28-08-2022, 11:22
Moja najstarsza szwagierka. Urodzona i wychowana na wsi. Cztery klasy wiejskiej szkoły powszechnej przed II wojną światową czyli typowa wiejska baba, która musi umieć krowy doić, kury macać, w polu pomagać i.t.p. ot taka sama głupia jak jej wiejskie sąsiadki.
Ale... czy aby naprawdę taka głupia jak się by wydawało.
Gdy ją poznałam, miała już czwórkę dzieci w wieku szkolnym.
Trochę mnie to dziwiło, że miała swoje zeszyty i kopiowe ołówki i odrabiała swoje lekcje, które jej dzieci przynosiły ze szkoły, że korzystała z ich podręczników i wraz z nimi uczyła się gramatyki, pisowni i podstaw matematyki... a w wolnych chwilach- geografii.
Wzięła kobieta swoje podstawowe wykształcenie we własne, ciężko spracowane ręce.
Matury nie miała ale to życie uczyło ją mądrości .
Czas, który spędzałam na tej zabitej dechami wsi do dziś uważam za dodatkowe lekcje, tego w szkołach mnie nie uczyli.
Stosunek do innego człowieka czy zwierząt, do natury, nikt tak jak ona nie umiał opisać piękna zwyczajnej brzozy przy furtce ( gdy mijałyśmy drzewo, szwagierka dotykała białego pnia i mówiła "Dzień dobry moja piękna") ... czy wytłumaczyć, dlaczego soli wodę do gotowania jaj.... ale było tego o wiele więcej.
Moje zdumienie nie malało ale ona się tylko uśmiechała..
"Nie rozumiesz ? to dobrze. Kolejny dylemat będziesz musiała rozwiązać SAMODZIELNIE."
A ponoć 20 lat wcześniej kobieta nie umiała się nawet porządnie podpisać...
Jej poznawanie człowieka to też spora dawka mądrości życiowej. Wiedziała kogo trzymać na dystans a komu zaufać i.t.p. i o dziwo - nie myliła się.
Ta niewykształcona i nieoczytana wieśniaczka była nie tylko inteligentna ale i mądra.
Wszystko zależy jednak od tego jakie są nasze definicje mądrości i inteligencji i czy tych definicji jest tylko kilka czy może o wiele więcej... a może definicje w ogóle nie są potrzebne ?
Ale... czy aby naprawdę taka głupia jak się by wydawało.
Gdy ją poznałam, miała już czwórkę dzieci w wieku szkolnym.
Trochę mnie to dziwiło, że miała swoje zeszyty i kopiowe ołówki i odrabiała swoje lekcje, które jej dzieci przynosiły ze szkoły, że korzystała z ich podręczników i wraz z nimi uczyła się gramatyki, pisowni i podstaw matematyki... a w wolnych chwilach- geografii.
Wzięła kobieta swoje podstawowe wykształcenie we własne, ciężko spracowane ręce.
Matury nie miała ale to życie uczyło ją mądrości .
Czas, który spędzałam na tej zabitej dechami wsi do dziś uważam za dodatkowe lekcje, tego w szkołach mnie nie uczyli.
Stosunek do innego człowieka czy zwierząt, do natury, nikt tak jak ona nie umiał opisać piękna zwyczajnej brzozy przy furtce ( gdy mijałyśmy drzewo, szwagierka dotykała białego pnia i mówiła "Dzień dobry moja piękna") ... czy wytłumaczyć, dlaczego soli wodę do gotowania jaj.... ale było tego o wiele więcej.
Moje zdumienie nie malało ale ona się tylko uśmiechała..
"Nie rozumiesz ? to dobrze. Kolejny dylemat będziesz musiała rozwiązać SAMODZIELNIE."
A ponoć 20 lat wcześniej kobieta nie umiała się nawet porządnie podpisać...
Jej poznawanie człowieka to też spora dawka mądrości życiowej. Wiedziała kogo trzymać na dystans a komu zaufać i.t.p. i o dziwo - nie myliła się.
Ta niewykształcona i nieoczytana wieśniaczka była nie tylko inteligentna ale i mądra.
Wszystko zależy jednak od tego jakie są nasze definicje mądrości i inteligencji i czy tych definicji jest tylko kilka czy może o wiele więcej... a może definicje w ogóle nie są potrzebne ?
Niektórzy aby żyć- muszą narodzić się po raz drugi...


