21-06-2018, 13:52
AWANTURA O KOTA
Wiedziałam, że tak będzie. To nie mogło się inaczej skończyć. Ten przeklęty sierściuch nieźle dał nam popalić. A wszystko zaczęło się tak niewinnie.
- Mamo!!! Kolega ma takie fajne kotki, mogę przynieść jednego do domu? – Mój dziesięcioletni syn stał w drzwiach kajuty i uśmiechał się niewinnie.
On i niewinność. To zupełnie sprzeczne określenia. Moja matka zawsze życzyła mi dziecka takiego jak ja sama, ale młody przeskoczył moje dokonania przynajmniej dwukrotnie.
- Wiesz, że ojciec się nie zgodzi. Poza tym twoje siostry mają alergię.
- Ale, mamo! – Spojrzał na mnie błagalnie tymi swoimi brązowymi oczami spod przydługiej grzywki. – Ja tak bardzo proszę.
- Kamil, bądź poważny. Widzisz tutaj miejsce dla zwierzaka?
Na statku było mało miejsca. Każda rodzina dostała niewielkie mieszkanko. Ot, małą kuchenkę połączoną z salonem i dwie sypialnie. No i oczywiście mikroskopijną łazienkę. Coś za coś. Byliśmy kosmicznymi podróżnikami. Mogliśmy mieć po jednym dziecku, ale nam zdarzył się wypadek przy pracy i już w kosmosie urodziły się nam bliźniaczki. A miejsca wciąż tyle samo.
- Koniec dyskusji. – Spojrzałam na niego srogo.
Miałam nadzieję, że nie wpadnie mu do głowy żaden głupi pomysł, no cóż, nadzieja matką głupich.
Tydzień później musiałam dłużej zostać w szpitalu, dzieciaki zaatakował jakiś wirus. W pierwszej chwili lekarze myśleli, że to ospa, jednak nie było tak źle. To tylko wysypka, ale należało zbadać, co tak nagle uczuliło małych pacjentów. Jako laborantka sterczałam nad mikroskopem badając kolejne próbki, licząc na to, iż zdołam wyodrębnić patogen. Moja dzieciarnia została sama w domu, bo Damian też pracował do późna. Sąsiadka miała zajrzeć do nich.
Szłam ciemnymi korytarzami starając się nie robić hałasu. Cały statek pogrążony był we śnie, przynajmniej powinien. Zza zakrętu wypadł mój synalek w podartym podkoszulku i z impetem wpadł na mnie.
- Hej! Co ty tutaj robisz? Kamil! – Złapałam go za barki, a on zwiotczał mi w ramionach. Na policzkach wykwitły mu czerwono-fioletowe plamy, podobnie jak u izolowanych dzieci. Zaniosłam łobuza do szpitala i umieściłam na łóżku. Nocna pielęgniarka podała mu lekarstwa, nie groziło mu niebezpieczeństwo. Postanowiłam policzyć się z nim za nocną eskapadę jak wyzdrowieje.
Stałam na progu i zastanawiałam się czy dobrze trafiłam. Jakby przez mieszkanie przeszło tornado połączone z falą tsunami. Matko i córko, strach się bać, nie wiedziałam śmiać się czy płakać. Jedyne co się ostało w całości to górne szafki w kuchni i żyrandol, a reszta roztrzaskana w drobny mak. Nawet telewizor w na ścianie się nie ostał, choć Damian osobiście go mocował.
- Dlaczego nie wchodzisz? – Usłyszałam za sobą mego ślubnego.
- Nie jestem pewna czy dobrze trafiliśmy?
- O czym ty mówisz, kobie... - spojrzał mi przez ramię i zaniemówił na chwilę. – Gdzie dzieci?
No tak, dzieci. Jedno wiedziałam, ale Ania i Hania?
- Dziewczynki!! – ryknął w głąb mieszkania.
Jak za sprawą czarodziejskiej różdżki pojawiły się przed nami trzymając w ramionach jakieś zwierzaki.
- CO TO JEST? – zainteresował się ich ojciec.
- Kotki – odparły zgodnie.
To nie były zwyczajnie dachowce. Bardziej przypominały małe tygryski, przynajmniej z umaszczenia i wielkości.
- Skąd je macie? – drążył dalej mój ukochany.
- Kamil przyniósł je od kolegi i ...
Słowo po słowie, zdanie po zdaniu, Damian wyciągnął z naszych bliźniaczek całą prawdę. Kamil postanowił, skoro dłużej pracowałam, przemycić zwierzaka do domu i ukryć go w swoim pokoju. Wszystko ładnie i pięknie, ale gatunek ten żył tylko w parach, które tworzył już po urodzeniu. Tak więc po chwili były dwa „kotki". Tylko nie takie zwyczajne. To krzyżówka rysia, tygrysa i kota domowego, jakiejś wytrzymałej rasy. Coś tam jeszcze nasi szaleni naukowcy zmienili w genach tych stworzeń, nie nadawały się na pupili domowych, bardziej przypominały piekielne psy, cokolwiek to znaczy.
Dziewczynki nawet nie zaczęły kichać, mimo swojej alergii, co też dało mi do myślenia. Zaczęły się bawić z nimi, a te dostały małpiego rozumu. Zaczęły demolować wszystko, co znalazło się na ich drodze, przegryzły metalowe nóżki stolika, podłoga zasłana była pierzem z poduszek , skorupami naczyń i resztami moich książek. Cały sprzęt elektroniczny był do wyrzucenia. Albo kable przegryzione, albo potłuczone ekrany.
- A na koniec to ten – Ania mocniej przytuliła swojego „kotka" – ugryzł Kamila, bo ten chciał go mi zabrać.
Mój przemądrzały synalek przywlókł swojego pupila od doktora Morrisa, genetyka naszej wyprawy. Miał on pozwolenia na eksperymenty i odpowiednie zaplecze badacze. Nawet nie od samego Johna, tylko jego syna, Petera. Nasze latorośle zgadały się i przeprowadziły całą akcję poza plecami dorosłych. Nie skończyło się to dobrze. Zwierzęta były nosicielami , na szczęście niegroźnej, choroby skóry. Dało się ją wyleczyć standardowymi antybiotykami. Były też bardzo terytorialne, jak coś im zagroziło broniły się ze wszystkich sił. Cała awantura zaczęła się już po kontrolnej wizycie sąsiadki.
Nas czekał generalny remont, chłopaków karne godziny w czynie społecznym. Spełniło się jednak marzenie Kamila. Dzieciaki dostały kota, najnormalniejszego dachowca, o którego musiały zadbać.


