Ocena wątku:
  • 15 głosów - średnia: 3.07
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Kim jesteś dla swego partnera?
#1

A Ty, kim jesteś dla swego partnera, czy dobrze się dogadujecie, czy macie wspólne zainteresowania, czy często się
kłócicie i co najważniejsze, czy nadal umiecie mówić do siebie, że kochacie?


[Obrazek: n3x83a.jpg]

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#2

Majlujemy do siebie. O...dobrze że mi przypomniałaś.
Odpowiedz
#3

Po raz enty, bardzo Ciebie proszę o konkretne wypowiedzi, bo całkowicie nie mam pojęcia o co chodzi w Twoim poście.

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#4

hm... zhm nie mam partnera :cry:

...::: A może tak już zapisane mamy w gwiazdach, że mądrości trzeba szukać u błazna :::...
Odpowiedz
#5

Puść wodze fantazji, przypomnij jak było na początku z ukochanym, podziel się z nami, opisz czy on często mówił, że Ciebie
kocha a czy ty należycie Go szanowałaś i doceniałaś to co robił?
Postarajcie się kochani trochę więcej pisać, żeby tematy nie świeciły pustkami, bardzo was proszę buziak 

Jako, że jestem kobietą, to oczywiście lubię gdy mężczyzna mówi mi często, że mnie kocha ale jak kiedyś jednemu zwróciłam
na to uwagę, że za mało mówi że kocha... to może po dwóch dniach miałam serdecznie dość. Nie sądziłam, że jak
za często, to może aż tak obrzydnąć.
Nic nie wiem na ten temat aby którykolwiek mężczyzna źle się ze mną czuł lub żebym była tą złą i niedobrą.
Wiem natomiast, że każdy do dziś dnia wspomina mnie jako najcudowniejszą kobietę jaką było im dane spotkać.
Nie wiem co robiłam takiego szczególnego, że zasłużyłam na takie miano ale i oni mi to mówią(prawie z każdym do dziś mam
normalny kontakt, nawet z ex mężem, który był rzeczywiście... nie człowiekiem, chyba takie określenie najbardziej by do  niego
pasowało jeśli nie chcę użyć brzydkich słów) i Ci co z nimi rozmawiali, to takie informacje mi przekazywali.
Jest mi z tego powodu bardzo miło, dlaczego by nie? Ale mimo to, zastanawia mnie do dziś jedno!
Dlaczego więc dwóch z nich odeszło ode mnie, skoro byłam taka cudowna? Czyżby znaleźli te jeszcze bardziej cudowne?
Otóż nie, bo jeden nadal jest sam po wielu już latach... a więc nie mam na nic w tej sprawie złotego środka, chyba
życie samo za nas pisze scenariusz...

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#6

Dla partnera jestem żoną z ponad 40-to letnim stażem małżeńskim...tak sięgam pamięcią czy kłócimy się? tak naprawdę, to praktycznie nie, raczej sprzeczamy się o różne sprawy, bo kłótnią tego nazwać nie można, chociaż z wiekiem tych sprzeczek jest coraz mniej...w ciągu tych lat bywało różnie, ale nigdy nie bywało bardzo źle, nigdy nie wyzywaliśmy się, nie krzyczeliśmy na siebie, nie ubliżaliśmy, nie przeklinaliśmy w sprzeczkach...bywały tzw. ciche dni ale to w młodości i krótkie i najczęściej chodziło o dzieci...dopóki nie mieliśmy dzieci (przez 2 lata od ślubu), chcieliśmy trochę pożyć wyłącznie ze sobą, to nawet nie sprzeczaliśmy się, byliśmy dosłownie jak jedna osoba, wszędzie i zawsze razem...teraz, kiedy dzieci dorosłe, chociaż nigdy nie przestały być dziećmi, to wróciło trochę tak, jak było przed dziećmi tylko z większą obawą o siebie wzajemnie, bo wiadomo, że i zdrowie nie to i siły nie takie, jest większa obawa o partnera....z wiekiem potrafi się docenić te dobre cechy i potrafi się pogodzić z wadami partnera, bo któż ich nie ma?...jeżeli coś mnie w mężu wkurzy, to wolę przeczekać i przemilczeć aż mi minie bo po co się kłócić o byle co o jakieś drobiazgi, przecież to nie koniec świata, warto być ponadto no i wcale nie chcę sprawiać mu przykrości, bo wiem, że gdy minie mi złość to mnie będzie przykro, że dopiekłam z byle powodu...po co? życie i tak dostatecznie daje po kościach, więc po co to pogłębiać?...przecież przyjemniej jest usiąść razem, wypić wspólnie kawę, pogadać a nawet pomilczeć wiedząc, że w tym milczeniu nie ma złości czy pretensji...i powiedzieć sobie czasami, że kocham ciebie...tak, mówimy sobie o miłości...nie za często ale od czasu do czasu mówimy i najważniejsze, że możemy na sobie polegać...wiem, że możemy, bo nasze życie niejednokrotnie tego dowiodło...mąż opiekował się jednako moimi rodzicami w chorobie jak i swoimi, ja starałam się opiekować teściami tak jak swoimi rodzicami...bywało ciężko, ale jakoś trzymaliśmy się razem...wcale nie łatwe to, trzeba chcieć i mieć dużo empatii...więcej wybaczać niż fochać, niejako wchodzić w duszę partnera i wyobrazić co czuje, co ja bym czuła...nie raz o tym rozmawiamy...nie lubię się kłócić, jak już to powiem krótko co myślę i już, bez kłótni...wychodzę z założenia, że jeżeli w życiu ne jest łatwo, to trzeba starać się, żeby go nie utrudniać i nie obrzydzać, tylko ułatwiać, upiększać....mam szczęście, że mój mężczyzna myśli podobnie i też stara się, żeby nie robić mi przykrości a ja te starania doceniam...no i kocham go nadal tylko miłością z wiekiem dojrzalszą...i mądrzejszą....staromodna jestem...ale wolę być staromodna niż jak widzę nowoczesne związki, gdzie padają słowa, których ja stara baba nie powtórzę, każdy sobie rzepkę skrobie, gdzie foch z byle czego, pretensje o skarpetki czy nieumyty talerz...dosłownie o byle co nie wartego zachodu...to już wolę być staromodna. :lol:
Odpowiedz
#7

Piękny opis Mysiu hug  I wiesz co, masz rację z tym, że z wiekiem nie zwraca się tak na drobiazgi, wcześniej można pokłócić się
za brudne skarpetki nie położone tam gdzie trzeba ale zauważyłam po sobie, że z wiekiem przestają mnie takie rzeczy drażnić. ubawa
Nawet jak goście przyjadą to dawniej chciałam zawsze sama wszystko zrobić i to właśnie z tego powodu, że ja u siebie wiem co gdzie
leży a goście wiadomo, robią jak najlepiej potrafią ale i tak mogą zrobić nie tak, jak ja tego chcę, bo skąd mają wiedzieć?
I jak byłaby to powiedzmy siostra to burza w szklance wody murowana a dziś? Dziś jakbym chciała, to mogłabym nawet cały
dzień przeleżeć i nie rusza mnie, że ręcznik wisi nie tam, czy garnek postawiony w innym miejscu albo szafka nie domknięta, itd.
Takie niby tylko szczegóły, nic nie znaczące, bo co one znaczą w życiu, w szczęściu? Nic, kompletnie nic nie znaczą, bo takie
drobiazgi wykonuje się minimum raz dziennie i nawet jak coś dziś nie będzie na swoim miejscu, to przecież jutro mogę zrobić
po swojemu. I druga sprawa, jak będzie w innym miejscu i tam jednak pozostanie, to co z tego, czy to coś zmienia? Nic nie zmienia. ubawa

"Tonący w kłamstwie, cynizmu się chwyta"
Hogan- Izabela
"Buzie widze w tym tenczu!"
Odpowiedz
#8

Słyszę, że całym światem...
Trochę mnie to przeraża, czuć się podstawą czyjegoś sensu życia, ale coś w tym jest.
Spędzamy ze sobą dużo czasu i nie nudzimy się, a wszyscy wciąż się dziwią, ile razy dziennie można mówić ''kocham cię'' i to nie ja zaczynam, bez zwalania na kobiety!
Oboje słyszeliśmy od eks partnerów ''jesteś jak bluszcz'', no to trafił swój na swego.

''Cause' it all, begins where it ends...''
Odpowiedz
#9

Bluszcze to całkiem miłe roślinami.
Odpowiedz
#10

(22-07-2015, 2:45 )Siwy napisał(a):  Bluszcze to całkiem miłe roślinami.

Jeśli nie trują, hehe ubawa2
Myślę, że po prostu nie dogaduję się z osobami o silnej potrzebie niezależności, a takich sobie wybierałam, bo mi to się podobało, gorzej jak nie podobało się to, żeby spędzać czas wspólnie. Jestem przykładem, że jak wytykają jakąś wadę w związku, to zamiast zmieniać się na siłę, trzeba szukać sobie podobnych. I wtedy można być szczęśliwym albo dostać po d...
Dostanie po d... też doświadczyłam. Przesadą było wymuszanie na mnie, żebym przestała czytać książkę, tylko poróbmy coś razem, a że nie ma co robić w tej chwili, to może by tak Ramsaya w TV obejrzeć albo YouTube. Byleby razem. To już nawet dla mnie była przesada, tym bardziej że żyjemy na 30m kwadratowych, ale jakoś się dogadaliśmy o tę ''przestrzeń dla siebie''. ubawa2

''Cause' it all, begins where it ends...''
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości