Liczba postów: 773
Liczba wątków: 19
Dołączył: 16 Mar 2020
Reputacja:
211
Płeć: Mężczyzna
Lokalizacja: Tilburg
Dla zachowania równowagi, moja krótka proza. Opowiadanie wygrało w konkursie halloweenowym na jednym z portali literackich, co uważam za sukces, bo chociaż lirykę piszę rzadko, to prozę już BARDZO rzadko, więc tym bardziej poczułem się wyróżniony.
To nie jest długie opowiadanie, więc jeśli macie ochotę to zapraszam do lektury:
Odwiedziny
Szeptucha kruszyła w rękach suszone zioła mamrocząc niewyraźnie jakieś zaklęcia. Siedziałam na krześle przyglądając się z uwagą jej ruchom. Zgarbiona, twarz poprzecinana zmarszczkami, a na policzku ogromna kurzajka - przyznacie, że lepszej szeptuchy znaleźć nie mogłam.
- Posyp tym jutro grób swego syna. Dokładnie o północy. - powiedziała podając mi woreczek z ziołami.
- To wszystko? Mam wypowiedzieć jakieś zaklęcie, czy coś? - spytałam.
- Nic innego nie rób! - krzyknęła. - Masz tylko posypać grób i to punktualnie o północy. Wtedy twój syn powstanie z grobu pierwszego listopada i wróci do ciebie i twojego męża.
- Dziękuję, szeptucho.
- 1000 złotych.
- Tak, tak, oczywiście... - wyciągnęłam z torebki pieniądze i podałam je kobiecie.
- Pamiętaj, jutro, punktualnie o północy. Inaczej straciłaś tysiąc złociszy - odparła na pożegnanie uśmiechając się i pokazując sczarniałe resztki zębów.
*********
Gdy wróciłam, Kamil siedział w domu i przeglądał internet na laptopie.
- Gdzie byłaś?
- Na cmentarzu zmienić znicze.
- Święto Zmarłych dopiero za dwa dni. Mamy jeszcze czas.
- Ale...
- Kochanie. - Kamil wstał od stołu i przytulił mnie. - To już trzy miesiące temu od nas odszedł, nie możemy wciąż się tym zadręczać, musimy żyć dalej.
- Żyć dalej?! - wyrwałam się z jego objęć. - Jak można żyć dalej?! Jak można żyć dalej, gdy straciło się dziecko???
- Ja też cierpię, to był też mój syn.
- Ale zachowujesz się, jakby nie był!
Strasznie go to musiało zaboleć, widziałam to w jego oczach i zrobiło mi się naprawdę przykro. Ale jeszcze nie wie jaką niespodziankę nam szykuję, będzie mi dziękował i zapomni, że byłam tak niesprawiedliwa i ostra wobec niego.
Oczywiście następnej nocy poszłam na cmentarz i zrobiłam dokładnie to, co mówiła szeptucha. Problemem było wyjaśnienie Kamilowi dlaczego wybieram się o tak późnej porze, ale wymyśliłam ważne spotkanie z przyjaciółką ze wsi, wcześniej prosząc ją, by potwierdziła moje alibi.
*********
Pierwszy listopada przywitał nas piękną, jesienną pogodą. Na wiejskim cmentarzu uczestniczyliśmy w nabożeństwie i długo staliśmy nad grobem naszego syna, patrząc w milczeniu na tlące się ogniki zniczy. Wróciliśmy do naszego małego domku, obejrzeliśmy telewizję i poszliśmy spać. To znaczy, Kamil poszedł spać, bo ja, leżąc obok niego w napięciu czekałam na powrót syna. Nie wiem kiedy zasnęłam, nie wiem też, co nas nagle obudziło.
- Słyszałaś? - spytał Kamil.
- Co to było?
- Ktoś chyba puka do drzwi.
- Ktoś... Ktoś puka? Boże, to Marcin!
- O czym ty mówisz?
- Teraz mogę ci powiedzieć. Byłam u szeptuchy, która powiedziała mi jak wskrzesić Marcina i pomogło! Wrócił!!!
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
- Ty chyba kompletnie zwariowałaś... - Kamil wstał z łóżka, poszedł na dół, a ja razem z nim
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
- Nie wiem, co sprowadziłaś, kobieto, ale to nie jest Marcin. Żaden człowiek nie puka w taki sposób.
Staliśmy pod drzwiami, a ja byłam coraz bardziej przerażona. Kamil miał rację, to było jakieś mechaniczne pukanie, żywy człowiek nie mógł tak pukać do drzwi.
- Może to jakaś gałąź? Wiatr uderza czymś o drzwi? - spytałam na głos.
- Wiatr? Gałąź? My nie mamy żadnych drzew! - Kamil był przynajmniej niespokojny, chociaż bliższy raczej przerażenia niż niepokoju.
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
- Muszę otworzyć i sprawdzić kto lub co to jest...
- Nie! - krzyknęłam. - Nie! Popatrz!
W okienku w drzwiach pojawiła się ręka, a bardziej zbielałe kości palców uderzające o szybkę.
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
W tej chwili w całym domu zgasło światło.
Puk...
- Kamil, zrób coś...
- Pewnie korki, muszę je włączyć. Pieprzony telefon zostawiłem na górze. Nie masz jakiejś latarki albo czegoś czym można poświecić? - pytanie służyło Kamilowi dodaniu sobie odwagi, bo oczywiście nie miałam żadnej cholernej latarki, ani niczego "czym można poświecić".
- Nie zostawiaj mnie, idziemy razem. - zadecydowałam.
Złapał mnie za rękę i po omacku zaczęliśmy szukać korków.
- Kurwa!!!
- Co się stało?
- Uderzyłem się palcem w nogę od stołu! - syknął z bólu Kamil. - No, znalazłem.
Usłyszałam kliknięcie, światło rozbłysło...
- Aaaaaaaaaaaa!!! - wydałam z siebie krzyk. Zobaczyłam go. Stał pośrodku pokoju i patrzył na nas, przekrzywiając głowę niczym ciekawska sowa. Był pokryty robakami, które bezwładnie spadały na podłogę. Otworzył usta, by coś powiedzieć...
- Jezu, nie krzycz tak. O mało nie dostałem zawału. - To był Kamil, a nasz syn nagle zniknął. To tylko przywidzenie. Majak. Wyobraźnia odpowiedziała na stres i adrenalinę pompowaną do mózgu.
- Wi... Widziałam go.
- Kogo?
- Marcina. Był w domu.
- O czym ty mówisz? Otwieram drzwi, mam dość tej maskarady!
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
Ruszył do drzwi i nagle stanął jak wryty. W oknie, obok drzwi jakaś postać przykładała twarz do szyby, pukając teraz w okno.
- Boże...
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
To nie była ludzka twarz. To była twarz śmierci, zdziwiona i przerażona jak na obrazie Muncha.
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
Kamil usiadł na podłodze tępo wpatrując się w okno. Przytulił mnie do siebie, obracając moją głowę do swojej piersi tak, bym nie mogła patrzeć na ten straszny widok.
- Niech to się skończy... - szeptał. - Niech to się skończy... Nie patrz, kochanie. Nie patrz... Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
Siedzieliśmy tak na podłodze wtuleni w siebie, a pukanie nie ustawało. Mój Marcin chciał do nas wrócić. Pukał i pukał. Ten dźwięk nie opuści mnie do końca życia. Noc trwała i wciąż słyszałam:
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
Marcinku, dlaczego ci to zrobiłam? Dlaczego miłość tak mocno łączy się z naiwnością? Czy sprawiłam ci ból swoją głupią, matczyną, samolubną miłością? Przepraszam, synku, przepraszam. Proszę odejdź. Wiem jak cierpisz, wiem, ale proszę... Odejdź...
Puk. Cisza... Puk. Cisza... Puk...
Płynęła minuta za minutą, godzina za godziną, a pukanie nie ustawało. Łzy ciekły mi z oczu, głowę wciąż miałam wciśniętą w bawełnianą piżamę męża. Kamil drżał z zimna albo ze strachu, albo z jednego i drugiego. Nie wiem, ile czasu minęło, z pewnością cała noc, bo nagle w pobliskim kościele zaczęły bić dzwony na poranną mszę i wtedy rozległo się ostatnie, pożegnalne:
Puk...