet odzieżą suszącą się w ogródkach.
Z naszych skromnych grządek przed domem ginęły warzywa i kwiaty.
Którejś zimy na święta przyjechał starszy syn... "studencina i pedał"... tak go ojciec w drzwiach powitał.: " A babę to ty jakąś już masz czy sam se gacie pierzesz ?
" Baby nie miał... chciał się pochwalić dyplomem z medycyny, planami na życie, złożyć życzenia, dać upominki gwiazdkowe, matkę powspominać.
Ale chyba przyjechał niepotrzebnie. IM lepiej bez NIEGO.
Wyjechał dwa dni później, bogatszy w rodzinne kpiny i przekleństwa ojca.
Niektórzy aby żyć- muszą narodzić się po raz drugi...


