25-03-2020, 20:40
Cytat:Pinki- ten utwór zespół poświęcił przyjacielowi, który nie uniósł ciężaru sławy.
Tak, chodzi o Syda Barretta, pierwszego lidera zespołu. Członkowie grupy bardzo próbowali mu pomóc, ale jego nałóg narkotykowy i postępująca choroba (schizofrenia) były silniejsze. Wywalili go z zespołu, chociaż go kochali, ale nie mieli innego wyjścia, jeśli chcieli nadal grać i rozwijać się. Nie mogli mieć w składzie kogoś, kto praktycznie przestał tworzyć, na koncertach tylko stał ućpany na scenie, raz po raz uderzając piórkiem struny. Przez krótki czas byli kwintetem, bo musieli zatrudnić Gilmoura, który odgrywał i odśpiewywał partie Barretta na koncertach. Na dłuższą metę sytuacja stała się nie do wytrzymania i, po prostu, musieli go wyrzucić z kapeli, by móc funkcjonować normalnie jako zespół. Nie zmieniło to ani trochę ich przyjaźni (tzn. Barrett oczywiście się obraził, ale pozostali członkowie wciąż go kochali i próbowali mu pomóc).
Co ciekawe, podczas nagrywania płyty "Wish you were here" Barrett pojawił się w studiu, a muzycy nawet go nie rozpoznali! Był praktycznie łysy, gruby, z wygolonymi brwiami. Z przystojnego chłopaka, który nie mógł opędzić się od dziewczyn, został właściwie wrak człowieka. Gdy muzycy w końcu go rozpoznali, po prostu się popłakali. Cóż za przewrotny zbieg okoliczności - nagrywając utwór poświęcony swojemu przyjacielowi, ten pojawia się w studiu, a oni go nie rozpoznają. Strasznie smutna sytuacja...
Skoro już jesteśmy przy Barrecie to przypomnijmy sobie początki Pink Floyd:


