Ocena wątku:
  • 14 głosów - średnia: 3.29
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Śmierć
#1

Był już temat o nieśmiertelności.Może niektórzy o niej marzą,ale ja nie.
Boicie się śmierci czy na nią czekacie?
Spróbujecie ją przyjąć jako naturalny niebyt,czy nadzieję na byt lepszy?
Bardziej ciekawią mnie psychologiczne aspekty tego zagadnienia niż religijne.
Zapraszam do rozmowy.

W życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę a o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.

Odpowiedz
#2

Jakiegoś określonego leku nie odczuwam, ale nad własną śmiercią za bardzo nie przemysliwuje.
Czasem owszem. wydaje się być końcem trosk i osiągnięciem tzw świętego spokoju.
Lecz jeszcze parę obowiązków, to za bardzo czasu nie ma.Dodatkowo to pewno jakiś instynkt samozachowawczy gdzieś jeszcze się tli.
Poważnie to jeszcze tak obszernego wywodu o moim stosunku do zakończenia ziemskiej przygody nie wyartykułowałem, przynajmniej na trzeźwo.
Po pijaku i owszem, ale było to tylko takie sobie gadanie.
Muszę się jeszcze zastanowić co o tym wszystkim myśleć, ale zazwyczaj myślenie nic nie wnosi bo los sam napisze taki scenariusz że oczy wylezą ze zdziwienia.
Odpowiedz
#3

(03-02-2016, 2:34 )Siwy napisał(a):  (...)
Muszę się jeszcze zastanowić co o tym wszystkim myśleć, ale zazwyczaj myślenie nic nie wnosi bo los sam napisze taki scenariusz że oczy wylezą ze zdziwienia.

Ja zdecydowanie nie pragnę życia wiecznego i nie wierzę, aby organizmy zbudowane z bialka mialy jakiekolwiek predyspozycje do wiecznego trwania.
Ale...
 Boję się bólu takiego np jak przy nowotworach.
 Boję się niesprawności fizycznej i umyslowej. Samej śmierci się nie boję.
 Uważam, ze już się nażyłam, okres najbardziej twórczy i rodzinny mam już za sobą;   następne pokolenie sobie jakoś tam radzi, więc  sprawy ziemskie łatwo mi będzie pozamykać.
Rok temu każdą wolną chwilę spędzalam nad tematem "życie po życiu".

 Czytalam wypowiedzi  i oglądalam filmy śledząc, co czują ludzie gdy ustaje akcja serca.
 Kupiłam  książkę Stanislava Grofa "Najdalsza podroż - Misterium i świadomość śmierci".
S. Grof to taki wspólczesny psycholog, ktory w Ameryce prowadził coś w rodzaju warsztatow umierania dla ludzi terminalnie chorych. Bardzo ciekawe wyniki uzyskał jego zespół, ale program zakończono z uwagi na protesty Katolików, bo próbne umieranie wywoływano środkami psychotropowymi ( LSD domięśniowo). Po takim odlocie w stronę światla ludzie nie bali się umierania. Nie potrzebowali też pośrednictwa kapłana w tym procesie.   
Wydaje się, ze samo umieranie nie jest straszne.
https://zenforest.wordpress.com/2008/08/19/doswiadczenia-z-pogranicza-smierci/ 

Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić  <zhm>
Odpowiedz
#4

tak naprawdę, to nie wiem co o tym myśleć?...w chwili obecnej, kiedy nie umieram, to wydaje mi się, że śmierci się nie boję...ale nie wiem co będę czuła jak będę wiedziała, że stanęłam przed faktem dokonującej się śmierci...może wtedy się przestraszę? może odezwie się we mnie instynkt samozachowawczy i będę się bała? a może ze spokojem to przyjmę? n nie wiem dzisiaj, bo i skąd?...wiem tylko, że na pewno boję się niedołężności, uzależnienia od innych, to dla mnie wydaje się straszne ale może wtedy człowiek obojętnieje? też tego nie wiem, boję się tego bardzo...no bólu fizycznego, co często towarzyszy przed i przy umieraniu.
":Życie po życiu" czytałam i jeżeli faktycznie tak jest, to jest jakieś pocieszenie.
Odpowiedz
#5

(03-02-2016, 20:15 )mysz napisał(a):  ":Życie po życiu" czytałam i jeżeli faktycznie tak jest, to jest jakieś pocieszenie.

Chciałbym porozmawiać z tym Moody.Może in medias res tej książki właśnie jest taki.
W moich rozmowach z tymi,którzy się tym zajmują zawodowo,niczego takiego nie zauważyli :smutek:

W życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę a o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.

Odpowiedz
#6

(04-02-2016, 20:26 )ro_bot napisał(a):  
(03-02-2016, 20:15 )mysz napisał(a):  ":Życie po życiu" czytałam i jeżeli faktycznie tak jest, to jest jakieś pocieszenie.

Chciałbym porozmawiać z tym Moody.Może in medias res tej książki właśnie jest taki.
W moich rozmowach z tymi,którzy się tym zajmują zawodowo,niczego takiego nie zauważyli :smutek:

Rozmawialem z kolegą któremu zrobił się kalafior ze spadochronu, przezyl ale opowiadał o takich doznaniach.
Raczej do bajkopisarzy; bym akurat Jego nie zaliczył.
Aż do,, szczęśliwego finału,, trzykrotnie był w stanie śmierci klinicznej.
Odpowiedz
#7

Przy utraceniu przytomności i niedotlenieniu mózgu w synapsach wiele się zdarzyć może.

W życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę a o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.

Odpowiedz
#8

(04-02-2016, 20:54 )ro_bot napisał(a):  Przy utraceniu przytomności i niedotlenieniu mózgu w synapsach wiele się zdarzyć może.

Ja tu nie stawiam jakiś tez. Podobno także umierający mózg tworzy sobie coś w rodzaju środka łagodzącego doznania.
Natomiast jak wytłumaczyć relację kogoś transportowanego sprzętem z którym wcześniej nie miał styczności, a w jakiś sposób po takim odejściu potrafił opisać miejsca niewidoczne z noszy ratunkowych. Mało miejsca i dookoła ludzie reanimujący??
Odpowiedz
#9

(05-02-2016, 3:24 )Siwy napisał(a):  
(04-02-2016, 20:54 )ro_bot napisał(a):  Przy utraceniu przytomności i niedotlenieniu mózgu w synapsach wiele się zdarzyć może.

Ja tu nie stawiam jakiś tez. Podobno także umierający mózg tworzy sobie coś w rodzaju środka łagodzącego doznania.
Natomiast jak wytłumaczyć relację kogoś transportowanego sprzętem z którym wcześniej nie miał styczności, a w jakiś sposób po takim odejściu potrafił opisać miejsca niewidoczne z noszy ratunkowych. Mało miejsca i dookoła ludzie reanimujący??

Nie istnieje możliwość  wytłumaczenia w ten sposób przypadków, gdy osoba opuszczająca ciało opisuje dziejące się w dużej odległości od niej zdarzenie, które po weryfikacji okazuje się być prawdziwe.
Gustav Young - znany psycholog - opuszczając cialo ( zawal ) widzial ziemię z odleglości około 1500 km w czasach, gdy nie wiem, czy lataly samoloty.
 Dziennikarz i publicysta Marek Rymuszko w swojej książce  "Polskie życie po życiu. Relacje ludzi uratowanych ze stanu śmierci klinicznej"  opisuje między innymi przypadek, w którym pacjent podczas zabiegu w szpitalu opuścił ciało, a potem zrelacjonował dziejący się w tym samym czasie wypadek samochodowy, którego fizycznie nie miał możliwości obserwować i o którym nie mógł wiedzieć.
Mam książkę, gdzie jest opis jak wypadkowi ulegla osoba ślepa od urodzenia, która nigdy wcześniej  nie widziala swojej twarzy.
 Gdy "opuściła ciało" widziala jak każdy, a rozpoznala siebie po obrączce na palcu. Jako niewidoma miala na niej specjalny wygrawerowany wzor.
 Ci co przeżyli te incydenty mówią, że porozumiewanie i widzenie odbywa się nie w oparciu o zmysly ( oczy i usta zostaly np. na stole operacyjnym) a  na zasadzie czegoś w rodzaju telepatii.

Proby wyjaśnienia są takie, że świadomość może istnieć samodzielnie  poza ciałem, to znaczy nie musi być związana z mózgiem. Na co dzień mieści się gdzieś w głowie, ale w sytuacjach ekstremalnych jakby się odrywała...

Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić  <zhm>
Odpowiedz
#10

Śmieci się nie boję. Marzę sobie jednak o tym żeby przyszła w odpowiednim momencie.

[Obrazek: q2WwWkr.gif]
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości