02-12-2019, 22:31
Puk, puk!
— Otwórz, święty Pietrze!
— Kto tam?
— Ja, Miłość.
— Jaka miłość?
— Chrześcijańska.
Święty Piotr uchylił nieco podwoi1, ale całkiem ich nie otworzył, gdyż doświadczenie
nauczyło go wielkie? ostrożności. Więc przez szparkę tylko zapytał: — A ty tu czego chcesz?
— Schronienia.
— Jak to, schronienia?
— Bo nie mam się gdzie podziać.
— A przecie kazano ci mieszkać na ziemi.
— Ale ludzie mnie wypędzili.
— Bó?że się Boga! Więc dla kilku złych ludzi wyrzekłaś się swo?e? święte? służby
i swego posłannictwa?
— Mnie nie kilku ludzi wypędziło, ale wszystkie narody ziemskie.
Święty Piotr roztworzył całkiem drzwi, wyszedł na zewnątrz Ra?u i siadł przed bramą
na kamieniu.
— Cóż się stało? — zapytał z niepoko?em. — O! ale widzę, że nie przyszłaś tu sama.
Kogoż to z sobą prowadzisz?
— To mo?e córki: Sprawiedliwość, Litość i Prawda.
— Wypędzono ?e także?
— Tak. Nie ma ?uż dla nas mie?sca między narodami ziemi.
— Ciągle mówisz o narodach ziemi, ale się przecie zastanów. Ludzie zawsze grzeszyli
przeciw tobie, narody zawsze wiodły z sobą wo?ny okrutne, a ?ednak nie uciekłaś od nich. — Ludzie grzeszyli i narody wiodły wo?ny okrutne, ale w głębi serc miały wiarę i przekonanie, że to ?a powinnam być podstawą życia. Teraz ta wiara wypaliła się do cna. Nie zostało z nie? ani śladu, święty Pietrze, i dlatego naprawdę ?a ?uż nie mam nic do
roboty na ziemi.
— Skądże to poszło? — zapytał święty Piotr.
Miłość Chrześcijańska wyciągnęła ramię ku dołowi, kędy2 w otchłaniach przestrzeni
widać była wiru?ącą kulę ziemską, i, ukazawszy na nie? palcem ciemną plamę, odrzekła: — Stamtąd.
Święty Piotr utkwił oczy w ową ciemną plamę, patrzył długo i wreszcie rzekł: — Widzę... Miasto, a w nim i naokół mnóstwo pomników...
— Pomników tego, któremu na imię było: Nienawiść.
— Tak... Pozna?ę... To on... i rozumiem.
— Więc puść mnie. Święty Kluczniku.
— Zaraz. Tylko powiedz mi ?eszcze, czy nie próbowałaś pó?ść gdzie indzie??
— Poszłam na Zachód, ale tam cały kra? w stronn...
— Otwórz, święty Pietrze!
— Kto tam?
— Ja, Miłość.
— Jaka miłość?
— Chrześcijańska.
Święty Piotr uchylił nieco podwoi1, ale całkiem ich nie otworzył, gdyż doświadczenie
nauczyło go wielkie? ostrożności. Więc przez szparkę tylko zapytał: — A ty tu czego chcesz?
— Schronienia.
— Jak to, schronienia?
— Bo nie mam się gdzie podziać.
— A przecie kazano ci mieszkać na ziemi.
— Ale ludzie mnie wypędzili.
— Bó?że się Boga! Więc dla kilku złych ludzi wyrzekłaś się swo?e? święte? służby
i swego posłannictwa?
— Mnie nie kilku ludzi wypędziło, ale wszystkie narody ziemskie.
Święty Piotr roztworzył całkiem drzwi, wyszedł na zewnątrz Ra?u i siadł przed bramą
na kamieniu.
— Cóż się stało? — zapytał z niepoko?em. — O! ale widzę, że nie przyszłaś tu sama.
Kogoż to z sobą prowadzisz?
— To mo?e córki: Sprawiedliwość, Litość i Prawda.
— Wypędzono ?e także?
— Tak. Nie ma ?uż dla nas mie?sca między narodami ziemi.
— Ciągle mówisz o narodach ziemi, ale się przecie zastanów. Ludzie zawsze grzeszyli
przeciw tobie, narody zawsze wiodły z sobą wo?ny okrutne, a ?ednak nie uciekłaś od nich. — Ludzie grzeszyli i narody wiodły wo?ny okrutne, ale w głębi serc miały wiarę i przekonanie, że to ?a powinnam być podstawą życia. Teraz ta wiara wypaliła się do cna. Nie zostało z nie? ani śladu, święty Pietrze, i dlatego naprawdę ?a ?uż nie mam nic do
roboty na ziemi.
— Skądże to poszło? — zapytał święty Piotr.
Miłość Chrześcijańska wyciągnęła ramię ku dołowi, kędy2 w otchłaniach przestrzeni
widać była wiru?ącą kulę ziemską, i, ukazawszy na nie? palcem ciemną plamę, odrzekła: — Stamtąd.
Święty Piotr utkwił oczy w ową ciemną plamę, patrzył długo i wreszcie rzekł: — Widzę... Miasto, a w nim i naokół mnóstwo pomników...
— Pomników tego, któremu na imię było: Nienawiść.
— Tak... Pozna?ę... To on... i rozumiem.
— Więc puść mnie. Święty Kluczniku.
— Zaraz. Tylko powiedz mi ?eszcze, czy nie próbowałaś pó?ść gdzie indzie??
— Poszłam na Zachód, ale tam cały kra? w stronn...


